Nonźródła:Kroniki Nonsensopedii cz. 2

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj
Kroniki II

Nie straszne mi wojny światowe
i 600 tysięcy idących na rzeź.
Przeraża mnie jedynie
zbyt pogodny jak na te czasy
dźwięk skrzypiec i fletu
piccolo na boku.

[edytuj] Prolog

Wreszcie odnalazł swoją Ziemię Obiecaną. Był absolutnie pewien, że jego lud właśnie tutaj będzie w stanie zaspokoić swoje stale rosnące potrzeby. Będzie musiał jedynie pozbyć się lokalnej władzy. Wiedział, iż mało kto tutaj będzie chciał z nim walczyć, w pierwszej jednak kolejności będzie trzeba spróbować po dobroci i jak najmniejszym wysiłkiem, ponieważ ujawnienie się było niechcianym planem B. To już ostatni dzwonek, pomyślał – nadchodzące zmiany, jakie miały nastąpić w tym kraju, mogły uczynić go bezużytecznym. O czym również doskonale wiedział.

Rozdział I
Wielofunkcyjny

Rozpoczynający się dzień można by określić jako piękny, teoretycznie lipcowy poranek. Teoretycznie, ponieważ Zjednoczone Hasze Nonsensopedii używały innych nazw miesięcy niż te, których używać zwykliśmy my. Jednak najpewniej ten miesiąc byśmy nazwali lipcem, jako że zbliżał się czas pierwszych zbiorów. Właśnie te zbiory stanowiły problem, od którego ów niby-lipcowy dzień postanowił rozpocząć Pierwszy Sekretarz, Zel Delet.

– Będzie nietęgo z tymi ziemniakami – mruknął Delet. – Niestety, tonka.
– Tonka ziemniaczana... – powtórzył Bart Dowicki, sekretarz Pierwszego Sekretarza. Tytuł ten ewidentnie nie świadczył o błyskotliwości jego niegdysiejszego twórcy, ale Bart nigdy nie odczuwał z tego powodu dyskomfortu. – Jest znacznie więcej skarg w tym roku.
– Ech... Nie mamy środków. W zeszłym roku były w budżecie środki na zakup pestycydów.
– Nie mamy środków, ale mamy zasoby. Grunt to odkopać odpowiednią maszynę, przecież jest ich tu pełno – skonkludował Bart, po czym podszedł z kuflem do barku. W przeciwieństwie do większości tego typu gabinetów, gdzie było można liczyć jedynie na czajnik i ewentualnie ekspres do kawy, sekretarz cieszył się dostępem do piwa. – Ekspercki coś wspominał, że znalazł jakiegoś wielozadaniowca.
– Wielozadaniowca? Odmawiam. Jeszcze sprowadzi nam deszcz lodówek czy worków z mięsem, jak kiedyś.
– Nie, nic z tych rzeczy. Żadnej mocy sprawczej. Ma wykonywać jedynie pracę fizyczną. Niestety na razie więcej nie wiem.
– No to czekamy. Tymczasem ja się przejdę na te pola. Sprawiajmy przynajmniej pozory działania. A ty też byś się gdzieś ruszył!

Istotnie, pola uprawne pięknie wyglądały jedynie z oddali, imponując swoimi rozmiarami. Z bliska już widać było poobgryzane przez insekty łodygi. Zaciekawiony Zel, schyliwszy się, złapał palcami jednego ziemniakożercę.
– Za dawnych czasów ich po prostu nie było – powiedział, przyjrzawszy się owadowi. Był okrągły i żółty, a na grzbiecie posiadał paski naśladujące literę „T”. – Za niedługo znowu tak będzie.
– Niektórzy się obawiają, że jeśli pozbędziemy się tonki, to przerwiemy jakiś łańcuch pokarmowy – odezwał się B. Serscull. Jego sylwetka w tej scenerii zdecydowanie się wyróżniała niczym zabłocone glany woodstockowicza na ceremonii ślubnej, ponieważ na oględziny pola wybrał się w marynarce. Był jednak rzecznikiem władz, a czekało go spotkanie z ludem.
– O to się nie martw. Tonka nie jest podstawowym pożywieniem ptactwa, poza tym ptaki się zadowalają głównie półpszczołami.
– To ma sens. A wydawały się tak nieszkodliwe...
– Aż mi się przypomniały – uaktywnił się stojący dotychczas z tyłu Bart – te wszystkie teorie twierdzące, że tonki mieszkające w glebie pomagają orać pole.
– Ja już panów zostawiam – orzekł Serscull i zwrócił się w kierunku zamku. Od razu zaczął dobierać słowa, którymi by mógł uspokoić choć na kilka dni pełen obaw tłum, ale z zamyślenia wyrwał go pewien dźwięk, niepasujący do odgłosów rozmów i uderzeń narzędzi.


– Nasi doradcy oraz technicy, jak już wspominałem, są bliscy zaprezentowania narzędzi do zwalczania tych szkodników. Pytania... widzę, że nikt już nie ma więcej pytań. Dziękuję za uwagę i życzę miłego popołudnia – Serscull zakończył przemówienie w tempie niepozwalającym na żadną reakcję i mgnieniu oka przewędrował z mównicy do zamku.
– I jak było? – zapytał Zenona Ksenonowicza, zastępcę Pierwszego Sekretarza, który do niego dołączył po drodze do biura.
– Jak zawsze, bez zastrzeżeń. To był dobry pomysł, żeby zamiast anonimowego głośnika przemawiała jakaś, hmm... twarz – ostatnie słowo zostało przez Zenona zaakcentowane, po czym obydwaj wybuchli śmiechem. Gwoli ścisłości: na co dzień Serscull cieszył się głową wyglądającą zupełnie na ludzką, jednak, w sytuacjach cechujących się między innymi podwyższoną adrenaliną, jego aparycja ulegała zupełnej metamorfozie w trupią czaszkę.

