Nonźródła:Kroniki Nonsensopedii cz. 1

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj


Kroniki I

Gdy Roswell mrok spowija ciemny
Z lochów wypełza nieczysta
Kapłanka dziada Antychrysta
Saksofon trzyma niewierny

Pod Stalingradem Ruski wstają
Dosiadają żelaznych słoni
Niemcom w mordę dać gotowi
Za Rasputinem podążają

A ja stoję u bram szaleństwa
Pragnących całej mojej wiedzy
Patrzę więc przez szparę pomiędzy
Pewny jestem niebezpieczeństwa

Stoję tak zawieszony między
Szczurem a prawdą bezeceństwa

[edytuj] Prolog

Rzymianin w chitonie stał naprzeciw tronu w pałacu wielkiego Królestwa Wschodniej Nonsensopedii i walczył z bezładnie wiszącą na barkach peleryną. Król Artur XXI uśmiechał się do niego z politowaniem.
– Ave Rex – stwierdził, gdy w końcu udało mu się opanować niesforną pelerynę.
– Ave ja – odparł król nie przestając uśmiechać się ironicznie.
– Romani te salutant – Rzymianin ukłonił się. Zrobił to tak zamaszyście, że peleryna opadła mu na głowę.
– Nienawidzę łaciny – wtrącił milczący do tej pory marszałek Joachim gegen Schaschlik.
– Żeby on jeszcze mówił po łacinie – podsumował Artur – Jesteś hańbą dla swego narodu.
Rzymianin pisnął rozpaczliwie. Nie zrozumiał o co chodzi, ale na pewno było to coś złego. Zdecydował się uciec czym prędzej i zaszyć się w jakimś ciemnym kącie.

Oazę spokoju znalazł pod stojącym w kuchni stołem.
– Co się stało? Pogłaskać cię? – zapytała ochmistrzyni, Beatrycze.
– Oni są dź… dziwni. Mówią, że jestem hańba dla swojego narodu.
– Kto?
– K… Król i wielki m… marszałek!
– Bo oni są homogenizowani, wiesz?
Wtedy dla Rzymianina wszystko stało się jasne. Takie zepsucie moralne nie mieściło się w jego prawicowym umyśle. Ale wiedział co powinien zrobić. Ogłosić to światu.

Natychmiast wygrzebał się spod stołu i sięgnął po papier. Po chwili sensacyjny list do największej gazety w kraju był już gotowy…

[edytuj] Rozdział I

Drzwi do sali tronowej rozwarły się z trzaskiem. Wpadł przez nie ciężko zdyszany hrabia Serscull.
– Co się stało? Spokojniej trochę, bo jeszcze zawału dostaniesz! – krzyknął wbrew swojemu majestatowi król.
– Wstrząsające wieści! Król Grzegorz Wielki abdykował. A wraz z nim jego wasale.
– Ale jak to?
– Tak to. Powiedział, że ma to wszystko gdzieś i wyjeżdża do MKM.
Król westchnął.
– To znaczy, że zostałem sam z tym całym burdelem? Ech… Barbarzyńcy nas zaleją. Nie obronimy się.
– E tam, zrobimy im z dupy jesień średniowiecza – odparł wyraźnie uradowany marszałek. – Wojsku i tak już zaczyna się nieźle nudzić.
– Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji, marszałku. Grzegorz wyjechał z całą szlachtą. Chłopstwo lada moment rozlezie się po kraju niszcząc to, co udało nam się do tej pory zbudować.
– A gdzie jest to całe MKM? Nie kojarzę tego kraju. To jakaś Mała Koalicja Masochistów?
Hrabia zasępił się.
– Gorzej. Miłośnictwo Komunikacji Miejskiej. Nie ma od tego odwrotu. Tamtejsze autobusy zatrzymują się tylko raz, gdy zabierają pasażerów. Nigdy nie można już z nich wysiąść.
– To niedobrze – zgodził się król. – Trzeba to skontaktować z regentem Pacino.
– Daj spokój – wtrącił Schaschlik – Regent jest daleko. Zanim dotrze do niego posłaniec wszystko zdąży nam dupnąć. Proponuję rozwiązać sprawę jak najszybciej. Dacie radę, hrabio wziąć pod swoją opiekę trochę osieroconych po Grzegorzu ziem?
– Pewnie – stwierdził Serscull, a oczy aż zabłysły mu ze szczęścia. – Ale tylko przejściowo… bo wiecie, chciałbym się poświęcić innym rzeczom, a nie tylko sprawdzać ostatnie zmiany w finansach.
– Hmm… Był tu jeszcze jeden taki Andrzej, dziewiętnasty syn Arnolda. Całkiem niezłe szaszłyki przyrządzał. Wręcz wystrzałowe. Może wynieść go na szlachcica i dać mu trochę ziemi tam? – zaproponował marszałek.
– Tak. To dobry pomysł. Ale co to za szlachcic bez nazwiska? Niech będzie po prostu Andrzej Dziewiętnasty – zgodził się król. – To jak? Po dziabągu?
Dziabąga też zabrali – wtrącił hrabia.
– Ja nie o tym. Napić się chciałem.
– No to po dziabągu! – zgodził się hrabia. – A jutro pojedziemy oglądać moje nowe ziemie!
Chwilę potem służba wniosła do sali tronowej suto zastawiony stół z alkoholami i najprzedniejszym jadłem. Uczta trwała do białego rana.

***

Wędrowiec szedł przez gęsty las. Jego poprzecierana, brudna skórzana kurtka wskazywała na to, że wędrował już od wielu dni. Był stary, ale wciąż niebezpieczny jak wilk.

Daleko w oddali dostrzegł drżące światło. Miał zamiar dotrzeć do stojącej niedaleko gospody, ale zaciekawił go ten płomień. Przecież znacznie prościej byłoby po prostu udać się do gospody. A to rodziło przypuszczenia, że prawdopodobnie źródłem światła było ognisko w obozie jakichś zbirów, którzy tylko czekali na niewinnych przechodniów. Stary tym bardziej uznał, że tym bardziej powinien coś z tym zrobić. Jeszcze ktoś przez nich by ucierpiał.

