Nonźródła:Awaria kontenera

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj

Medal

To zdecydowanie nie jest fragment artykułu na temat tańca.

Budynek poradni psychologicznej i psychiatrycznej znajdował się na obrzeżach miasta w dość przyjemnej, acz zarośniętej okolicy. Dawniej mieściła się tutaj centrala rybna „Kwasiłówek i S-ka”, lecz właściciele zostali zastrzeleni przez jednego z szalonych pracowników i siłą rzeczy musieli zrezygnować. Przez dwa lata miejsce było opuszczone, lecz w pewnym momencie na ścianach pojawiły się jaskrawe tabliczki, które oznajmiały otwarcie centrum zdrowia psychicznego.

Właściciele nawet nie starali się przystosować miejsca do norm cywilizacyjnych. W starym garażu, między starymi pudłami oraz wiadrami, utworzono recepcję. Blaszane drzwi prowadziły do przytulnego korytarza poczekalni. W kącie stało akwarium z martwymi rybkami i szybą oblepioną naklejkami „Dzielny pacjent”. Ściany nie pozostały puste – w końcu czymś należało ukryć ślady krwi poprzednich właścicieli. Obwieszono je obrazami oraz zdjęciami wyleczonych pacjentów, a także osób, których nie dało się doleczyć, bo popełniły samobójstwo (w tym przypadku zdjęcia „post mortem”).

Po prawej stronie gabinetu znajdowała się salka dla dzieci. W środku były różne zabawki – piłki, klocki i oczywiście konik na biegunach, którego zawsze okupował Norwid. Sam gabinet był niezwykle przytulny oraz urządzony z prawdziwie ojcowskim zacięciem. Widok zza okna rzutował na stary, zepsuty Toi-Toi między krzakami, który nieudolnie ukrywał za sobą czołg T-55M-1 z lufą wymierzoną w okno zakładu. Pacjentowi w ramach dodatkowego relaksu przysługiwało uderzenie w mongolski gong przed wizytą. Oraz niezwykła piosenka. Nasi bohaterzy skrycie ją uwielbiali, tając to na randkach, w samolocie lub zeznaniu podatkowym.

W tej oto przychodni psychiatrycznej, z dala od normalnego świata przyjmowało dwóch psychiatrów. Równie oderwanych od rzeczywistości...


Astronom Katarakta:
Dzień dobry, Japończyku z Guam.

Japończyk z Guam:
Dzień dobry, Panie Doktorze, jak samopoczucie?

YouTube logo (2013-2015)
Duet w pełni identyfikuje się z tą piosenką

AK:
Złe, jacyś kretyni podrzucili nam żywe rybki do akwarium w recepcji.

JzG:
Nie rozumiem, przecież to normalne, że w akwarium są żywe rybki zamiast rybek martwych. Sektor strategiczny państwa nie ma nic z padłego skalara.

AK:
NIEWAŻNE, żartowałem przecież, litości.

JzG:
Ale jaki był sens tego żartu?

AK:
Jaki sens, jaki sens... CO JAKI SENS? To był żenujący dowcip prowadzącego na wstępie, nigdy nie słyszał Pan o tym? Dobrze, już bez żartów, przystępujemy do właściwej części naszego spotkania. W tym miejscu ważne pytanie, proszę się skoncentrować.

JzG:
Jestem gotowy.

AK:
Kiedy poznaliśmy się wcześniej, zanim Pana po raz pierwszy w życiu dziś zobaczyłem?

JzG:
Proszę o chwilę... To był poligon atomowy pod Siemiatyczami, grałem wtedy przedstawienie przed Erichem Hoeneckerem, chudym chłopcem z Leżajska i Panem. Był 9 maja 1945 r. i...

Evil Kermit

AK:
No właśnie, odpowiedź prawie doskonała, ale, no, czegoś tu jeszcze brakuje. Pan wie o tym, prawda?

JzG:
Tak, wiem, rozrywa mnie to w tej chwili na pół. Iiiiiiiii...

AK:
Był 9 maja 1945 i... Na Boga, wykrztuś to Pan! (z wielkim napięciem w głosie)

JzG:
WESTERPLATTE JESZCZE SIĘ BRONIŁO! (z podwórka rozlegają się oklaski załogi czołgu, atmosfera opada)

AK:
Wspaniale, właśnie o tę odpowiedź mi chodziło. Świetnie, świetnie, jestem pod wielkim wrażeniem. Tak na marginesie, chciałbym Panu zwrócić uwagę, że popełnił Pan nietakt. To nie był żaden chudy chłopiec z Leżajska, tylko 54-letni rabin.

JzG:
Przepraszam, no tak, to Żyd... Ale my w Japonii naprawdę o niczym nie wiedzieliśmy, przysięgam.