Kilka minut później znaleźli się w sali konferencyjnej. Oprócz nich był tam także Zel, Ekspercki, Bart oraz Norbert Envist, sierżant stołecznej policji konnej.
– Dobra, wszyscy są – zaczął rozczochrany steampunk z pasem pełnym narzędzi, czyli Ekspercki, kiedy Zenon zamknął za sobą drzwi – więc mogę wam przedstawić moje znalezisko – mówiąc to zrzucił plandekę kryjącą stojący obok przedmiot i oczom zebranych ukazał się widocznie stary, ale jednak doprowadzony do ładu robot. Posiadał cztery nogi z czymś przypominającym wrotki, głowę na teleskopie z jednym, wielkim okiem oraz trzy masywne ręce, a wszystko to przyczepione do kulistego korpusu. Prawie cały był pokryty klapami, widocznie kryjąc w swym wnętrzu dodatkowe narzędzia.
– Samemu nie byłem w stanie skonstruować robota, ale parę dni temu znalazłem to coś. Wygląda na to, że problem tonki został rozwiązany.
– Jak on będzie działał?
– Najprościej. Będzie chodził po polach szukając literek „T”. Jak wiemy, każda tonka ma literkę „T” na grzbiecie. A wtedy prrt – Ekspercki za pomocą palca wskazującego i kciuka zaprezentował symulację egzekucji nieszczęsnego owada.
– No ale co by się stało – Serscull przerwał chwilę ciszy poświęconą pamięci teoretycznej tonki, która teoretycznie zginęła między palcami Eksperckiego – gdyby zabłądził i zaczął znajdować przedmioty lub szyldy z literami?
– Wtedy największym problemem będzie go jedynie znaleźć i odzyskać, bo robota szkoda. Szyldami się nie przejmuj – po prostu będzie stał i wciskał literę „T”, a po kilku przyciśnięciach ją zignoruje i pójdzie dalej.
– Czy nie będzie stwarzał zagrożenia? Widzę, że jest NAPRAWDĘ wielofunkcyjny – zapytał Zel, przyglądając się czemuś, co wystawało z niedomkniętej klapki i przypominało palnik bunsenowski.
– Niektóre z jego narzędzi są... Mówiąc wprost: mogą być niebezpieczne, ale to cenna uwaga. Po prostu mu zakażę używania tych narzędzi. Zaimplementuję to.
– Będzie potrzebował homologację i flagę, żeby nie ściągać na siebie patroli – mruknął Zel. – Zenonie, przygotuj akt nadania flagi i zostaw u mnie na biurku, podpiszę później. Czy ma ktoś jeszcze jakieś cenne uwagi?
Odpowiedziała mu jedynie cisza.
– W takim razie jutro spróbujemy go uruchomić.
– Korzystając z okazji, że jesteśmy tu razem – wtrącił Serscull – chciałbym poruszyć pewną dziwną kwestię. Nie słyszeliście panowie kwakania?
– Kwakania? – odpowiedziały zdziwione głosy zebranych. Tylko Envist wydawał się nie być zaskoczony pytaniem.
– Owszem, było kilka zgłoszeń. Że kaczki ktoś trzyma u siebie, a te hałasują i spać się nie da po nocach.
– Ja je słyszałem na plantacji. To jest absurdalne.
– Wszyscy wiemy – włączył się Bart Dowicki – że w całej stolicy tylko regentka trzymała kaczki. Przecież nikt inny nie byłby w stanie im zapewnić warunków.
– Trzeba jej powiedzieć, żeby lepiej pilnowała tych kaczek. Skoro już stanowi to problem rangi administracyjnej, to naprawdę jest coś nie tak – na pewno z ust różnych członków tego grona padłoby mnóstwo podobnych stwierdzeń i propozycji, gdyby nie huk towarzyszący nagłemu otwarciu się drzwi do sali.
– Cześć, misiaczki – rzuciła z przekąsem była regentka, Runicja Alvgjerd. Znającym jej energiczną naturę nie wydało się niczym dziwnym, że od momentu wspomnienia o niej do wtargnięcia na scenę wydarzeń upłynął czas niewystarczający na przygotowanie kebaba w tortilli, podczas którego zdążyła przebyć drogę ze swojej willi do zamku. – Wypraszam sobie wszelkie insynuacje, jakoby te kacze sprawy miały ze mną cokolwiek wspólnego. Wszystkie moje trzy kaczuszki taplają się w basenie i nie opuszczają mojej posiadłości. Już wysłałam wniosek o potwierdzenie tego na monitoringu. No, tego by było na tyle. Pa! – Interwał między hukiem otwarcia drzwi a trzaskiem ich zamknięcia wynosił jakieś pięć sekund. Zel stanął przy oknie i, zobaczywszy, że Runicja już się oddaliła, odwrócił się do reszty.
– Jakim cudem się dowiedziała, że właśnie teraz rozmawiamy akurat o niej ?
– Zapomnieliście, że mamy wspólne rurociągi i wszystko słychać jak cholera – odezwała się Alvgjerdowa głowa, która na moment wychynęła zza wspomnianego okna.
– Sierżancie – przyciszonym głosem Zel się zwrócił do Envista – wyślij za nią jakiś patrol, czy coś. Wkurzyła się trochę, gotowa jeszcze coś nabroić.
– Tak jest! – odpowiedział podekscytowany i wymaszerował z sali konferencyjnej sierżant. W tym momencie zebranie by się skończyło, gdyby po raz kolejny nie zyskało nowego i nieoczekiwanego partycypanta. Również nietuzinkowy okazał się jego sposób na wejście do sali, a mianowicie wpadł przez zamknięte okno pod sufitem, nie rozbijając go ani nie wydając żadnego odgłosu tłuczonego szkła. Po prostu, urwał się jakby ze ściany, a potem z gracją się odbił od umieszczonego tam stołu i stanął dumnie pośród zebranych. Zdecydował się przemówić pierwszy, jako że wszyscy obserwatorzy niezwykłego wejścia zbaranieli.
– Witam państwa! Przepraszam za niespodziewane najście, ale wszelkie zaproszenia ponoć kierują właśnie do tej sali.
– Who is... you? – jako pierwszy zdołał z siebie cokolwiek wyksztusić Zenon. Co prawda nieskładnie i po angielsku, ale i tak, w przeciwieństwie do reszty, dokonał niemożliwego.
– Nazywam się Paweł z Kielczy, ale w tym kraju jestem znany po prostu jako Magik – wyjaśnił wcale że młody mężczyzna, mający na sobie niepasujący do pory roku obcisły płaszcz, nieprzejrzyste czarne okulary i kilka okazałych sygnetów, a którego przezwisko przynajmniej częściowo tłumaczyło jego sposób podróżowania.
– A co cię do nas sprowadza?
– Odwiedziłem to miasto wiele lat temu i pomyślałem, że tu się mogę przydać. Że tu mogę odnaleźć swoje miejsce – Magik zrobił swobodnie kilka kroków, a następnie oprzytomniał. – Och, czy nie przeszkodziłem wam w czymś?
– Właściwie to mieliśmy się już rozejść – powiedział obudzony z letargu Zel. – Czym się zajmujesz na co dzień?
– Tropię rzeczywistość, żeby ją ośmieszyć – enigmatycznie odpowiedział Magik. W jego głosie jednak słyszalna była naturalność, jakby wypowiedziane przezeń zdanie nie było absurdem, ale największą oczywistością.
– Ja już panów opuszczam – powiedział Ekspercki, kierując się w stronę drzwi. Podobnie uczynił Bart Dowicki, Zel natomiast zapytał towarzyszy:
– Czy wolne są pokoje gościnne?
– Niezmiennie, od lat – stwierdził Serscull. – Magiku, czy zechcesz odpocząć po podróży?
– Jego podróż trwała kilka sekund, a ty się pytasz, czy zechce odpocząć? – parsknął Zenon.
– Sama teleportacja trwa kilka sekund, ale aby tu dotrzeć, musiałem dokonywać jej kilkukrotnie, co jest niezwykle męczące. Skorzystam więc z propozycji.
– Zaraz cię odprowadzimy, tylko poczekajmy na... O, już wrócił! – powiedział Zel, widząc Norberta Envista wchodzącego z powrotem do sali. – I co?
– Bez większych ekscesów. Jedynie oblała przypadkowego przechodnia gorącą herbatą, ale w ogóle nie wiemy, skąd wzięła ten imbryk. Zupełnie nagle się pojawił w jej dłoni. A, jeszcze ostentacyjnie fotografowała suszącą się bieliznę sąsiadów.

Rozdział II
Okno na świat

Problem regentki fotografującej suszące się ineksprymable sąsiadów musiał szybko zejść na drugi plan, ponieważ nagle gwałtownie wzrosła liczba skarg związanych z kaczkami. Ponoć dopuszczały się już aktów wandalizmu i rozboju, ale nawet policja konna nie była w stanie dość szybko dotrzeć do wskazanego miejsca. To zorganizowana grupa – pomyślał Envist, przekraczając bramę zamku już po raz trzeci tego dnia. Najbardziej go wkurzył fakt, że któraś okropna kaczucha wskazała na niego palcem, wołając bić NN-manna!, przez co doszło do niepotrzebnej konfrontacji, w wyniku której zafajdał mu się mundur.

– Zwiększyłem ilość patroli. Rozmieściłem je głównie przy Alei Zmian i przy targowisku. Natomiast jesteśmy bezradni, jeśli chodzi o te małe, wąskie uliczki. Kaczki są bardzo zwinne.
– Nie martw się – odpowiedział Zel – pomogą ci służby specjalne. Kontrwywiad nie śpi. Bart?
– Czego? – odezwał się głos zza otwartych drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.
– Rozpocznij procedurę M.