Ku jego zaskoczeniu, przy ognisku siedział tylko jeden, niewiele młodszy od niego samego osobnik. Na pewno nie stanowił zagrożenia, więc podróżnik wyłonił się z krzaków.
– Witaj – powiedział. Mężczyzna nie odpowiedział mu jednak, tylko dalej wpatrywał się dalej w płomienie.
– Kiedyś to wszystko było moje – stwierdził wreszcie.
– Ale co? Ktoś spalił ci dom, dobry człowieku? – nie zrozumiał wędrowiec.
– Nie. To wszystko, cały kraj. A potem przyszła ta jędza i zniszczyła wszystko!
Po tych słowach zrozumiał wszystko. Człowiek, który przed nim siedział, był legendą samą w sobie. Legendą, która równie dobrze mogła okazać się koszmarem, wyłaniającym się z przeszłości. Tylko, że…
– Nie możesz być Zelem Deletem. Zabito go. I to co najmniej dwa razy. Delet parsknął śmiechem.
– To był tylko mój klon, ale jak widać nieudany. Ja nie dałbym się tak łatwo podejść. Jestem na to za sprytny.
– I dlatego siedzisz w środku lasu, zamiast w gospodzie nieopodal?
– Oj tam. Siedzenie w gospodzie jest zbyt mainstreamowe. Zresztą, tu chyba nie ma żadnej gospody… A przynajmniej za moich czasów nie było.
– Jest. Nakazałem ją wznieść, gdy to ja byłem tu władcą. – Wędrowiec uśmiechnął się pod nosem.
– Pokażesz mi gdzie jest ta gospoda?
Podróżnik nie mógł odmówić przypadkowo spotkanej niezwykłej postaci.

Niebawem dotarli do stojącej na rozstaju dróg gospody. Przed nią stała zaprzężona w sześć koni kareta.
– Hmm… Dróg też za moich czasów nie było. Co to za powóz? – zapytał Zel.
– Pewnie pomysł króla Artura. Nie wiem, dla mnie to zawsze był przerost formy nad treścią. Ale Artur zawsze to lubił. Swoją drogą to dobrze, przynajmniej poznasz obecną ekipę.
Weszli do środka. Większość stołów zajmowała królewska świta i sam król, rozmawiając ze sobą żywo. Wszelkie rozmowy ucichły jednak, gdy podróżnik wszedł do środka.
– Witam wszystkich. To jest Zel… – urwał nagle. Przeraźliwą ciszę przerwało tylko krztuszenie się Artura. Schaschlik poklepał go w po plecach, dzięki czemu Artur wreszcie wypluł jabłko.
– Ten Zel? – zapytał z cielęcym zachwytem w oczach.
– Zróbmy go od razu nowym współkrólem – odezwał się młody lokaj, Dominiol.
– A co ty masz do gadania w tej sprawie? – obruszył się Artur. – A wracając… Jak mówiłem, zrobimy cię współkrólem in Dei gloria. De Vocém, daj mi niezbędne papiery, zaraz restytuujemy pana.
– Ale ja się nie zgadz…
– Dawaj te papiery albo wrażę ci zaraz miecz w d… – wyraził sugestywny sprzeciw marszałek.
– Tak. Już, oczywiście – De Vocém posłusznie wykonał polecenie.
Delet wpatrywał się w kartkę z wyraźnym zakłopotaniem.
– Dobra, wrócimy do tego kiedy indziej – przerwał nerwową ciszę król. – A teraz radujmy się i pijmy!

***


– Mówię ci, że powinniśmy zaczekać na de Vocéma, on by wiedział jak przebić się przez tę ścianę – stwierdził Parry uderzając kilofem w ścianę w lochach głęboko pod pałacem.
– Nie ma czasu. Ona tam jest i czeka na nas! – odparł Optdex. Choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, w głosie dało się wyczuć lekką nutę podniecenia.
Dwóm arystokratom, samozwańczym zapalonym archeologom udało się w końcu przebić przez gruby mur. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, na środku którego stała dziwna maszyna, bądąca bardzo skomplikowanym układem belek, wałków, taśm i kominów z dodatkowym panelem sterowniczym. Odchodziły od niej setki kabli różnego koloru i grubości.
– Legendarna maszyna różnicowa! – oświadczył Optdex. Jego oczy zalśniły niezdrowym blaskiem, a usta kąciki ust uniosły się o kilka milimetrów. Parry jeszcze nigdy nie widział, żeby przyjaciel się uśmiechał.

Optdex podszedł do pulpitu maszyny i nacisnął kilka przycisków. Nic się nie stało.
– Nie działa – stwierdził i natychmiast posmutniał. – Ale mam pomysł!!! Wywalimy tę maszynerię! Zamiast niej zrobimy taki elektroniczny bajer! I wszystko będzie działać! Wystarczy, że wywalimy tę rolkę, tu poprowadzimy kabelek…
Parry nie wiedział co odpowiedzieć. W zasadzie po całodniowym waleniu kilofem w mur myślał tylko o czekającym na niego w pałacu zimnym piwie. Z drugiej strony chciał też pomóc przyjacielowi. Wreszcie jednak piwo wygrało. Rzucił krótkie „Cya” i ruszył na powierzchnię. Gdy wychodził, usłyszał jeszcze głos Optdexa:
– To działa!!!
Optdex nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Wystarczyło tylko podmienić przestarzałe jądro maszyny na dzieło jego autorstwa i wszystko ruszyło. Zastałe, nieużywane od wielu lat tryby na nowo ruszyły.
– Sen to czy java? – wymamrotał Optdex. Nacisnął kilka przycisków. Z zewnątrz doszedł go dźwięk grzmotów.
Wiedział, że maszyna jest potężna, ale nie sądził, że będzie mógł dzięki niej niemal dowolnie sterować całym światem. Od razu mu się to spodobało i postanowił przetestować jej możliwości.

***

Starsza kobieta szła jedną z ulic królewskiego miasta. Nagle podbiegł do niej zamaskowany osobnik i wyrwał jej z dłoni siatkę z zakupami. Nie minęła chwila, a na nie niebie pojawił się dziwny kształt. Nie ptak… nie samolot… lecz Człowiek-Patelnia. Jego pseudonim wziął się stąd, że jako broni używał śmiercionośnej patelni, która zapewniała mu też zdolność do lotu. Człowiek-Patelnia natarł na złoczyńcę i zdzielił go patelnią w głowę.
– A masz, wandalu ty! – ryknął i poprawił jeszcze raz z całej siły. W zasadzie poprawiał tak do skutku, aż mózg i wnętrzności bandyty spłynęły do rynsztoku.

Gdy sprawa została definitywnie zakończona, Człowiek-Patelnia wygrzebał zakrwawioną siatkę z zakupami z rozpływających się wnętrzności złodzieja (przypadkiem musiał użyć jej zamiennie z patelnią) i podał ją babinie z promiennym uśmiechem na twarzy. Ta przyjęła ją niepewnie. Człowiek-Patelnia nie liczył jednak na podziękowania i natychmiast odleciał nieść pomoc w innym miejscu.