AK:
Pan nie uwierzy, ale to prawie jak my w Polsce! Odejdźmy od tego. Jaki jest zasadniczy cel Pańskiej wizyty u mnie?

JzG:
Uzyskanie orzeczenia lekarskiego o zdolności do pracy intelektualnej na poziomie akademickim po długim okresie rozbratu z placówką w Nagoyi i pobytem na Guam oraz przedłużenie kategorii A, by móc nadrobić stracone lata spędzone w jaskini. Chciałbym też ponownie objąć katedrę prawa wojennego.

Hitlrain

Stąd wszyscy wychodzą odmienieni

AK:
A czym się Pan zajmuje?

JzG:
Na co dzień trzymam za rękę chorego psychicznie mężczyznę z Sapporo.

AK:
A swoją drogą, przypomniała mi się taka pyszna anegdotka jaskiniowa. Otóż pewien pijany stoik...

JzG:
Proszę nie kpić, ja za tę wizytę zapłaciłem.

AK:
Zapłacił Pan, by dowiedzieć się o swojej sprawności intelektualnej?

JzG:
Tak.

AK:
Innymi słowy, chce Pan za pieniądze wiedzieć, jaki jest stopień pańskiej głupoty?

Zbronkom

Niektórzy jednak za bardzo

JzG:
Tak.

AK:
Czy wie Pan, że pustą głową potakuje się łatwej?

JzG:
Tak.

AK:
Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko rozpocząć sprawdzanie pańskiej wiedzy i inteligencji. Ponownie będę prosił o koncentrację.

JzG:
Heheheeheheheheheh.

AK:
Zaraz, CO TO MIAŁO BYĆ?! Prosiłem, wręcz błagałem, by Pan się skoncentrował teraz...

JzG:
Ja wiem, ja wiem, ja przepraszam, ale właśnie zrozumiałem Pana dowcip o martwych rybkach w akwarium. Dobrze, dobrze, zaczynajmy, hihihihi.

AK:
Jest Pan Japończykiem z Guam. Proszę mi powiedzieć, jaka jest stolica Japonii.

JzG:
Muszę się zastanowić, ech... Wiem, wiem... Mam na końcu języka... Tokio?

AK:
Tak! Fantastycznie, muszę Panu pogratulować znakomitej znajomości Pańskiego kraju. A zwłaszcza jego stolic.

JzG:
Dziękuję, ale muszę nieco ze wstydem przyznać, że na pewno wszystkich to ja nie znam. Taka wiedza jest chyba bardzo analityczna i przychodzi z trudem.

AK:
Och, już, proszę nie deprecjonować pańskiego intelektu. Ja sam nie wiedziałem, że Tokio to stolica Japonii, dopóki nie wypalił Pan tego z pewnością w głosie, która mnie przekonała. To był mój taki chwacki wybieg, hehe.

G mendyka 01

JzG:
Wie Pan, chyba faktycznie się nie doceniałem.

AK:
Przechodzimy do następnego pytania. Proszę wymienić wszystkie bieguny Ziemi. Ostrzegam, że tym razem znam odpowiedź na pytanie, z którego weryfikuję, tak więc żadnych sztuczek!

JzG:
Ależ oczywiście, że są tylko dwa – północny i południowy.

AK:
Świetnie! Cholera, jest Pan erudytą! Skąd Pan tej spektakularnej wiedzy tyle nabrał? My wychowywaliśmy się biednie, często na łososia brakowało i wie Pan, ja to spore braki ze szkoły wyniosłem. I nasz piekielny ojciec, trębacz domowy.

JzG:
Mój ojciec za to prześladował nas w nocy, cicho skradając się do nas i smyrając naparstnicą w miejscach do tego absolutnie nie przeznaczonych.

AK:
Porzućmy sentymenty, ja tu profesjonalnie wykonuję swoją pracę. Czas iść dalej z naszym testem. Proszę podać sumę działania 2+2.

JzG:
Elementy, cyfry, podzbiory, residuum funkcji w punkcie...

AK:
Niech Pan, za przeproszeniem, nie pieprzy, przecież widać, że to jest zwykłe równanie różniczkowe.

JzG:
Nigdy tego nie umiałem, bo ojciec, Panie Doktorze... Na oko tego w ogóle nie rozgryzę. Ma pan kartkę? Muszę to sobie jednak rozrysować.

(po kwadransie)

JzG:
Poproszę o następną kartkę.

(i znów po kwadransie...)

JzG:
To musi być cztery. Nie jestem pewien do końca, ale z utworzonego przeze mnie szeregu tabelarycznego dla funkcji 2+2 wychodzi jednak cztery.

AK:
Perfekcyjnie! A o matematyce Pan jednak nie myślał? Akademickiej, rzecz jasna.

JzG:
Mój ojciec...