Procedura ta wszczynana była jako pierwszy środek zapobiegawczy przeciwko wandalom i drobnym przestępcom. Oznaczała coś na wzór godziny policyjnej, a przy tym nie obowiązywała posiadaczy specjalnej karty, czyli większości mieszkańców. Nie powinno być niespodzianką, że także Serscull ją posiadał, i – ufny, że ogłoszony komunikat podniesie poziom bezpieczeństwa – wyszedł do sklepu. Z torbą zakupową oraz wszelkimi oznakami przebiegnięcia przymusowego sprintu wpadł do biura Pierwszego Sekretarza i wydyszał: – Są wszędzie! Nic sobie nie robią z komunikatów policji! Dziobią, kradną, kwaczą... Teraz się wdarły na mównicę i urządzają jakąś demonstrację!
Bart z przestrachem w oczach wyskoczył zza drzwi i dopytał:
– A co z moimi burakami?
– Spokojnie, te akurat mam – powiedział Serscull, wyróżniając dzierżoną w dłoni siatkę, z której wystawał słoik z ćwikłą.
– Uff, przynajmniej tyle – uspokoił się Dowicki i wrócił do swoich zajęć.
– Idziemy tam – stanowczo ogłosił Zel i, podszedłszy do biurka, wcisnął jeden z przycisków. – Panowie, tryb bojowy. Za pół minuty pod wejściem. Wy też – powiedział do reszty już po zwolnieniu przycisku. Bart momentalnie doskoczył do swojego biurka i wyciągnął spod niego dywan, który oczywiście rozwinął. Był czarny i przyozdobiony wielkim pentagramem. Stanął nad nim, zapalił świeczkę i, puściwszy z gramofonu wybraną na chybił-trafił death-metalową piosenkę, zaczął mamrotać inkantacje. Sersculla dawno już nie było – w momencie ogłoszenia trybu bojowego zniknął razem ze swoimi zakupami. Zel znał swoich podwładnych i wiedział, że działania, których się właśnie podjęli, będą jakoś służyć sprawie. Jakoś.

Pierwszy w umówionym miejscu znalazł się Zenon w towarzystwie dwóch osiłków. Byli prawie nadzy (mieli jedynie jakieś japońskie gacie) i się dziwnie szczerzyli, ale ich słuszna postura równoważyła niepoważny wyraz twarzy. Sam Zenon miał przy sobie ulubioną patelnię – co ciekawe, nikt nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek leżała nawet w pobliżu kuchenki. Z kuchni natomiast doszedł Serscull z odmienioną, trupią fizys, ciągnąc za sobą olbrzymi rapier. Bard Dowicki przybył z niepozornym yorkiem i puszką piwa, a Ekspercki z pilotem do zdalnej obsługi armatek wodnych. Na końcu spokojnie dołączył Zel, uzbrojony najwyraźniej w cierpliwość. Minąwszy przyjaciół otworzył drzwi na dziedziniec zamkowy, gdzie czekał już mający ich eskortować oddział konnicy.

– ...a czasy tyranii się skończyły! Kolesiostwo rządziło tym krajem od zawsze, ale ten czas się skończył! Możemy raz na zawsze zerwać z zaplutą jadem tyranią karierowiczów wybierających się samodzielnie spośród siebie, kopiących sobie przyjemną norę, z której będą rządzić nami, prawdziwymi dziedzicami tego lądu! – te zdania usłyszeli jako pierwsze. Dały się słyszeć z daleka, co sugerowało użycie jakichś megafonów.
– Jakie znowu megafony – oburzył się Zel – skoro tylko mieszkańcy zamku mogą używać techniki? Przecież tak było od zawsze!
– Widać te czasy również się skończyły – podsumował Bart. Ich oczom ukazał się tłum kaczek. Były tam kaczki wszystkich kolorów, rozmiarów i kształtów. Zel chciał podejść bliżej, ale potknął się o kilka z nich, próbujących zagrodzić mu drogę, a których nawet nie zauważył. Tych zaczęło się schodzić coraz więcej. Już byli otoczeni. Wyglądało to źle, tym bardziej, że kaczki zaczęły zacieśniać krąg. Zenon zaatakował pierwszy, odrzucając kaczkę patelnią o kilka metrów. Serscull poszedł za ciosem i ukrócił kaczą awangardę o długość szyi. Reszta kaczek nie porzuciła zamiaru ataku, ale wykazała się pewnym respektem dla uzbrojonych ludzi – nie były ślepo wykonującymi rozkazy zombie. Być może miały już zaplanowany jakiś ruch, ale został zablokowany przez Barta, któremu wystarczyło powiedzieć dwa słowa:
– Azazel, bierz!
Owe dwa słowa były tym, na co czekał towarzyszący mu york. Zaraz potem się rozpętało istne pandemonium – wokół psa zaczęły latać pierze i rozszarpane fragmenty kaczek. Osiłki, których przyprowadził Zenon, zaczęli się rzucać w ptasie hordy, robiąc użytek ze swojej masy, szerokich klatek piersiowych oraz mocnych rąk. Zel zdawał się nie podejmować żadnej akcji, ale wykazywał się niebywałą odpornością na kacze dzioby i skutecznie odwracał uwagę atakujących od bardziej podatnych na ciosy. Konnica ruszyła w kierunku zgromadzenia, aby je przerwać, za nimi zaś wjechały armatki wodne. Im dłużej walki jednak trwały, tym bardziej patowa stawała się sytuacja – ranne kaczki uciekały, po czym w sobie tylko znany sposób się regenerowały, aby wrócić na pole walki. Naszym bohaterom natomiast kończyły się powoli siły, na szczęście wydarzyło się coś. Po prostu coś. Przez wciąż opadające pierze nie było widać dlaczego, ale kaczki zaczęły uciekać w popłochu.
– Uciekają w POPŁOCHU! – w obłędem w oczach zakrzyknął Zenon, niemal wypluwając ostatnie słowo.
– Czegoś się wystraszyły... – oznajmił Serscull, wypatrując jakiejś anomalii, która by miała wywołać to przerażenie u kaczek. Szczęśliwie jego dzienna twarz chwilowo ustąpiła tej trupiej, przez co dziobnięcia wojowniczego drobiu wymierzone jego głowę były praktycznie bezbolesne, a w walce nieskuteczne.

Oczom obrońców aktualnego porządku ukazał się wolno jadący na krowie rycerz. Krowa była samym szkieletem, ale mimo to całkiem zgrabnie służyła jako środek lokomocji. Jeździec miał ze sobą okrągłą tarczę, krótki miecz oraz włócznię, na którą zapewne przypadkiem nabiła się jakaś kaczka. Postać ta była równym dziwem dla towarzyszy Pierwszego Sekretarza, co dla dziwnego przybysza widok pola bitwy, którą ludzie musieli stoczyć z tak niepozornym wrogiem, jak kaczuszki. Pierwszy podjechał do niego Norbert Envist.
– Witaj, rycerzu. Przepraszamy za pierwsze wrażenie, jakie wywarła na tobie nasza stolica. Przeprowadzamy tu pewne... porządki – rycerz, wysłuchawszy powitania, z szacunkiem skinął w kierunku sierżanta i wjechał w głąb, rozglądając się spokojnie.
– Jestem Zel Delet, Pierwszy Sekretarz Zjednoczonych Haszy Nonsensopedii. Miło mi cię powitać, zwłaszcza że wyglądasz na zarejestrowanego podróżnika.
– Nazywam się Hrodebert.


– Jestem błędnym rycerzem. Poszukuję przygód oraz dam. Właściwie to damy – tej jedynej.
– Oczywiście. Tutaj przygód jest pod dostatkiem – odpowiedział Serscull, prowadząc Hrodeberta do kuchni – czego dowodem niech będzie choćby dzisiejszy dzień. Mniej dostatni jesteśmy, jeśli chodzi o damy, ale tu już się samemu rozeznasz.

Kuchnia miała trzech stałych bywalców, ale nazwanie ich jej mieszkańcami nie byłoby dalekie od prawdy. Pierwszym z nich był sam Serscull, w niektórych kręgach znany jako wirtuoz ciastek i, mając wolne od ciężkiej pracy rzecznika kancelarii Pierwszego Sekretarza, zajmował się właśnie wypiekami. Drugie miejsce w tym przybytku mąki i wina zajmowała Tsuruna – kobieta, która niegdyś zeznawała jako świadek koronny po pewnym zamachu stanu, przez co uzyskała azyl w zamku, gdzie mogła się oddać dwóm swoim pasjom: kuchni oraz pisaniu prozy. Trzecim kuchennym przesiadywaczem natomiast był Szprot Puchałkiewski. Posiadał niebywały dar polimorfii, mogąc każdego dnia się zmieniać w kogoś innego. Niefortunnie, te wspaniałe predyspozycje nie mogły być wykorzystane ku chwale ojczyzny, jako że Szprot nadawał się jedynie na błazna, na każdym innym polu zawodząc.