***

Insana zbierała grzyby w jaskini nieopodal miasta. Matka mówiła jej, żeby nigdy tego nie robiła, gdyż było to zbyt niebezpieczne, ale dziewczyna nie słuchała matki. W zasadzie nie słuchała nikogo. Robiła tylko to, co było w jej mniemaniu dobre dla niej samej. A takie było zbieranie grzybów jaskini. W jednej chwili tutaj mogła nazbierać ich znacznie więcej niż przez cały dzień chodząc po lesie. Na dodatek te grzyby świeciły tak fajnie na niebiesko…

W miarę jak dziewczyna schodziła coraz głębiej ogarniał ją niepokój. Wnętrze jaskini z epatującego niezrównaną dzikością, ale nie niechęcią zamieniło się w niezwykle mroczne i posępne miejsce. W pewnym momencie Insana miała ochotę się wycofać, ale nagle usłyszała dochodzący z wnętrza jaskini dziwny głos.
– Zejdź niżej – odezwał się. W odpowiedzi Insana wrzasnęła wzywając na pomoc Człowieka-Patelnię, choć wątpiła, żeby ten ją usłyszał.
– Zejdź w dół, do samego serca mojego jestestwa. Mam ci coś do zaoferowania – odezwał się ten sam głos. Gdy Insana wsłuchała się w niego postanowiła sprawdzić skąd dochodził. Po głębszym zastanowieniu wydał się jej bowiem zbyt ciepły jak na należący do kogoś niebezpiecznego.

Gdy schodziła w dół, nagle usłyszała dziwne sapanie. Przyspieszyła kroku, ale odgłos nie milkł. Wreszcie dotarła na samo dno. Znalazła się w niewielkiej, owalnej komnacie. W jej centrum, skąpany w dziwnym niebieskawym świetle grzybów stał elipsoidalny głaz. Najgorsze było jednak to, że nie było żadnej innej drogi ucieczki, a sapanie nie chciało zamilknąć ani trochę. Wreszcie Insana usłyszała głos:
– Tu jesteś, dziewczynko – rozpoznała go. To Człowiek-Patelnia przybył ją uratować. – Uciekałaś tak szybko, że nie mogłem cię dogonić. Co to za dziwny głaz?
– Jam jest wielki mistyczny ziemniak, freudowska reprezentacja ego waszej cywilizacji – odezwał się głos, który zwabił Insanę do wnętrza jaskini. – Jam jest początkiem i końcem, alfą i omegą, transformacją i kładem, naprężeniem stycznym i poprzecznym…
– Zrozumiałam za pierwszym razem – wtrąciła nieśmiało Insana. Nie miała ochoty przerywać czemuś, co jest wielkie i mistyczne, ale nie mogła słuchać tak bezsensownego ględzenia.
– Milcz, jak do mnie mówisz, dziewczynko! – oburzył się wielki mistyczny ziemniak. – Wybrałem cię… Wybrałem was oboje abyście zanieśli ludowi Nonsensopedii moje przesłanie. Dwudziestego czwartego dnia miesiąca, gdy słońce chylić się będzie ku zachodowi, narodzi się dziecię, które zaprowadzi naród wybrany do życia wiecznego, a imię jego będzie Mesjasz, co znaczy… przepraszam, nie ta kartka. Lud tej ziemi zapomniał co znaczy prawdziwy nonsens, od czego wzięła się nazwa tej ziemi. Już od dawna nie obchodzi starych świąt i nikt nie kłania się ziemniakom na moją pamiątkę. Tak dłużej być już nie może. Przywróćcie stary porządek ziemi, na moją chwałę.
– Tak jest, wielki mistyczny ziemniaku – zgodziła się Insana.
– Tak jest – przytaknął natychmiast Człowiek-Patelnia.
– I nie lękajcie się, bo ja czuwam.
Światła pochodzące od grzybów nagle zgasły. Oboje odczytali to jako znak, że bóstwo, czy też jak samo o sobie powiedziało, freudowska reprezentacja ego opuściła to miejsce.

Oboje wyszli na zewnątrz. Niby pozostali tacy sami, ale jednak inni. Teraz wypełniała ich siła bóstwa, które powierzyło im rolę do wypełnienia.

[edytuj] Rozdział II

– Co wy tu psujecie? – zapytał nadworny inżynier Dreadlish. Jak zawsze trzymał w pogotowiu lutownicę. Zazwyczaj używał jej tylko do naprawiania różnego sprzętu, ale kiedyś podobno wraził ją w dupę jakiegoś niepokornego szlachetki. Od tego czasu reszta arystokracji traktowała go z należnym szacunkiem.

Optdex, jak to miał w zwyczaju, nie palił się zbytnio do odpowiedzi. Nawet nie oderwał się ani na chwilę od pulpitu sterowniczego maszyny, przy której stał. Widząc to, Parry zdecydował się odpowiedzieć za niego:
– Znaleźliśmy tutaj taką fajną maszynę, jak widzisz. A czemu w ogóle pytasz?
– Bo w ciągu ostatnich pięciu minut z nieba spadł grad wielkości kurzych jaj oraz deszcz pięciozłotówek. Pomyślałem, że macie z tym coś wspólnego.
– Bo mamy. Ta maszyna pozwala kontrolować pogodę, ale nie wiemy jak ją obsługiwać. Ale ciekawsze jest to, że dzięki niej można tworzyć przedmioty! Patrz! – stwierdził nagle Optdex i nacisnął z pozoru losową kombinację klawiszy na pulpicie. Chwilę potem z pałacowego dziedzińca dobiegł upiorny wrzask, który nagle się urwał.
– Ups… Chyba kogoś przygniotło drzewko – wymamrotał Optdex.
– JA PIERDOLE – skwitował całe zajście Dreadlish. Parry przyznał mu cichą rację.
– Na razie zdarzają się błędy, ale wkrótce uda nam się to jakoś zoptymalizować – zapobiegawczo bronił się Optdex. – Przy okazji, mógłbyś przysłać tu kogoś z powierzchni z żarciem? Głodny się zrobiłem.
– Jeśli ma to kogoś uratować przed przygnieceniem przez spadające drzewo, mogę wam coś zorganizować – odparł Dreadlish i zwrócił się ku wyjściu. Wychodząc zaś podśpiewywał piosenkę o Głodnie.

***

– Niechaj wielki mistyczny ziemniak będzie z tobą, nieznajomy.
– Czego ty chcesz, dziewczyno? – zapytał de Vocem. – Głowa mnie boli.
– Nic dziwnego. Zostaliście napadnięci przez bandytów i ocaliła was tylko moc wielkiego mistycznego ziemniaka – odpowiedział mężczyzna w majtkach na spodniach, do których miał dodatkowo przytwierdzoną patelnię. – Jestem ZentroXenon, choć znany jestem także jako Człowiek-Patelnia.
– Aha, to fajnie. A teraz pozwolicie państwo, że już sobie pójdę – odparł szlachcic i podniósł się pośpiesznie z posłania. Przeszedł kilka kroków, po czym zorientował się, że nie wie gdzie jest.
– A zatem wracasz do nas, synu – stwierdził ZentroXenon na ten widok.
– Chciałem tylko zapytać jak dostać się stąd do stolicy.
– Zabierzemy cię tam. Ale dopiero wtedy, gdy przyjmiesz wiarę w wielkiego mistycznego ziemniaka.
– A z czym to się wiąże?
– A z tym – stwierdził ZentroXenon i zamachnął się patelnią. De Vocem w jednej chwili stracił przytomność. Tymczasem Człowiek-Patelnia zaczął mamrotać słowa w dziwnym języku. Nad sztywnym szlachcicem pojawiła się niebieska mgiełka, która wniknęła w jego ciało.
– Teraz już będzie nas słuchał, tak jak pozostali. Niebawem zrobimy ziemniaczaną rewolucję! – ZentroXenon uśmiechnął się szeroko i pogłaskał swoją patelnię.

