Extended play

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj

Extended play – nagranie muzyczne, które chciałoby być albumem, jednak nigdy nim nie będzie ze względu na siły wyższe.

[edytuj] Geneza

Występuje kilka typów extended play'ów w zależności od okoliczności ich nagrania. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystkie brzmią tak samo i nie da się ich praktycznie od siebie odróżnić.

  • Stub – pojawia się wtedy, kiedy artysta chciał nagrać nowy materiał, jednak był zbyt leniwy lub po prostu nie umiał dokończyć swojej koncepcji i związku z tym ciężki proces tworzenia skończył się na 3–6 kawałkach. Generalnie jest to niedorozwinięty i wydany przed czasem album, na którym znajduje się nowy materiał, zbyt trudny lub pozerski do umiejętnego dokończenia koncepcji.
  • B-sides – jest to w pewnym stopniu przeciwieństwo powyższego albumu. W tym wypadku wena dopisała aż za bardzo w wyniku czego powstał pełny album, a kawałki, które były za na niego za słabe ruszały sumienie artysty tudzież łasej na hajs wytwórni do tego stopnia, że wydali EP-kę z ochłapami. Najczęściej oprócz b-side'ów dorzuca się tam wszelkiej maści remixy oraz wersje alternatywne, których nikt normalny prócz psychofanów nie chce słuchać.
  • Kompilacja – Trzeci typ EP-ki, który jest najbardziej charakterystyczny ze względu na fakt, iż nie wprowadza nic nowego, a jedynie odgrzewa stare kotlety. Powstaje głównie wtedy, gdy artysta rozczula się nad jakością starych dem i nagrywając je od nowa chce pokazać światu nieco sentymentu. Kończy się to podzielonym zdaniem słuchaczy, gdyż jedni mają to w dupie i słuchają oryginalnych dem, drudzy są zachwyceni i wymieniają stare na nowe, a trzeci – najbardziej w temacie słuchają obu w egzaltacji nad zmienionymi nutkami.

[edytuj] Po co są EP?

Ponieważ wszyscy zdrowi na umyśle twórcy mają w dupie jak wygląda ich dyskografia na papierze, zazwyczaj są one wyłącznie wynikiem jednego z powyższych czynników. Zdarza się też jednak misternie planowane wzbogacenie dyskografii, aby ta wyglądała na bardziej zaawansowaną. W końcu im więcej nazw wydawnictw, tym większa szansa, że wezmą cię na serio. Idąc tym tropem, zamiast jednego albumu, zespół woli wydać demo z niedokończonymi wersjami w słabej jakości, promo z dokończonymi wersjami w słabej jakości, dwie EP-ki z ostatecznymi wersjami, pięć singli z co najmniej trzema nowymi remixami na każdym, a na samym końcu kompilację zbierającą najlepsze utwory oraz remixy z całości, dodatkowy remix album, reedycję EP-ek oraz reedycję kompilacji. W ten sposób zamiast jednego, porządnego wydawnictwa mamy 12, a każde z nich ktoś może kupić za swoje ciężko zarobione pieniądze. Dyskografia na MusicBrainz wygląda jak szambo, ale przynajmniej jest urozmaicona. Wszyscy są szczęśliwi i spełnieni.

Nasze strony
Przyjaciele