W tym momencie grono wzrosło do pięciu – Serscull, wprowadzając Hrodeberta, zastał w kuchni także Magika, który widocznie odnalazł drogę do dobrze się wszystkim kojarzącego pomieszczenia, w którym mógł czymś wypełnić kiszki.
– Panowie i pani, oto nasz nowy gość, Hrodebert.
– Serwus! – zawołał wesoło Szprot. Magik również go pozdrowił, Tsuruna zaś łypnęła okiem, nie przestając piłować paznokcia trzonkiem tasaka stylizowanego na katanę. Dopiero kiedy Szprot i Magik uścisnęli dłoń rycerza, ten podszedł do niej, a ich spojrzenia się spotkały po raz pierwszy.
– Oto jest dama, której szukałem! – pomyślał Hrodebert, pogrążając się w ciemnych oczach Tsuruny.
– Oto jest ten jedyny, idealny! – uśmiechnęła się w duchu pisarka.
– Do kancelarii zapierdalać, WSZYSCY – zawołał Zel Delet przez zamkowy interkom.


– No wchodźcie prędzej, Uszczelka zaraz tu będzie!

Zrozumiały jest gniew na kogoś, kto najpierw woła przyjdźcie natychmiast każąc porzucić dopiero co schwytane przekąski, żeby zaraz potem powiedzieć jeszcze chwila. Zel jednak zapowiedział przybycie Alicji Uszczelki – głównej agentki kontrwywiadu. Wcale nie chodziło o to, że nie wiadomo jak ceniła sobie swój czas – po prostu rewelacje, które miała przekazać, na pewno były warte każdego pośpiechu.

Na miejscu był już Pierwszy Sekretarz wraz z zastępcą i sekretarzem oraz sierżant znanej nam już służby.
– No nie... Co wy tu... Serscull! Miałeś dbać o porządek! – wykrzyczał Zel widząc uczestników ledwo napoczętej uczty, wdzierających się do jego miejsca pracy z kabanosami i ciastkami w rękach.
– No to pfecief jeft powądek! – wypluł wraz z okruchami ciasteczka maślanego pozwany. – Mieli się nie pętać przy kancelarii, to ich wziąłem na sekcję obok.
– Nakruszycie mi na... A, nieważne – urwał Zel, widząc zmierzającą ku nim postać. – Witaj, Alicjo.
– Ale oni są dziwni! – powiedziała ze śmiechem agentka. Miała na sobie wygodne, a zarazem formalne ubranie, włosy zaś upięte w kształt przypominający ślimaczą muszlę. Całej jej elegancji przeczył fakt, iż nękał ją zespół Tourette’a, a jej stabilność emocjonalna była jak Albania – nie istniała. Kiedy jednak chodziło o działanie, była najszybsza i niezastąpiona, a w kwestii podejmowania szybkich decyzji była tym, kim Struś Pędziwiatr w biegu na sto metrów.
– Witaj, Alicjo... – nieśmiało się odezwał zauroczony Envist. Jej uroda i zdolność do konwersacji pociągały go od zawsze. Niestety, zamiast dającego choć cień nadziei na odwzajemnienie uczuć gestu, usłyszał wybuch śmiechu.
Zaciekawiony sytuacją Magik zapytał Alicję:
– Co cię tak rozśmieszyło?
– Norbert Envist.

– Muszę przyznać, że ich wodza trzeba docenić. Dzisiejsza batalia była pokazem ogromnych sił. Na szczęście przyjechał Hrodebert. Kaczuszki się go wystraszyły, ale do jutra już będą na niego przygotowane. Przedostają się do miasta kanałami, ale odkryliśmy też kilka prowizorycznie umocnionych tuneli. Zauważyłam dom, do którego potajemnie, w nieregularnych odstępach czasu i małymi grupami wchodzą. To miejsce ma dla nich jakieś kluczowe znaczenie i, skoro już o nim wiemy, to nie spalmy im kryjówki. Jeśli mamy tam wejść, to nagle i zdecydowanie, niestety nie wiemy, czego się spodziewać w środku.
– A gdzie... – Zel nie dokończył pytania, ponieważ – co owego dnia pomału się stawało normą – drzwi ponownie zostały gwałtownie otwarte. Z zadanego przez Zela pytania nie wynikało zupełnie nic, jednak Alicja, mając w zwyczaju zawsze jakkolwiek odpowiadać na kierowane do niej wypowiedzi, rzekła:
– On jest jakiś pojebany.

Osobą, która przerwała zebranie, była Runicja Alvgjerd. Wniosła na plecach jakąś ogromną, sześcienną skrzynię, której masa bez wątpienia kilkakrotnie przewyższała jej własną. Już dawno pogodzono się z tym, że sekret siły ukrytej w tej niewielkich rozmiarów istocie pozostanie tajemnicą nie do odkrycia. Tajemnicą odkrytą natomiast stała się zawartość skrzyni, którą dziewczyna jednym celnym kopnięciem otworzyła. Oczom wszystkich ukazała się pomarszczona babcia.
– To dla was, misiaczki – z rozpierającą dumą rzekła Runicja.
– Jej trzy kaczuszki to dobre stworzenia i nie opuszczają ogrodu tego dziewczęcia od dwóch lat – zawodząc babcinym sopranem zeznała starowina.
– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał nieprzyzwyczajony do szybkiej rotacji wątków Hrodebert.
– Obiecała przynieść nagranie z monitoringu poświadczające, że jej prywatne kaczki są grzeczne – odparł ktoś z tyłu, podczas gdy Runicja już spakowała swoją balkonową babcię z powrotem i opuściła lokal. Zel, widząc że większość już ochłonęła po zajściu, powtórzył swoje pytanie, które oczywiście dotyczyło lokalizacji domniemanego kaczego centrum dowodzenia.
– Ulica Ofiar Pontonu 16. Od strony muru.
– Gdzie to jest konkretnie? – wtrącił się Magik. Zel podszedł do okna i, wyliczając palcem, wskazał:
– Ta wieżyczka jest przy Ofiar Pontonu. Według nowej numeracji to powinien być piąty dom od końca.
– Hmm... – twarz czarodzieja przybrała wyraz, jakby próbował mnożyć w pamięci liczby pięciocyfrowe, następnie otworzył okno na oścież, wziął głęboki wdech i, wołając lecę tam!, przeskoczył parapet.

Kancelaria mieściła się na zaszczytnym drugim piętrze. Mieszkańcom śródmiejskich kamienic może się to wydawać wcale niedużo, a upadek z tej wysokości niczym aż tak groźnym. Wejście do zamku stało jednak na podwyższeniu, antresola technicznie podwajała wysokość parteru, a przy chodniku były okienka piwniczne, tak więc okno, z którego wyskoczył Magik, było w piątym rzędzie od ziemi. Dodajmy do tego typowy dla monumentów rozstaw kondygnacji, a okaże się, że wypadnięcie z takiego ot, drugiego piętra, jest rozwiązaniem nieefektywnym, jeśli w dalszą podróż mamy się udać pieszo. Przynajmniej tak się wydawało zebranym, jednak wychyliwszy się nikt nie zobaczył żadnego śladu mniej lub bardziej udanego lądowania.
– Mi się wydaje, czy on w ten sposób się teleportuje? – zapytał Zel.
– Może wyskoczył dla lepszego efektu... – zaczął Bart widząc, że w oczach Zela zapłonęła żądza posiadania zdolności do przemieszczania się w taki właśnie sposób.
– Chrzanienie. Przecież został tam portal, widzicie? Zaraz zniknie! Muszę tam iść i zrobić z nimi porządek! Nałożę na nich banicję i nasze problemy się skończą! – entuzjastycznie ogłosił Zel, po czym chwiejnie stanął na parapecie, a po odzyskaniu równowagi wydał dziwny okrzyk i wzorowo wyskoczył z pozycji „na Małysza”. Po raz drugi wszyscy zaczęli się ściskać przy oknie. Ponieważ słońce już zaszło, na nic się zdało wytężanie wzroku, toteż wszyscy – nie mając już za grosz szacunku do zamkowej etykiety – rzucili się pędem schodami na dół, a potem do miejsca lądowania.