***

Król Artur z trudem wyjrzał na świtało dzienne. Nie przypominał sobie, co działo się wczoraj ani też co działo się dzisiaj. Jedyne, co go interesowało to pioruński ból głowy, upał i przeraźliwie ostre słońce.
– Marszałku, zgaś to słońce, przeszkadza mi – stwierdził.
– Było tyle nie chlać – odparł Schaschlik. – Być może wtedy by nas nie okradli.
– A to u nas są takie gospody, co w nich kradną? – zapytał król. Wszystko mu się nie zgadzało, nawet w wyrazie twarzy Schaschlika było coś dziwnego.
– Tak, i jeszcze w mordę dać potrafią, jakbyś nie zauważył. – Wreszcie Artur zrozumiał, co mu nie pasowało. Jego najdroższy marszałek stracił kilka zębów, a na dodatek miał podbite oko. Jak oni mogli!
– Ale ja jestem cały, prawda?
– Tak, nawet bandyci nie biją kobiet.
– Nie rozumiem, co insynuujesz…
Schaschlik westchnął. Nie chciał wdawać się w gierki słowne w takiej chwili i dziwił się, że król miał na to ochotę. Ale z drugiej strony on nie został tak solidnie obity.
– A wiesz może kto mógł to zrobić?
– Nie mam pojęcia. Ale znalazłem coś, co wygląda jak trotyl… Tylko kto używa trotylu w dzisiejszych czasach?
– Może ten człowiek, który był tu wczoraj… jak mu tam było? Nieważne. W każdym razie wyglądał na dosyć staroświeckiego…
– To możliwe. Zwłaszcza, że zniknął gdzieś zanim to wszystko się zaczęło. Nieważne. Zajmiemy się tym po powrocie do pałacu.
Król nie miał innego wyjścia niż ponownie zgodzić się z marszałkiem. Schaschlik zawsze miał rację i zawsze mówił z taką pewnością siebie. Można było iść z nim nawet na koniec świata… jeśli jednak chciało się wystąpić przeciw niemu, można by od razu skoczyć z tego końca.

Na zewnątrz zrujnowanej gospody czekał hrabia Serscull.
– Wygląda na to, że powóz też nam ukradli, a resztę orszaku gdzieś wcięło – stwierdził.
– A chuj z nimi – odparł marszałek. – Przynajmniej spokój będzie.
– Mhm… Z tego co pamiętam, nieopodal mieszka hrabina matka Holly Blue. Ona z pewnością pomoże nam wrócić do stolicy.
– To dobra myśl – przyznał król. – Holly robi świetną szarlotkę.
– Jak możesz myśleć o żarciu w takiej chwili? – zapytał z lekkim wyrzutem w głosie marszałek.
– Normalnie. Od myślenia o reszcie mam was. I Optdeksa.
Schaschlik z trudem powstrzymał uśmiech. Ale uśmiechanie się nie było w jego stylu, musiał trzymać fason.

Trzech ostałych przy życiu arystokratów ruszyło przez las do posiadłości hrabiny Holly Blue. Jak się okazało „niedaleko” wyglądało trochę inaczej, gdy nie jechało się wygodnym, klimatyzowanym powozem. Niemniej w końcu dotarli do celu. Na podwórzu przed dworkiem leżało kilka dorodnych psów. Każdy z nich wpatrywał się w przybyszy przekrwionymi oczyma, jakby zaraz miał ochotę rzucić się jednemu z nich do gardła. Mimo to, żaden atak nie nastąpił, dopóki Schaschlik nie nacisnął dzwonka do drzwi. Wtedy wszystkie psy rzuciły się na arystokratów ujadając wściekle. W samą porę drzwi otworzyły się.
– Fifi, Lemmy! Leżeć! – W drzwiach stanęła sama hrabina. Wałek trzymany w dłoni nadawał jej groźny wygląd. Kiedy jednak ujrzała przyjaciół natychmiast rozpromieniła się.
– Cześć, grubaski – stwierdziła. – Dawno nie odwiedzaliście mamusi, wiec mamusia musiała znaleźć sobie pieski do towarzystwa. Urocze, prawda?
– W rzeczy samej – odparł Artur, czując jak jeden z ulubieńców hrabiny zaznajamia się bliżej z jego łydką.
– Wejdźcie, rozgośćcie się. A ty Schaschlik, zawsze miałeś taką krzywą mordę czy ząb cię boli? – zapytała wszedłszy do hallu.
– Napadnięto nas. Bandyci zabrali nam wszystko, łącznie z powozem, którym podróżowaliśmy – wyjaśnił Serscull.
– Ale to nie wyjaśnia czemu Schaschlik ma taką krzywą mo… Ach, już rozumiem. Przepraszam. Ale nie martwcie się, mamusia zaraz coś na to poradzi.
– Nie ma potrzeby – odparł Schaschlik. – Potrzebujemy tylko jakiegoś transportu i już nas nie ma.
– I nie zostaniecie na podwieczorek? Taką pyszną szarlotkę upiekłam.
– Nie ma…
– Oczywiście, że zostaniemy – wszedł marszałkowi w słowo Artur. – Dla twojej szarlotki jestem gotów na wszystko.
Wkrótce arystokraci oddali się pysznemu posiłkowi, wolnemu od GMO i innego tałatajstwa.
– To jak, hrabino, możesz nas jakoś przewieźć do stolicy?
– Tak. Ostatnio znalazłam w stodole takie jedno Daewoo Tico. Nie wiem ile lat spędziło zagrzebane w sianie, ale powinno jeszcze działać.
– Król nie może jeździć Tico. To nie przystoi – odparł Artur.
– Zawsze możesz iść pieszo – wtrącił Schaschlik. – Albo zostać tutaj z pieskami.
– Dobra, już nic nie mówię.
Arystokraci udali się do stodoły. Stało tam niewielkie zielone autko, które delikatnie kolebało się na boki. Po chwili wyłonił się z niego osobnik w słomkowym kapeluszu. W ręku trzymał wiązkę przewodów elektrycznych.
– Urwało się – stwierdził nieco przepraszającym tonem. – Nazywam się Aaron McRela. Jestem kierowcą tego wehikułu. To znaczy, w zasadzie to auto steruje mną, ale to dość skomplikowane…
– Niewątpliwie. Zawieziesz nas do stolicy?
– To zależy czy Tico się zgodzi.
Ku zaskoczeniu arystokratów McRela podszedł do auta i przytuliwszy się do błotnika zaczął czule do niego przemawiać w jakimś nieznanym języku.
– Tico się zgadza. Możecie wsiadać.