AK:
Rozumiem, przykro mi. Przepraszam, że stale do tego z premedytacją wracam. W każdym razie część testowa co do pańskiej wiedzy jest zakończona. Po wyniki proszę dzwonić w przyszłym tygodniu.

JzG:
A część sprawnościowa?

AK:
Już wołam Wielebnego T. Niech Pan w tym czasie pójdzie się przebrać, proszę zostawić na sobie tylko majtki, Wielebny zaraz przybędzie. O tej godzinie z reguły bawi się grzałką z delfinami i w ogóle nie da się go od tego odciągnąć.

Wielebny T.:
No dobrze, witam, powiem szczerze, że na podstawie opisu w karcie wygląda Pan na całkowitego patafiana i dewianta.

AK:
Nie, nie. Pomyliłeś Pana z tym kulturystą, któremu się wydaje, że jest szybkostrzelnym wibratorem. Przełóż teczki.

Wielebny:
OK, proszę wyjść zza parawanu i usiąść.

JzG:
Nie ukrywam, że chciałbym znów prezentować dumne japońskie orężę. Nawet Anglicy nas chwalą, że londyńska mgła to jakieś popłuczyny przy tej, którą wywołaliśmy w Nankinie.

Wielebny:
Chcę Pan więc iść do wojska, tak?

Czochraj

Staramy się nie oszukiwać naszych pacjentów, ale nie zawsze się to udaje

JzG:
Cały jak tu jestem i siedzę!

Wielebny:
Taki goły?! Jak łokieć, boli?

JzG:
Trochę.

AK:
Taaa, trochę...

Wielebny:
Teraz cię boli trochę, a co jutro, he, cwaniaczku?!

AK:
Ba! Jak dla mnie to nawet dziś wieczorem może być z tego katastrofa.

Wielebny:
Czy Pan zdaje sobie sprawę, czym Panu grozi dzisiejsza kolacja i jak zaawansowany jest Pański reumatyzm? I co, może mam Panu pozwolić skakać na spadochronie z układem kostnym w tak katastrofalnym stanie?

JzG:
Nie boję się niczego.

Wielebny:
A zabiłby Pan?

JzG:
No co, jak to w wojsku...

AK:
Słyszałeś, to jest zimnokrwisty morderca!

Wielebny:
Zabójców mamy przyjmować? Stwierdzam złamanie dekalogu i estetyki. W dodatku cholernie nietaktowną postawę. Czemu Pana zdaniem oni milkną, gdy ich dosięgnie kula, no? Bo oberwali! Jaki jest nadrzędny cel wojska? Jest to walka o pokój! Wojsko nie zabija, tylko wprowadza pokój, a Tobie się zabijać, sukinsynu zachciało!!!?

AK:
A ja słyszałem, że Pan po godzinach pracy podgląda odyńce w porze godowej...

JzG: (zarumieniony)
Oj tam, oj tam! Zresztą wszystko co możemy po II Wojnie posiadać. Czy wie Pan ile nerwów kosztuje szarża kawaleryjska na odyńcu?

AK:
No nie.

JzG:
4 godziny...

AK:
Uuu, dość długo, przepraszam.

JzG:
Z czego 3 godziny zakładam co prawda buty na rzepy.

Bestinshow

Są też trudne przypadki. Plagą jest spanie na autach

Wielebny:
Dobra dosyć tego, odczep się, nie śmieszą mnie żadne żarty z kwiatami.

AK:
Ale ja ususzyłem ostatnie kwiatki 15 lat temu?

Wielebny:
To co mnie smyra pod już nie powiem czym?

AK:
Urwij kawałek, ja lekko wstanę i powiem.

Wielebny:
Smyrusmyrusmyrusmyru, mruuuuuuu...

AK:
No, no, goń się. Starczy już. Wyczuwam naparstnicę.

CHÓREM:
NAPARSTNICĘ?!

JwG:
Próbowałem dyskretnie zwrócić uwagę na problem... Nie możecie mi powiedzieć, że nie. Zmyśliłem to Guam, przepraszam za małe zamieszanie. Ja nie jestem nawet Japończykiem.

Brewqr

Dzieciaki też do nas lgną

Wielebny:
Nieprawda, Guam nie jest zmyślone!

(po krótkiej chwili natchniony)

Wielebny:
Już wiem! Wepchniemy go do zachwaszczonej windy, zabijemy i zgwałcimy!

(Japończyk rzuca się szczupakiem przez okno, gdyż mimo nadzwyczajnego intelektu nie poznał się na tym przednim żarcie)

AK:
Głupi, przecież windy przeszły ostatnio gruntowne pielenie.

Wielebny:
Hm...

AK:
Nad czym myślisz?

Wielebny:
Miał problem z łokciem?

AK:
Ano miał.

Wielebny:
No to czemu on poszedł do psychiatry?!


Odcinek drugi

Nasze strony
Przyjaciele