Chodnik był zupełnie czysty. Nie powinien taki być, biorąc pod uwagę, że właśnie dwóch mężczyzn uderzyło w niego z prędkością letalną, która w przypadku kamiennego deptaka jest nieduża. W akcie bezradności bohaterowie zaczęli krążyć i rozglądać się, jakby szukali odłamków potłuczonych naczyń. Niestety – albo na szczęście – żadnych fragmentów Zela w pobliżu nie odnaleziono. Tylko Zenon stanął bezpośrednio pod oknem i podniósł jakiś przedmiot. Zdecydowano się powrócić do kancelarii, aby o tych najświeższych wydarzeniach porozmawiać przy większej ilości światła i ciepła.

W kancelarii wydarzyło się coś, na co Zel by nigdy nie dał przyzwolenia – jedzono, mówiono bez czekania na swoją kolej, mówiono z pełnymi ustami oraz, co najgorsze, dyskutowano o Zelu podczas jego nieobecności. I to w jego kancelarii! Z zasadami tymi oczywiście nikt się nie musiał zgadzać i ich sens nieraz poddawano pod dyskusję. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że głos, który się nagle odezwał z drugiej strony kancelarii, należał do Magika, który stanąwszy pośród nich, przemówił. Był wyraźnie zadowolony i do przekazania miał raczej dobre wieści, jednak kierowane nań spojrzenia sugerowały, że jego najświeższe informacje wcale nie były tymi, na które czekano.
– Witam z powrotem. Udało mi się tam pobyć przez kilka... Czy coś się stało?
– Nie było tam z tobą Zela?
– Zela... – Magik bezskutecznie próbował go wyszukać wzrokiem i, zauważywszy brak Pierwszego Sekretarza, pobladł. Jego oczy, mimo że ciągle ukryte za nieprzejrzystymi okularami, powiększyły się w sposób widoczny dla każdego.
– O kurwa – wymamrotał.

– Zapomniałem was przestrzec. Czy ja dobrze rozumiem, że on wyskoczył za mną przez okno? – zapytał Magik, a odpowiedziało mu kilka skinień. „Ile czasu po mnie”, dopytał, na co Serscull powtórzył cały poprzedzający wyskok dialog Zela z Bartem, starając się odwzorować tempo wypowiedzi, inscenizację kończąc klaśnięciem. Ekspercki natomiast policzył czas.
– Jakieś 12 sekund.
– Co ja narobiłem – złapał się za głowę Magik.
– Czy on żyje? – padło kluczowe pytanie z ust Zenona.
– Raczej tak. Samo lądowanie zazwyczaj nie sprawia problemu. Natomiast gdzie wylądował, to osobna kwestia.
– Ale to jest gdzieś niedaleko... Prawda?
– Po dwunastu sekundach? O nie, moi drodzy. I jeszcze pewnie wyskoczył w tej swojej nieopływowej pelerynie? W takim razie on już jest tylko poza zamkiem. Po dwunastu sekundach i uderzeniu z niedostateczną prędkością pewnie się dostał do jakiegoś innego świata, w którym dzieciom do śniadania zamiast kakao daje się kwas siarkowy, deszcz pada do góry, a papieża się wybiera w powszechnych wyborach na pięcioletnie kadencje!
– Wiem o multiwersum – mruknął Zenon, który zaczynał pojmować sytuację – i chyba możemy go odzyskać.
– Ale to nie są tanie rzeczy – wygłosiła Uszczelka.
– Spójrzcie – ciągnął dalej Ksenonowicz, pokazując znaleziony przedmiot. W jego dłoni była przypinka-emblemat, przedstawiająca zieloną literę „Z” w okręgu. Ta sama, którą Zel miał przypiętą do marynarki. – Dzięki temu będzie można go namierzyć i sprowadzić z powrotem. Trochę to potrwa, ale szanse są spore.
– Ile? – zapytano.
– Kilkanaście dni... Święta Madoko! – Zenon zawołał i dopadł zelowego biurka. Leżał tam przygotowany dokument o nadaniu flagi dla robota. Wciąż niepodpisany.
– Co to oznacza – zapytał Ekspercki – że nie będzie flagi?
– To, że każdą podjętą przez niego akcję, będzie kontrolowała policja. Podczas takiego wysypu wandalizmów nie możemy doprowadzić do jej unieruchomienia.
– Przypominam, że tylko Zel ma władzę wykonawczą – wtrącił się Bart Dowicki – i najrozsądniej by było go odzyskać, zanim mu się umrze...


Dzierżący władzę wykonawczą Pierwszy Sekretarz podniósł się po nieco bolesnym lądowaniu. W końcu upadł z wysokości drugiego piętra, i to zamkowego, na szczęście na obrażenia był odporny jak feministka na argumenty. Niemniej chodnika, z którym się zderzył, nie rozpoznał. Był pokryty jakimś piaskiem i kurzem, a oświetlało go stojące wysoko słońce. Cała sceneria była żółta jak w westernie.

Przyjrzał się budynkowi, z którego spadł. Miał mnóstwo małych i gęsto rozmieszczonych okienek, jakby mieszkający w nim ludzie byli o połowę mniejsi. Jego pojawienie się oczywiście zwróciło na siebie uwagę i z tego samego budynku wypadły trzy stwory. Wyglądały jak okrągłe ludzkie głowy z doczepionymi kończynami. Zaczęły się przyglądać przybyszowi ze wzajemnością. Ich ślepia były obrysowane, jakby nosiły okulary Jedna z tych głów zaprezentowała szeroką szczękę, gryząc Zela w stopę. Pozostałe dwa zawyły w dość charakterystyczny sposób.
– Aruuur!
Zel podjął natychmiastową decyzję o ucieczce. Przedtem jednak pozbył się niepotrzebnego balastu – elegancji.
– Kurwaaa!


– ...dlatego proponuję, żebyśmy wyruszyli jeszcze dzisiejszej nocy – dokończył Dowicki.
– W zasadzie to nie daliśmy skończyć Magikowi – mruknął Serscull.
– No cześć – wypaliła Alicja.
– W środku nie ma niczego specjalnego, zauważyłem jedynie kilka półek z książkami. Niestety, nie zauważyłem nikogo, ani, na szczęście, nikt nie zauważył mnie.
– Nie będziemy atakować biblioteki – powiedział Zenon – a więc postanowione – wszyscy idziemy na wyprawę. Wszyscy, ponieważ nie jestem pewien, czyich umiejętności będziemy potrzebowali na miejscu.
– No bez przesady – zanegował Ekspercki – przecież ktoś musi zostać w stolicy.
– Nic nie rozumiesz. Musimy iść do Starej Szafki.
– Ok, nie mam pytań – odpowiedział Ekspercki w odpowiedzi na przestrach, który powstał. Stara Szafka, wbrew uroczej nazwie, nie była miejscem, do którego się chodziło na wycieczki. Była meliną okultystów, wróżbitów oraz innej maści paranormalnych kaskaderów, mieszcząca się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym.
– Może ja zostanę – zaproponował Magik – zwłaszcza, że mam pewien plan.
– Mi pasuje – odparł Zenon – ale cóż to za plan?
– Nie mogę nic powiedzieć oprócz tego, że to będzie zajebiste.

Tymczasem w Alicji odezwał się wrodzony instynkt doświadczonego bezpieka i zrobiła kilka prędkich kroków w stronę kratki wentylacyjnej. Wyrwała ją jednym, sprawnym ruchem i wyciągnęła za kołnierz przesiadującego tam jegomościa, a tym boleśniejszy był jego upadek, że szyb ów znajdował się pod sufitem. Kiedy agentka trzasnęła intruzem o podłogę, wszyscy rozpoznali w nim właściciela śródmiejskiej kawiarni.
– Kawuś, no proszę – z nieadekwatną radością i uśmiechem rozbawionego dziecka powiedziała Alicja, jednocześnie nie rozluźniając żelaznego chwytu.
– Ładne rzeczy się tu wyrabia – wystękał Sir Kaweusz. – Zupełny burdel na mieście, tonka na uprawach, a wy tak sobie chcecie wyjść na parę dni, zostawiając stolicę samopas. Niech no tylko to trafi do Ratusza przy Forcie Centralnym, to wasza wycieczka tutaj się dopiero zacznie!
– Alicjo, weź go do paki – rzucił Zenon, który przynajmniej pozostał uosobieniem władzy sądowniczej.
– Mam ich tylu... codziennie... – odpowiedziała dla odmiany melancholijnie, poprawiając przy tym krępujący uścisk. Zenon w kilka sekund nabazgrał parę słów na jakiejś kartce, która głosiła wyrok skazujący za włamanie do siedziby – trzyosobowego, ale jednak – rządu oraz za przechwyt poufnych rządowych informacji z zamiarem ich opublikowania.
– Wszystko pięknie, ale ja nie mam na imię Kaweusz, tylko Marcin – powiedział zobaczywszy wyrok barista. Zenon, zachowując obojętność na twarzy, skreślił imię i poprawił na „Marcin”.
– A pisz sobie co chcesz, ale tak naprawdę to ja jestem Kwietosław – dorzucił z paskudnym uśmieszkiem.
– Może zamiast imienia napisz pesel? – zaproponował Bart. Mniej wyrafinowane, ale bardziej skuteczne rozwiązanie natomiast wymyślił Serscull.