McRela usiadł na fotelu kierowcy. Czy też raczej w miejscu, w którym w normalnym aucie znajdowałaby by się kierownica. Tutaj bowiem był tylko goły pulpit, spod którego wystawały stosy kabli. McRela wyciągnął jeden z nich i umieścił sobie z tyłu głowy. Choć nie zrobił nic ponadto, wkrótce samochód odpalił i ruszył w kierunku bramy do stodoły.

Wkrótce samochód z najwyższymi władzami królestwa Nonsensopedii dotarł do stolicy. Nawet niewprawny obserwator mógł dostrzec, że w mieście dział się coś dziwnego. Na ulicach było pełno ludzi w burych habitach, którzy rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.
– Coś mi się wydaje, że będę się musiał zabawić niebawem w legata Amaury’ego – westchnął Schaschlik.
– E tam, może to jakieś nietypowe święto – odparł Serscull.
– Jedzie mi tu czołg? – zapytał Schaschlik wskazując na dłoń, której jechały właśnie dwa małe czołgi. – No dobrze, uznajmy, że masz rację.
Serscull uśmiechnął się pod nosem.

Po chwili dotarli wreszcie do pałacu. Ku ich zaskoczeniu absolutnie nikt nie wysilił się na jakiekolwiek powitanie, i choć dotarli już do sali wejściowej nie napotkali żadnej żywej duszy. Nagle jednak za plecami rozległ się dziwny dźwięk będący pomieszaniem jęków bólu i krzyków wściekłości. Zza załomu jednego z korytarzy wyłoniła się korpulentna niewiasta w bogato zdobionej sukni.
– Dobrze, że jesteście. Już nie wytrzymywałam tutaj nerwowo – stwierdziła. – Wczoraj pojawił się tu jakiś facet i zaczął na wszystko i wszystkich narzekać. A już zwłaszcza na łacinę.
– Na sancte linguę śmiał narzekać? – oburzył się król. – To jest… haniebne!
Tymczasem z innej strony również ktoś nadchodził.
– … a ponadto uważam, że te kartoteki są w ogóle nieuporządkowane. Dba w ogóle ktoś o to? – perorował męski głos.
– Tak, mamy kilku skarbników. Zresztą, ja się na tym nie znam, ja jestem tu tylko bibliotekarką – odpowiedziała kobieta. Po chwili do komnaty trafiła Evelyn Maasdamer znana także jako Serowa Pani, oraz… Zel Delet.
– Witam wszystkich. – Ukłonił się.
– Jak to możliwe, że dotarłeś aż tutaj tak szybko, hm? – zapytał natychmiast Schaschlik wlepiając w przybysza lodowate spojrzenie. Delet miał wrażenie, że po tych szarych gałkach ocznych mógłby się ślizgać jak po lodzie.
– Tak wyszło. Znam parę skrótów z dawnych lat, kiedy nie było tutaj jeszcze żadnych dróg – wyjaśnił niechętnie.
– Czyżby? A mnie coś mówi, że miałeś coś wspólnego z napadem na nas – nie ustępował marszałek.
– Zostaliście napadnięci? Tak mi przykro – zasmucił się Zel.
Schaschlik miał już na końcu języka ciętą ripostę, ale przeszkodziła mu w niej spadająca z sufitu lodówka. Uderzyła z głośnym szczęknięciem o posadzkę i otworzyła się wysypując zawartość – kilkaset kilogramów ziemniaków.

W sali zapanowała niezręczna cisza.
– A co to miało być? – przerwał ją po chwili Delet. – Też jakaś nowość? Za moich czasów lodówki stały grzecznie na swoim miejscu.
– Tak w zasadzie jest od wczoraj – stwierdziła księżna Argh. – Z nieba spadają różne rzeczy. Zaczęło się od gradu, potem były drzewa, a teraz lodówka wypełniona ziemniakami.
– Ziemniaki? – rozległ się inny męski głos. Tym razem należał do Optdexa. – Miały być batony, zadeklarowałem to przecież wyraźnie. Maszyna nigdy się nie myliła.
– Jaka znowu maszyna? – zapytał Schaschlik. Coś podpowiadało mu, że będą z tego tylko dodatkowe problemy.
– A dokopaliśmy się do takiej maszyny w podziemiach. Dzięki niej możemy dowolnie kształtować rzeczywistość – wyjaśnił Optdex. – Muszę do niej iść czym prędzej, to naprawdę nie powinny być ziemniaki…
Optdex oddalił się czym prędzej.

Tymczasem z zewnątrz zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Schaschlik wyszedł na balkon, chcąc zorientować się o co tyle hałasu. W jego stronę posypały się ziemniaki.
– Pięknie, kurwa, pięknie – stwierdził, gapiąc się na postacie stojące na dole. Odpowiedziała mu jedynie kolejna fala ziemniaków.

Schaschlik nie zamierzał się jednak tak po prostu wycofać. Zdecydował się zachować godność i sypnąć iście jadowitą wiąchą przekleństw. Posypały się kolejne ziemniaki. Tym razem jednemu z rzucających spadł kaptur, dzięki czemu marszałek mógł mu się dokładnie przyjrzeć.
– De Vocem! Co ty tam do cholery robisz?! – wrzasnął.
– Nie wiem – odparł de Vocem i wypuścił kolejnego ziemniaka z ręki. Następnie rzucił się w stronę bramy.
– Za nim! Wskaże nam drogę do wejścia! – wrzasnęła inna postać żeńskim głosem. Schaschlik ukrył twarz w dłoniach i pozdrowił de Vocema ciepło w myślach. Wiedział jednak, że musi się pozbierać i opowiedzieć o wszystkim pozostałym.

Zszedł z balkonu. Zastał jednak już tylko kilka osób zasłuchanych w królu perorującym po łacinie.
– Co się dzieje – zapytała Argh widząc jego ponury wyraz twarzy.
– Zaraz wpadną tu rewolucjoniści. Ten dureń ich tu sprowadzi tunelem przez lochy. Ale ja się nie poddam bez walki! – Marszałek dobył miecza i ruszył biegiem w kierunku piwnicy. W połowie drogi uderzył jednak o niewidzialną ścianę.
– Co jest? – zapytał. Nikt ze zgromadzonych w sali nie potrafił jednak odpowiedzieć.

Po chwili w sali pojawił się Optdex i stwierdził z dumą:
– Maszyna doniosła mi o jakichś rewolucjonistach. Ustawiłem bariery, dzięki którym nie dostaną się do środka.
– Takie bariery? – zapytał Schschlik i postukał palcami o niewidzialną ścianę.
– Najważniejsze, żeby działa… – Król urwał nagle, widząc wbiegającego de Vocema.
– Idą tu – rzekł szlachcic. – A imię ich jest Legion.
– To miecz w łapy i do roboty – stwierdził marszałek. – W najgorszym wypadku dostaniesz ziemniakiem! A swoją drogą, gdzie jest Delet?
– A poszedł gdzieś – odrzekł Artur. – Co ja? Niańka jego?
Tymczasem do sali wpadł pierwszy miłośnik ziemniaków. Jego głowa spadła natychmiast z szyi ścięta jednym ciosem miecza marszałka.