Rozdział III
W tunelu

Północ, kancelaria.

Zenon i Bart zajęci byli studiowaniem planu zamku – posiadał on kilka wyjść awaryjnych, z czego tylko jedno łączyło się z kanalizacją. Oznaczało to względny komfort w przypadku tych pozostałych. Że też przyszło im uciekać z własnego domu w czasach pokoju...


– Mam cię! – powiedział Ekspercki, odnalazłszy własnoręcznie wykonany komunikator. Było co prawda w zapasie kilka sprawnych urządzeń, ale mająca wyruszyć ekipa zyskała na liczebności. Wiedząc, że zostało mu jeszcze trochę czasu, postanowił przeprowadzić pewien eksperyment.


– Nasza dwójka, trzech z kuchni, sierżant, Ekspercki, rycerz i Alicja. Dziewięć osób.
– A regentka?
– Nie damy rady przejść obok jej domu, będąc niezauważonym. Na pewno nie drąc się u niej pod płotem, żeby się obudziła i ewentualnie z nami poszła.
– Ależ nie musimy, przyjdzie sama. Im mniej zaproszona, tym szybciej.
– No to dziesięć – zgodził się Zenon.
– Jedenaście – przypomniał sobie jeszcze o kimś Bart.
– O kim mówisz?
– A włamywacz to się nie przyda?


Całe szczęście, że robot mógł się poruszać bezgłośnie. Ukryte pod jego powłokami narzędzia zapewne by doprowadziły do wzrostu decybeli, ale to akurat nie miało znaczenia. Ekspercki, stanąwszy na krawędzi pola uprawnego, odezwał się w kierunku robota.
– Rozpocząć eksterminację – na dźwięk tych słów maszyna mruknęła i przystąpiła do akcji, leniwie unosząc długie ręce.


Sir Kaweusz otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Czyżby miał kaca? Nie był w stanie przypomnieć sobie, czy i w jakiej imprezie brał udział. Ostatnie wspomnienie dotyczyło dwóch uderzeń, które po kilku godzinach wciąż dawały o sobie znać okropnym bólem głowy i pleców. Wytężył umysł i jeszcze raz spróbował przywołać wspomnienia tego, co się pomiędzy tymi dwoma uderzeniami stało, chociaż nie był pewien nawet swojego imienia. Próbę tę przerwał mu ogłuszający i rozdzierający od wewnątrz wrzask.

Nieświadomym sprawcą tej tortury był Bart. Nie miał w zwyczaju mówić głośniej niż na tyle, żeby być wyraźnie zrozumianym, jednak Kaweuszowi cierpienie by sprawił zbyt głośno stojący but. Nic dziwnego – w momencie, w którym Zenon poprawiał wyrok po raz kolejny, Serscull przywalił mu w głowę pożyczoną patelnią. Pierwszym zaś uderzeniem był wzorowo wykonany przez Alicję spinebuster.
– Gdybyś nie pamiętał, to przypomnę – jesteś w więzieniu. Normalnie nikogo by to już nie obchodziło, ale mamy pewną propozycję.


Kuchnia wypełniłaby się ludźmi, gdyby nie to, że było z niej widać całe miasto, a zapalone światło i poruszenie w tym konkretnym pomieszczeniu, o godzinie zbyt późnej na jedzenie kolacji, mogło przyciągnąć zbędną uwagę, toteż poruszano się po ciemku, pomagając sobie jedynie łagodnym światłem sączącym się z korytarza. Oczywistym skutkiem było kilka bolesnych uderzeń palcami stóp o kanciaste nogi mebli i tyle samo z trudem stłumionych przekleństw – wtedy poruszanie się po kuchni pozostawiono najlepiej obeznanym z jej topografią. Szprot więc kompletował spersonalizowane prowianty, a Tsuruna i Serscull doglądali swoich wysokoenergetycznych specjałów. „Ależ ona pięknie wygląda przy tym skąpym świetle”, pomyślał stojący w drzwiach Hrodebert o uwijającej się przy blacie Tsurunie. Ta, odwzajemniając pełne zachwytu myśli, sięgnęła po swój notatnik i spakowała do leżącego obok materiałowego woreczka. Następnie sięgnęła po swoje okazałe noże z zamiarem schowania ich w to samo miejsce, ale po chwili zastanowienia włożyła je za pas. Serscull do podobnej sakwy wrzucił porcję świeżo upieczonych ciastek z karmelem i czekoladą.


– Nie! Nie! Nie pójdę tam! – zaczął krzyczeć Kaweusz. Ból głowy może nie ustąpił całkowicie, ale został przesłonięty przerażeniem.
– Rozumiem, że wolisz sobie posiedzieć tutaj, aż twoja kawiarenka upadnie.
– Nie, nie chcę... – zaczął się plątać więzień. Oto, jak się skończyły jego podróże – wyruszył z odległego kraju w odległym świecie. Dumnie obnosząc się ze swoim obywatelstwem zdobywał odznaczenia w różnych, krajach, a w jednym nawet tytuł honorowy. Wreszcie przekroczył bramę multiwersum i osiadł w Zjednoczonych Haszach, żeby teraz trafić do więzienia. Mógł z niego wyjść, pod warunkiem odbycia kary jeszcze straszniejszej, niż przeżycie rozpadu kawiarenki, będącej dla niego ostoją spokoju po latach podróży, jak niegdyś latarnia dla jego rodaka z ojczyźnianego świata. Wymagali od niego udania się do tego straszliwego miejsca.
– Stara Szafka, albo do starości tutaj. Za godzinę wychodzimy, do tego czasu masz szansę się namyślić.
– Nie...


Zel w końcu się opędził od dziwnych kreatur, które wreszcie przyjęły do wiadomości, że różnica wzrostu jest w tej konfrontacji zbyt znaczna. Kiedy poziom adrenaliny oraz puls opadły, a stworki się oddaliły, Pierwszy Sekretarz pomyślał o jakimś schronieniu. Nie był pewien, czy w ogóle zapadają tutaj noce, ale jego zegar biologiczny kazał mu się przespać. Rozejrzawszy się zobaczył drzewo. Optymizmem napełnił go fakt, że wreszcie zobaczył jakiś znajomy kształt, toteż z entuzjazmem do niego podszedł. Pień był od środka wydrążony i na dodatek niezamieszkany. Wygląda sensownie, pomyślał, po czym się skulił i zapadł w sen.


Kaweusz musiał podjąć trudny wybór. Stara Szafka była obrośnięta paskudnymi legendami, natomiast jego wilgotna cela – grzybami. Mógł po prostu poczekać, aż wszyscy sobie pójdą i spróbować wyjść. Mógł też dać się wyprowadzić poza zamek i spróbować ucieczki, ale wtedy tutaj będzie spalony. Odwiedzenie Starej Szafki może nie będą aż tak straszne w kilkunastoosobowej grupie, ale między wejściem a wyjściem stamtąd może się wydarzyć dużo...


– Panie Ekspercki, co się tutaj dzieje?
– A co się ma dziać?
– W równych 10-sekundowych odstępach dostajemy alarmy o jakiejś dziwnej aktywności na tym terenie – powiedział jakiś człowiek w mundurze, który przyjechał na koniu. Ekspercki obrócił się w stronę robota, który z równie wielką obojętnością, jak i zaangażowaniem, przeszukiwał trawę i co chwila wyłapywał pojedynczych osobników tonczego gatunku, zgniatając je grubymi łapami.
– To są tylko robale. Szkodniki. Nic nie znaczące szkodniki...
– Niestety, bez flagi to każdy robak zgnieciony przez tego robota da nam o sobie znać – odpowiedział pełen zrozumienia dla bezprecedensowej sytuacji funkcjonariusz widząc, że zbliża się do niego jakiś powiększony patrol. – Niepotrzebnie się trudziliście, koledzy.
– Przecież alarm wyje bez przerwy. Tam w centrali myślą, że tu się dzieje jakieś nieszczęście. Ekspercki natychmiast wyłączył funkcję eksterminacji. – Mogę wracać z wami?
– Jasne! Ale chcesz tak po prostu tego tu zostawić? – zapytał jeden z konnych, wskazując na zatrzymaną machinę.
– I tak nikt nie będzie w stanie go uruchomić. Wynieść tym bardziej – wytłumaczył Ekspercki. Zresztą, musiał szybko wrócić do zamku.


„Mieli przyjść dopiero za godzinę”, pomyślał wciąż targany wątpliwościami Sir Kaweusz, słysząc kroki. Do jego celi weszła Tsuruna. Omijając go szerokim krokiem podeszła do ściany i zaczęła wykonywać niezrozumiałą dla niego czynność.
– Co robisz?
– Jak wiesz, wychodzimy na parę dni. Okazało się, że idę z nimi, więc muszę ci coś na szybko upichcić, żebyś przez te kilka dni nam z głodu nie umarł.
– No ale po co przyszłaś tutaj... – Kaweusz dostrzegł, że Tsuruna skrobie grzyby, które dotychczas sobie spokojnie rosły na ścianie, i wrzuca je do trzymanej pod pachą misy.
W tym momencie wybór stał się oczywisty.


Zenonowi nie było trudno się zorientować, gdzie samozwańcza Armia Nonsensopedii się zebrała. Pusty żołądek też mu w tym pomógł. Większość leżała na podłodze pod ścianą, próbując zaznać chwili snu i przytulając do siebie pakunki z prowiantem.
– Zgodził się – powiedziała Tsuruna, wynosząc z kuchni dwie ostatnie porcje, dla Zenona i Kaweusza. Ten ostatni go przyjął, mimo zielonego koloru twarzy. – Szprocie, podaj mi mój woreczek!
– Się robi – odpowiedział błazen i po omacku znalazł tobołek.


Wreszcie – pełni obaw i nadziei, ekscytacji i senności oraz kanapek i kabanosów – wyruszyli. Wydrążony w podziemiach tunel był na tyle wszechstronny, że nawet krowa Hrodeberta nie miała problemu z przejściem.
– Jak to się stało, że kaczki nie znalazły jeszcze tych przejść? – zapytał Szprot.
– A czy widziałeś kiedyś tajemne wejście do zamku? – pytaniem odpowiedział Bart.
– No nie.
– A więc widzisz, jak dobrze są ukryte.
– Ale kaczek jest naprawdę dużo. To dla nich nie problem, żeby zaglądnąć do każdej szopy w okolicy.
– Nawet jeśli, to nie będą szukały tunelu, tylko tego, co zazwyczaj w szopie można znaleźć.
– Nie zgubimy się tutaj?
– Ach, o to niezwykle łatwo. Wystarczy zapomnieć, w którym kierunku szedłeś – odparł Bart. Jego odpowiedź należy uzupełnić o to, że tunel nie posiadał żadnych odnóg – był po prostu imponująco długi.

W końcu doszli do końca. Ujrzeli sporą klapę, mającą zawias u góry i opierającą się o ziemię pod takim kątem, że naciskając od spodu było ją można wypchnąć, czego od razu spróbowali. Po długich zmaganiach i próbach wyważenia klapy dźwigniami, uderzeniami, taranowaniem trupokrową i różnej maści bronią białą, ta się otwarła. Wyjście z tunelu stało na zboczu i było jakby wielką donicą, w której rosła trawa, kwiaty i polne zioła, więc nawet nie było go trzeba poprawiać po zamknięciu.
– Z tego tunelu – zaczął Zenon – będziemy mieli całkiem blisko do pewnej gospody, tylko nie jestem pewien, w którą to stronę teraz trzeba iść...
– Tam jest jakaś droga – powiedział Kaweusz, wszedłszy na szczyt pagórka.
– To już ogranicza ilość kierunków i zwrotów do dwóch – stwierdził oczywistość Zenon. Założył, że karczma jest raczej bliżej stolicy, niż dalej, zaś wejście do tunelu wskazywało drogę do zamku w linii prostej, podpowiadając kierunek marszu.

Założenia okazały się prawidłowe i po krótkim czasie dały się ujrzeć gospodnie światła. Gospodarz co prawda powinien być na tyle stacjonarny, żeby nie mieć zbyt wielu okazji na zapamiętanie twarzy podróżujących incognito urzędników, jednak na wszelki wypadek wszyscy weszli w kapturach. Od Zenona i Barta, którzy najbardziej nie powinni opuszczać w tym czasie stolicy, uwagę odwróciło kuchenne trio – Tsuruna z tasakami za pasem, Szprot Puchałkiewski z wyhodowanym na szybko półmetrowym wąsem oraz Serscull z trupią aparycją, wszyscy w kapturach. Takie widowisko wystarczyło, żeby skory do wiary w przesądy gospodarz sobie ubzdurał, że jego gośćmi są trzej Dzierżowie Wilczego Budyniu, podróżujący wespół ze Świtą Grejpfrutowego Kapturka. – Cel naszej podróży jest wcale nie tak daleko – zaczął po krótkim odpoczynku przy stole Zenon. – Jeśli wyruszymy o świcie, wieczorem powinniśmy tam dojść. Wewnątrz musimy odnaleźć dwie osoby – jedna namierzy Zela, druga nas przetransportuje w obie strony.
– Ile nas te usługi będą kosztować?
– W najgorszym razie dosyć dużo. Dlatego liczę na wasze umiejętności. Każde z was może mieć wpływ decydujący na rozwój wydarzeń. Postarajcie się więc nie prowokować Szprota do zbyt pochopnego wykorzystania metamorfozy, mogącego się zmieniać w tylko jedną postać dziennie. Postarajcie się... – przerwał, ponieważ ktoś z wielkim rozmachem wszedł do gospody.
– Cześć, zwierzaczki – przywitała się Runicja jakby z przymusem, ale energicznie.
– Błagam, zabierzcie ją stąd – niemal chórem jęknęli Szprot, Kaweusz i Ekspercki.
– No co, przecież jestem grzeczna – skwitowała regentka, zwinnym ruchem dosiadając się do stołu.
– Dobra, siedź już. Wracając – postarajcie się nikogo nie zaczepiać i na zaczepki nie odpowiadać, bo tam nasza władza niestety nie sięga... I postarajcie się nie pożreć między sobą.


Spokojnego snu zaznali wszyscy z wyjątkiem Zela. Co prawda drzewo, w którym przebywał, było dobrą kryjówką, ale nie mogło go ochronić przed dźwiękiem jakichś dziwnych, metalicznych uderzeń.

Ostrożnie zaczął się rozglądać z otworu drzewa. Przebiegła mu przed nosem trójka dziwnych, patykowatych postaci. Zamierzały się zetrzeć ze zmierzającymi z naprzeciwka włochatymi, czworonogimi i niewielkimi, ale zapewne drapieżnymi kulami. Pięknie – pomyślał Zel Delet – wokół mnie rozgrywa się ustawka strachów na wróble z kulistymi niedźwiedziami.

Tak, czy inaczej – pierwotny plan, który zakładał wyspanie się, zawiódł. Pomysł przeczekania starcia wewnątrz drzewka stawał się niebezpieczny, ponieważ mogło zostać, nawet przypadkiem, powalone w tumulcie.