Niebawem do komnaty wtargnęło jeszcze kilku zwolenników ziemniaków, ale wszyscy polegli pod ciosami mieczy.
– Tylko tylu? – zapytał Schaschlik, wycierając ostrze o jedno z trucheł.
– Bo filtr działa – skwitował to Optdex.
Rzeczywiście po dotarciu do lochów marszałek ujrzał sporych rozmiarów tłumek rewolucjonistów, którzy rzucali ziemniakami w niewidzialną ścianę. Jeden z nich ośmielił się ponadto pokazać Schaschlikowi digitus infamis. Marszałek obiecał sobie, że nie puści tego płazem tak lekko.

Król Artur spróbował dołączyć do swojego ulubionego marszałka w lochach. Natrafił jednak na kolejną niewidoczną ścianę. Pozostała jedynie wąska szpara między ścianą, a murem komnaty. Kiedy jednak król oparł się o niego plecami usłyszał dziwne skrzypienie, a ściana ugięła się nieco. Zaintrygowany, postanowił przyjrzeć się jej dokładniej. Jedna z cegieł w murze wyraźnie się zapadła. Artur postanowił ją wyjąć. W skrytce znalazł jednak tylko niewielką książeczkę. Przekartkował ją pośpiesznie.
– Ja pierdolę!!! – stwierdził i padł nieprzytomny.

[edytuj] Rozdział III

– I on, Grzegorz, przeciwko mnie! Oni… Wszyscy… Tylko spiskują… Chcą mnie pozbawić władzy – dyszał wściekły Artur.
– Spokojnie. Zrobię ci herbatkę z melisy i zaraz poczujesz się lepiej – zaproponowała troskliwie Evelyn de Maasdamer nazywana serową panią.
– Nie chcę żadnej herbatki – zbuntował się król i poderwał się z łóżka. – Chcę krwii! Krwi tych podłych zdrajców z MKM!
– Z tym będzie ciężko, nikt nie chce wsiadać do pociągu, z którego nie da się wysiąść. Ale zawsze możesz ich oficjalnie wykląć – zaproponował usłużnie Schaschlik.
– Nie wiem co bym bez ciebie zrobił, drogi Joachimie. Tak, oficjalnie ich wyklinam. Przerobienie ich na szaszłyki może trochę zaczekać. A co z ziemniakami? Czy chociaż sytuację w mieście udało się opanować?
– Tak, obyło się bez większych strat w ludziach. W pewnym sensie… Ci rewolucjoniści to w większości nasi obywatele, także dość znaczni. Ale ja już prawie jestem pewien kto za tym stoi…
– Daj spokój, nie wolno mu się denerwować – wtrąciła Serowa Pani. – Jeszcze dostanie zawału…
– Chcę wiedzieć! Natychmiast! – wrzasnął król, faktycznie gotów od razu dostać zawału.
– Delet, to on buntuje przeciwko tobie ludzi. Teraz znowu zniknął, założę się, że siedzi właśnie z ziemniakami i omawia sposób dostania się do pałacu. Pewnie chce przejąć władzę po tobie.
– A dowody masz? – zapytała Evelyn.
– Jeszcze nie. Ale to kwestia czasu – nie ustępował Schaschlik.
– Cicho, lepiej pomyślcie co z tym zrobić…
Nagle drzwi do komnaty otworzyły się. Do środka wszedł nie kto inny jak sam Delet. W ręku trzymał torbę o nieokreślonej zawartości.
– Przyniosłem pączki – stwierdził.
– Pewnie zatrute. – Król nie zdążył ugryźć się w język.
– Ale o co chodzi? Nie jestem w temacie – odparł Zel wyraźnie zaskoczony chłodnym przyjęciem. Albo też był jedynie bardzo dobrym aktorem. Nikt nie wiedział na dobrą sprawę czego można się spodziewać po osobie, która była swego czasu ścigana przez wszystkich łowców nagród w królestwie i nadal żyła.
– O nic. Nieważne – stwierdził przepraszająco Artur. – Wielkie dzięki za prezent, po prostu ci rewolucjoniści wytrącili mnie z równowagi. Zresztą, errare humanum est.
Delet wzruszył ramionami. Wolał nie ciągnąć na razie tego tematu, chociaż fałszywe oskarżenie nieco go zabolało.

***


– Oto i on – wydyszał Grzegorz. Wędrówka na sam koniec ciągnącego się kilometrami pociągu zajęła jemu i jego podwładnym wiele dni. Wreszcie znalazł sposób by zniszczyć Artura. Wiedział, że wtedy cała władza przypadnie jemu. Tylko jemu na absolutną wyłączność. To znaczy, przypadłaby, gdyby znalazł sposób na zatrzymanie rozpędzonego składu. To nie miało jednak teraz najmniejszego znaczenia. Liczyła się tylko zemsta.
– Wygląda dość niepozornie – odważyła się zauważyć księżniczka Sandra nazywana niegdyś lordem Dziabągiem.

Rzeczywiście niewielki pluszowy miś nie wyglądał na tajną broń mogącą zagrozić najpotężniejszemu człowiekowi w Królestwie Nonsensopedii. Pod wpływem pytania Sandry stało się z nim jednak coś dziwnego. Czarne koraliki oczu rozjarzyły się dziwnym krwawym blaskiem, w pyszczku pojawiły się kilkucentymetrowe, ostre zęby.
– Słyszałem cię – stwierdził miś głębokim, wibrującym basem i ruszył w stronę Sandry.
– Dobry Uszatek, nie co się dener…
Bestia nie miała litości. Jednym sprawnym susem dosięgnął szyi Sandry i rozerwał jej krtań na strzępy. Następnie wychłeptał wyciekającą z rany krew siorbiąc obrzydliwie. Gdy ta przestała wreszcie wypływać otarł pysk łapą.
– Bądź pozdrowiony Słyszący Uszatku, o potężny, któremu żaden mąż nie sprosta, ostatni z wielkiego rodu Misiów – rzekł niezrażony przykrym zajściem Grzegorz. – Przybywam by prosić cię o pomoc.
Dawny współkról wtajemniczył bestię w swój nikczemny plan. Uszatek słuchał pokornie, gdyż plan ten zakładał zaistnienie wielu trupów, z których wygłodzony długim postem miś będzie mógł wypić krew. Gdy tylko szczegóły planu zostały omówione miś teleportował się na miejsce przeznaczenia. Mógł to zrobić, gdyż nie był żywym człowiekiem, a jedynie animowanym przez magię pluszakiem.

Grzegorz zaś udał się z powrotem do jednego z wcześniejszych wagonów, w którym inni jego podwładni realizowali właśnie inną część planu znaną pod kryptonimem „Wielki mistyczny ziemniak”.
– Jak tam postępy? – zwrócił się do lorda Fallera, który właśnie pochylał się nad magiczną kulą.
Dupa nie postępy – odparł Faller. Nigdy nie grzeszył zbyt wyrafinowanym słownictwem, ale przynajmniej mówił konkretnie.
– Skurczybykom udało się odeprzeć atak rewolucjonistów.
– To było do przewidzenia. Jakie straty ponieśli?
– Żadnych. Ludziom Insany nie udało się nawet wejść do pałacu. Zainstalowali tam jakieś bariery czy co.
– Oby ich dzieci do końca świata dojeżdżały Jelczami do szkoły! Mnie poszło nieco lepiej. Uszatek zgodził się wspomóc naszą sprawę. Zapewne teraz jest już na miejscu. Powiedz Insanie przez ziemniaka, że ma wypełniać jego polecenia.
– Robi się. A co z Dziabągiem?
– Nie żyje. Stał się pierwszą ofiarą misia.
– Trudno. Tak widocznie musiało być. Zresztą, od kiedy wykastrował się na tych torach i kazał się nazywać księżniczką Sandrą narobił nam więcej szkód niż pożytku w wizerunku. A teraz daj mi pracować, skoro mam wspomóc Uszatka – stwierdził Faller i potarł kulę. Robił to coraz energiczniej, aż w końcu stała się cała czerwona i gorąca. Grzegorz zawsze miał ochotę zapytać się go, po co to w ogóle robił skoro nie było to do niczego potrzebne. Wiedział jednak, że odpowiedź jednego z niewielu przyjaciół, jacy mu pozostali, mogła mu się nie spodobać.

***

Insana wydostała się z miasta tylko dzięki pomocy Człowieka-Patelni, który przeniósł ją na własnych plecach poza mury. Oboje skierowali się z powrotem do jaskini, w której spoczywał pomnik wielkiego mistycznego ziemniaka. Liczyli, że bóstwo okaże się łaskawe i wysłucha ich ponownie, a także doradzi, jakie działania podjąć po tak strasznej krwawej klęsce. Na ile oboje zdołali się zorientować w ilości zabitych, ponad trzy czwarte zaklętych patelnią wyznawców ziemniaka straciło życie w próbie szturmu na pałac Artura. Gdyby ten idiota de Vocem nie powiódł ich w tę pułapkę…

Oprócz posągu ziemniaka w najgłębszych czeluściach jaskini dojrzeli jeszcze dziwną postać pluszowego niedźwiadka. Nie ruszała się i wpatrywała w niezwykły posąg.
– Kim jesteś? – zapytała Insana.
– Jestem Słyszący Uszatek, brat Widzącego Oczatka i Węszącego Nosatka, ostatni z rodu Uszatków.
– Co tu robisz?
– Słyszący Uszatek jest moim wiernym sługą i umiłowanym synem – stwierdził wielki mistyczny ziemniak. – Zesłałem go, aby wspomóc was po klęsce, dlatego wypełniajcie jego wolę tak, jakby była moją wolą, a jego słowa moimi słowami.
– Jak rozkażesz, o wielki mistyczny ziemniaku! – stwierdzili chórem Insana i Człowiek-Patelnia. Nie zamierzali się teraz tak łatwo poddać – nie po tym, jak spalili za sobą wszystkie mosty.

[edytuj] Rozdział IV

Marszałek Schaschlik obserwował uważnie sytuację w mieście. Był gotów dołożyć wszelkich starań, aby sytuacja z rewolucjonistami więcej się nie powtórzyła, choćby nawet miał spalić całą stolicę. Dobro Królestwa było najważniejsze.

A tymczasem bynajmniej sytuacja nie wyglądała lepiej. Na murach zaczęły pojawiać się rysowane od szablonu żądania odsunięcia króla od władzy. Rewolucjoniści czynili w nich różne absurdalne zarzuty, lecz zakończenie było zawsze to samo, „to nie jest przykład dobrego króla”. W dodatku wywody te podpisane były zawsze jako Słyszący Uszatek. Pojawiały się jednak zbyt szybko by przypuszczać, że było to dzieło jednej tylko osoby. A lud czytał… Czytał i lada moment mógł zacząć je brać cokolwiek na serio. Wszakże nie mylił się wujek Stalin w swoim stwierdzeniu, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.

Należało zatem działać. Wyciągnąć wszystkie oddziały z miejskich koszar i natychmiast zrównać z ziemią kryjówkę rewolucjonistów. Sęk jednak w tym, że jedynie on, Joachim gegen Schaschlik, zdawał się to rozumieć. Pozostali, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia byli skupieni wokół Deleta. Deleta, który tajemniczo znikał zawsze w momencie, gdy działo się coś niebezpiecznego. Najpierw w trakcie najazdu „bandytów”, potem ziemniaczanych rewolucjonistów… Zapewne był kimś w rodzaju szpiega. A szpiegów należało eliminować najpierw.

Z tą myślą marszałek udał się do króla, który jak zwykle był pochłonięty jakimiś niezwykle ważnymi rzeczami w rodzaju nauki trzeciej deklinacji łacińskiej. Schaschlik odnalazł go w jego prywatnych komnatach.
– Musimy porozmawiać na osobności – rzucił.
– Możemy mówić tutaj – odparł Artur. – Tutaj nie ma żadnych podsłuchów… chyba że jakieś założyłeś.
– Chodzi o Zela Deleta, jestem niemal pewien, że jest szpiegiem ziemniaczanej rewolucji. Trzeba się go niezwłocznie pozbyć z pałacu.
– Tak, zdecydowanie jest podejrzany. I jeszcze o wszystko się czepia. Że król powinien świecić przykładem dla swoich poddanych i tak dalej… A gdzie on był przez te wszystkie lata?
– Zapewne gdybyśmy wiedzieli, poznalibyśmy się na nim prędzej. Teraz możemy się tylko domyślać, że obiecano mu objęcie urzędu królewskiego po tobie.
– To możliwe. Dobrze… Zaraz napiszę odpowiedni dekret, którym pozbawię go wszystkich praw. Jako banita już nam nie zaszkodzi.
– Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Rewolucjoniści wypisują o tobie jakieś głupoty na murach. Gorzej, że lud to czyta i chętnie bierze sobie do serca. Dlatego uważam, że powinniśmy zgnieść ich z powierzchni ziemi, choćby zaraz. Moi agenci znaleźli już nawet miejsce, w które musimy uderzyć.
– Zatem do dzieła. Daję ci wolną rękę. A w zaufaniu powiem ci, że mam pewne plany co do twojej osoby. Jeśli wszystko się powiedzie, obejmiesz stanowisko współkróla.
– Świetnie.
Schaschlik starał się udawać zaskoczenie, ale w pewnym stopniu spodziewał się takiego obrotu spraw.