– Ciekawe, co tam u Zela – powiedział niemogący zasnąć Envist.
– Pewnie zdobywa poparcie lokalnej ludności w jakichś wyborach – wymamrotał leżący na stole Szprot.
– Bardzo polecam – odezwała się przez sen Alicja Uszczelka.
– Co wy wiecie o obcych światach – burknął obudzony Kaweusz. – Nie uwierzylibyście mi, gdybym wam powiedział, że w moich rodzinnych stronach ludzie z wyższym wykształceniem są woźnicami albo kucharzami w przydrożnych zajazdach.
– Zeluś ma głowę na karku, da sobie radę – powiedziała regentka Alvgjerd niezwykle przytomnym głosem, choć przybrana przez nią pozycja snu na oparciu krzesła zdawała się tej przytomności przeczyć.
– A ja dalej twierdzę, że się układa z tamtejszymi tubylcami.


Zel postanowił przyłączyć się do walki. „Dołączę do patykowatych, może mnie wezmą za któregoś ze swoich”, pomyślał z optymizmem. Obserwując dziwną bitwę dostrzegł ich przewagę liczebną, a przecież lepiej się przyłączać do zwycięzców.

Kiedy tylko przypadkowa para walczących zbliżyła się do drzewka, Zel znienacka wyskoczył i z wysoką skutecznością uderzył kulistego stwora w domniemany grzbiet. Wtedy przyjrzał się z bliska przedstawicielom obydwu ras – zwierzak wyglądał jak skrzyżowanie niedźwiedzia grizzly z pacmanem, ten drugi zaś wyglądał jak szlacheckie szaty naciągnięte na manekin z grubych kijów, któremu zapomniano doczepić głowę. Z tej przyczyny trudno było ocenić jego reakcję na widok homo sapiens – przez krótką chwilę jedynie stał przodem do Zela, a potem pognał walczyć dalej, co zagubiony Sekretarz również uczynił.

Okazał się wspaniałym towarzyszem boju wobec swych patykowatych wybawców, ale w chwili, w której zyskał przeświadczenie o podjęciu właściwej decyzji, po raz kolejny usłyszał ów metaliczny zgrzyt.


W Zjednoczonych Haszach nastał kolejny teoretycznie lipcowy poranek. O świcie nasi bohaterowie – czy to Dzierżowie Wilczego Budyniu, czy Świta Grejpfrutowego Kapturka – byli już gotowi do wyruszenia w drogę, niewyspanie zaś zostało zwyciężone pragnieniem szybkiego wypełnienia misji.

– Czemu on tak się wlecze za nami? – zapytał po pewnym czasie Kaweusz wskazując na Eksperckiego, który od reszty trzymał dystans gwarantujący możliwość nieuczestniczenia w rozmowach i kłótniach.
– Pewnie woli się trzymać z dala od Runci – postawił hipotezę Serscull.
– Pewnie woli się trzymać z dala od ludzi – zdiagnozował Bart – tu zawsze jest z kim poszargać nerwy.

Envist w tym czasie podbiegł do Alicji Uszczelki. Niewiele miał okazji, aby pogadać z nią sam na sam, a teraz nadarzyła się idealna okazja – uwaga reszty była skupiona na wszystkim, tylko nie na samych uczestnikach pochodu, tak więc mógł śmiało spróbować umizgów.
– Jak myślisz, czy tam naprawdę jest tak strasznie?
– O czym ty do mnie gadasz, Norbercie?
– No o tej Szafce.
– Ty byś mnie chciał przelecieć! – zawołała zszokowana Alicja tak, że nawet oddalony Ekspercki mógł to wyraźnie usłyszeć. Na sierżanckie szczęście, wszyscy byli głęboko zamyśleni – prócz Tsuruny, która tęskniła za zrobieniem użytku z pióra lub tasaka oraz Kaweusza, szukającego odpowiedzi na pytanie o jego miejsce w tej grupie szaleńców – myśli większości kierowały się nie ku porażce miłosnej sierżanta Envista, a ku stolicy. O tę musiał zadbać człowiek, którego prawie nie znali i przez którego, de facto, tę podróż musieli odbyć. Co robił w tym czasie Magik?


Czarodziej przechadzał się po mieście. Miał plan, wymagający jednak improwizacji. Dlatego musiał znać miasto i układ uliczek przynajmniej na pamięć. Zwiedzając jedną z mniej uczęszczanych uliczek, zwrócił uwagę na wołanie.
– Alkohooool!

Ton, którym ktoś wołał, nie wskazywał na zamiar częstowania trunkiem. Zabrzmiało to raczej, jak wołanie kogoś po imieniu.
– Alkohol, chodźże no! – dało się słyszeć. Magik zajrzał przez płot i zobaczył wychodzące ze stodoły ubłocone glany i dresowe spodnie, do których ktoś wsadził chuderlawego mężczyznę w okularkach. Postać ta z pewnym trudem ciągnęła za gruby łańcuch, który po szarpnięciu z drugiej strony, wciągnął chudego z powrotem do środka.
– Alkohol! – odezwał się krzyk o powadze naburmuszonego dziecka, a następnie klaśnięcie i kwik. Wtedy ukazała się ogromna świnia, która, wypadając ze stodoły, urwała drewniane drzwi i zatrzymała się dopiero przy korycie.
– To tutaj mają panzerprosiaki? – powiedział do siebie Magik i przyjrzał się niezwykłemu zwierzęciu ze zdumieniem. Olbrzymie prosię miało łeb o wielkości i wytrzymałości kowadła oraz ciosy jak sztylety, zaś jego racice zdolne były do spenetrowania grubej zbroi.

W tym momencie Magik był już zupełnie pewien, że jego plan jest kompletny.


Zel nakrył się tym, co parę godzin wcześniej nazywał peleryną. Wpadł do jamy ukrytej w piaskach, ale był z tego powodu rad. Tu się mógł czuć bezpiecznie, nic nie śmierdziało, miał możliwość wreszcie wypocząć. Eks peleryna straciła swoją istotę dokładnie w tym momencie, w którym Zel uświadomił sobie pomyłkę polegającą na zbyt późnym dowiedzeniu się o źródle metalicznych trzasków. Otóż stwory, przeciw którym zdecydował się walczyć, zamiast normalnych żuchw miały żelazne pułapki na niedźwiedzie. Niezależnie od tego, w jakikolwiek sposób te kuliste bestie zostały wymyślone i stworzone, na pewno były uosobieniem odwetu zwierzyny łownej na kłusownikach, o czym dotkliwie się przekonała zelowa peleryna.


Dzięki uprzejmości pewnego wozaka, Poszukiwacze Zela dotarli do celu jeszcze przed zmierzchem. Weszli do opuszczonej wioski, na obrzeżach której był widoczny okazały, acz zabrudzony budynek szpitalny. Przed bramą Ekspercki rozdał podręczne komunikatory, dla siebie zostawiając swój własny – było to narzędzie sprawne, ale mimo wszystko prowizoryczne i wymagające znajomości jego logiki. Hrodebert w międzyczasie spokojnie przywiązał swą krowę do wbitego obok wejścia słupa, reszta natomiast zgromadziła się przy drzwiach. Wisiało na nich kilka kłódek oraz tabliczka nosząca wszelkie oznaki swojego wieku – rdza, zadrapania, wgniecenia czy rozpostarte na pajęczynach ślady bytności gołębi. Właściwie to było na niej wszystko oprócz napisu. Oczywiście od razu podjęto próbę sforsowania tych drzwi – znowu z użyciem broni białej i krowy, tym razem jednak bezskutecznie.
– Czy wy naprawdę nie potraficie obchodzić kłódek? – zapytał nieco znudzony Kaweusz. Wyjął zza pasa Eksperckiego śrubokręt, ale zamiast zaatakować którąś z kłódek, po prostu podniósł nim wiszącą tabliczkę, ukazując rewers. – I wszystko jasne – mruknął. Ujawnił się wyraźny napis wejście od drugiej strony. Śrubokręt od razu wrócił do właściciela, ten jednak – nie mając w co go wytrzeć, a było co wycierać – pozostawił go na przerośniętym trawniku obok chodnika.

Do ciemnego, pełnego kurzu, pajęczyn i nieznanego pochodzenia lub zastosowania rupieci korytarza wdarło się pomarańczowo-fioletowe światło zachodzącego słońca. Ekspercki bez chwili zastanowienia rozpalił przyniesione lampy, po czym wszyscy po kolei weszli.

Byli w Starej Szafce.


Ciąg dalszy nastąpi.


Nasze strony
Przyjaciele