Ktokolwiek miał trochę oleju w głowie domyślał się, że krwawe rozwiązanie problemu nie poprawi i tak już nadwerężonych nastrojów społecznych. Powołanie drugiego współkróla zaś uświadomi niedowiarkom, że Arturowi nie chodziło tylko o władzę.

Schaschlik nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Pędem udał się do koszar, gdzie wydał rozkaz natychmiastowego wymarszu. Wiedział, że nie czeka ich daleka droga. Rewolucjoniści założyli swój obóz wokół jaskini zaledwie kilka kilometrów od granicy miasta. Dodatkowo lokalna topografia układała się na tyle korzystnie, że marszałek mógł obserwować bitwę ze wzgórza samemu pozostając poza zasięgiem strzał.

Żołnierze wpadli między niczego nie spodziewających się wielbicieli ziemniaka. Siekli wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu mieczy. Rewolucjoniści nie mieli najmniejszych szans. Po zaledwie kilku chwilach została z nich tylko garstka najbardziej przezornych, którzy zdążyli chwycić za broń.

Szczególnie dwóch żołnierzy, zakutych w ciężkie pancerze piechoty wyróżniało się skutecznością. Rąbali z wprawą najlepszych rębajłów na świecie aż w końcu utworzył się wokół nich wał z trupów. Mimo bitewnego zgiełku do uszu Schaschlika dotarły słowa rozmowy jaką ze sobą toczyli.
– Czterdziesty siódmy, Bartuś – stwierdził jeden z nich podrzynając mieczem gardło kolejnemu z kultystów ziemniaka.
– Cicho, Mil’enden – odparł drugi, wywijając młynka toporem jak zabawką. – I tak topory są lepsze. Czterdzieści sześć!
– Nie masz racji. Zaprawdę powiadam, topory to broń dobra dla chłopów pańszczyźnianych, a nie rycerzy.
– Skoro tak twierdzisz…
Bartd urwał nagle, gdyż niebo zakrył ciemny kształt.

Schaschlik ujrzał wielkiego smoka, na którym siedział pluszowy miś. Nagle bestia ryknęła przeciągle. Zarówno Nonsensopedyści jak i rewolucjoniści stanęli w niemal zupełnym bezruchu, jedynie trzęsąc się ze strachu.
– Co jest? – rozdarł się marszałek. – Wykończyć te ziemniaczane pokraki, a nie się lenić! Chyba że chcecie żebym zrobił wam z dup jesień średniowiecza!
Zachęceni ciepłymi słowami żołnierze natychmiast wrócili do walki.

Tymczasem smok usiadł na ziemi. Miś ruszył naprzeciw jednemu z walczących i rzucił mu się do gardła. Żołnierz jednak uskoczył zwinnie i zdzielił pluszaka w plecy aż posypały się kłaki.
– Dobrze walczysz, mężu – powiedział Uszatek i ponownie ruszył do ataku. Żołnierz znów zdołał uchylić się przed atakiem, po czym w nieoczekiwanym geście zrzucił hełm.
– Jestem cebulą, nie mężem! – ryknął kobiecym głosem i rozbił misiowi czaszkę. Stało się jasne, że rewolucja została niemal ostatecznie stłumiona.

Wkrótce padł ostatni z walczących. Przezorny marszałek postanowił jednak udać się do jaskini. Nie znalazł tam jednak niczego więcej ponad prymitywny totem. Mimo to zdecydował o zasypaniu wejścia raz na zawsze. I tak spustoszenia, które miały tu swój początek, były zbyt pokaźne.

***

Zel Delet nie mógł uwierzyć w to, co właśnie czytał. Pozbawiono go wszelkich praw. Na dodatek Artur nie miał nawet odwagi powiedzieć mu tego prosto w oczy, tylko zasłaniał się ohydnymi dokumentami. Delet pogniótł kartkę i wyrzucił ją za plecy. Wywołało to reakcję dwóch rosłych żołnierzy – dostawców owego obrzydliwego paszkwila – którzy ruszyli w jego stronę by nawet siłą wyrzucić go z pałacu. Jego, bez którego nic co znali by nie istniało.
– Nie trzeba. Sam wyjdę – rzucił oschle.

Żołdacy nie śmieli go nawet dotknąć. I dobrze, bo mogli tego żałować do końca życia. Być może Delet został pozbawiony praw publicznych, ale na pewno nie zamierzał rezygnować z tego powodu z godności. I wciąż miał parę asów w rękawie, których gotów był użyć gdyby zaszła taka potrzeba.

***


– Idą po nas – stwierdziła Insana. Nawet tu, do samego serca jaskini dotarły odgłosy walki. Walki, której wyniki były znane zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła.
– Możemy jeszcze uciec – odparł Człowiek-Patelnia z właściwym sobie optymizmem. – Jest tyle innych miejsc, w których można żyć poza Nonsensopedią.
– Ale jak chcesz uciec? – zapytała Insana drżącym głosem. – Jedyna droga prowadzi na miejsce bitwy. Schaschlik nas nie oszczędzi, to okrutna bestia.
– Chwyć się mnie mocno – odparł tylko ZentroXenon i ujął swoją patelnię. Ta natychmiast pchnęła go ku górze bez trudu przebijając strop.

Wkrótce oboje niedoszłych rewolucjonistów zostawiło walczących za plecami i odlecieli poza horyzont.

[edytuj] Epilog

Teraz, gdy zagrożenie zostało bezpowrotnie zażegnane, Artur postanowił wypełnić obietnicę daną jego ulubionemu marszałkowi. Żal mu było rozstawać się z Schaschlikiem, który zapewne zechce przeprowadzić się do opuszczonej od czasu wyjazdu Grzegorza wschodniej rezydencji. Aby jak najbardziej odwlec ten moment zdecydował się powitać zwycięzcę ze wszystkimi należnymi mu honorami w tym z tryumfalnym przejazdem przez miasto.

To było coś pięknego. Tłum wiwatował przez cały czas, gdy jechali przez stolicę odkrytym powozem, błogosławiąc wszystkim zgromadzonym. Nagle przed pojazd wybiegła wysoka tleniona blondynka i zrzuciła bluzkę. Powóz, pomimo niewielkiej prędkości, wyhamował na tyle ostro, że obaj pasażerowie wywrócili się. Gdy Artur podnosił się, nagie, falujące w podskokach piersi dziewczyny znalazły się zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy.
– Podpiszesz mi się na dekolcie? – zapytała. Na szczęście czujni żołnierze już zmierzali w ich stronę, aby odciągnąć niebezpieczną fankę.

Artur zaś zdołał się w końcu podnieść. Gdy powóz ruszył dalej, stwierdził:
– To było okropne.
– Być może. Nie mam fanek, więc nie wiem – odparł marszałek i na wszelki wypadek odsunął się od przyjaciela o dwa metry. Wolał nie sprawdzać czy ten Rzymianin, którego mało nie kazał skrócić o głowę, przynajmniej w połowie nie miał racji.


Nasze strony
Przyjaciele