Nonźródła:Kroniki Nonsensopedii cz. 2

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj
Kroniki II

Nie straszne mi wojny światowe
i 600 tysięcy idących na rzeź.
Przeraża mnie jedynie
zbyt pogodny jak na te czasy
dźwięk skrzypiec i fletu
piccolo na boku.

[edytuj] Prolog

Wreszcie odnalazł swoją Ziemię Obiecaną. Był absolutnie pewien, że jego lud właśnie tutaj będzie w stanie zaspokoić swoje stale rosnące potrzeby. Będzie musiał jedynie pozbyć się lokalnej władzy. Wiedział, iż mało kto tutaj będzie chciał z nim walczyć, w pierwszej jednak kolejności będzie trzeba spróbować po dobroci i jak najmniejszym wysiłkiem, ponieważ ujawnienie się było niechcianym planem B. To już ostatni dzwonek, pomyślał – nadchodzące zmiany, jakie miały nastąpić w tym kraju, mogły uczynić go bezużytecznym. O czym również doskonale wiedział.

[edytuj] Rozdział I: Wielofunkcyjny

Rozpoczynający się dzień można by określić jako piękny, teoretycznie lipcowy poranek. Teoretycznie, ponieważ Zjednoczone Hasze Nonsensopedii używały innych nazw miesięcy niż te, których używać zwykliśmy my. Jednak najpewniej ten miesiąc byśmy nazwali lipcem, jako że zbliżał się czas pierwszych zbiorów. Właśnie te zbiory stanowiły problem, od którego ów niby-lipcowy dzień postanowił rozpocząć Pierwszy Sekretarz, Zel Delet.

– Będzie nietęgo z tymi ziemniakami – mruknął Delet. – Niestety, tonka.
– Tonka ziemniaczana... – powtórzył Bart Dowicki, sekretarz Pierwszego Sekretarza. Tytuł ten ewidentnie nie świadczył o błyskotliwości jego niegdysiejszego twórcy, ale Bart nigdy nie odczuwał z tego powodu dyskomfortu. – Jest znacznie więcej skarg w tym roku.
– Ech... Nie mamy środków. W zeszłym roku były w budżecie środki na zakup pestycydów.
– Nie mamy środków, ale mamy zasoby. Grunt to odkopać odpowiednią maszynę, przecież jest ich tu pełno – skonkludował Bart, po czym podszedł z kuflem do barku. W przeciwieństwie do większości tego typu gabinetów, gdzie było można liczyć jedynie na czajnik i ewentualnie ekspres do kawy, sekretarz cieszył się dostępem do piwa. – Ekspercki coś wspominał, że znalazł jakiegoś wielozadaniowca.
– Wielozadaniowca? Odmawiam. Jeszcze sprowadzi nam deszcz lodówek czy worków z mięsem, jak kiedyś.
– Nie, nic z tych rzeczy. Żadnej mocy sprawczej. Ma wykonywać jedynie pracę fizyczną. Niestety na razie więcej nie wiem.
– No to czekamy. Tymczasem ja się przejdę na te pola. Sprawiajmy przynajmniej pozory działania. A ty też byś się gdzieś ruszył!

Istotnie, pola uprawne pięknie wyglądały jedynie z oddali, imponując swoimi rozmiarami. Z bliska już widać było poobgryzane przez insekty łodygi. Zaciekawiony Zel, schyliwszy się, złapał palcami jednego ziemniakożercę.
– Za dawnych czasów ich po prostu nie było – powiedział, przyjrzawszy się owadowi. Był okrągły i żółty, a na grzbiecie posiadał paski naśladujące literę „T”. – Za niedługo znowu tak będzie.
– Niektórzy się obawiają, że jeśli pozbędziemy się tonki, to przerwiemy jakiś łańcuch pokarmowy – odezwał się B. Serscull. Jego sylwetka w tej scenerii zdecydowanie się wyróżniała niczym zabłocone glany woodstockowicza na ceremonii ślubnej, ponieważ na oględziny pola wybrał się w marynarce. Był jednak rzecznikiem władz, a czekało go spotkanie z ludem.
– O to się nie martw. Tonka nie jest podstawowym pożywieniem ptactwa, poza tym ptaki się zadowalają głównie półpszczołami.
– To ma sens. A wydawały się tak nieszkodliwe...
– Aż mi się przypomniały – uaktywnił się stojący dotychczas z tyłu Bart – te wszystkie teorie twierdzące, że tonki mieszkające w glebie pomagają orać pole.
– Ja już panów zostawiam – orzekł Serscull i zwrócił się w kierunku zamku. Od razu zaczął dobierać słowa, którymi by mógł uspokoić choć na kilka dni pełen obaw tłum, ale z zamyślenia wyrwał go pewien dźwięk, niepasujący do odgłosów rozmów i uderzeń narzędzi.


– Nasi doradcy oraz technicy, jak już wspominałem, są bliscy zaprezentowania narzędzi do zwalczania tych szkodników. Pytania... widzę, że nikt już nie ma więcej pytań. Dziękuję za uwagę i życzę miłego popołudnia – Serscull zakończył przemówienie w tempie niepozwalającym na żadną reakcję i mgnieniu oka przewędrował z mównicy do zamku.
– I jak było? – zapytał Zenona Ksenonowicza, zastępcę Pierwszego Sekretarza, który do niego dołączył po drodze do biura.
– Jak zawsze, bez zastrzeżeń. To był dobry pomysł, żeby zamiast anonimowego głośnika przemawiała jakaś, hmm... twarz – ostatnie słowo zostało przez Zenona zaakcentowane, po czym obydwaj wybuchli śmiechem. Gwoli ścisłości: na co dzień Serscull cieszył się głową wyglądającą zupełnie na ludzką, jednak, w sytuacjach cechujących się między innymi podwyższoną adrenaliną, jego aparycja ulegała zupełnej metamorfozie w trupią czaszkę.

Kilka minut później znaleźli się w sali konferencyjnej. Oprócz nich był tam także Zel, Ekspercki, Bart oraz Norbert Envist, sierżant stołecznej policji konnej.
– Dobra, wszyscy są – zaczął rozczochrany steampunk z pasem pełnym narzędzi, czyli Ekspercki, kiedy Zenon zamknął za sobą drzwi – więc mogę wam przedstawić moje znalezisko – mówiąc to zrzucił plandekę kryjącą stojący obok przedmiot i oczom zebranych ukazał się widocznie stary, ale jednak doprowadzony do ładu robot. Posiadał cztery nogi z czymś przypominającym wrotki, głowę na teleskopie z jednym, wielkim okiem oraz trzy masywne ręce, a wszystko to przyczepione do kulistego korpusu. Prawie cały był pokryty klapami, widocznie kryjąc w swym wnętrzu dodatkowe narzędzia.
– Samemu nie byłem w stanie skonstruować robota, ale parę dni temu znalazłem to coś. Wygląda na to, że problem tonki został rozwiązany.
– Jak on będzie działał?
– Najprościej. Będzie chodził po polach szukając literek „T”. Jak wiemy, każda tonka ma literkę „T” na grzbiecie. A wtedy prrt – Ekspercki za pomocą palca wskazującego i kciuka zaprezentował symulację egzekucji nieszczęsnego owada.
– No ale co by się stało – Serscull przerwał chwilę ciszy poświęconą pamięci teoretycznej tonki, która teoretycznie zginęła między palcami Eksperckiego – gdyby zabłądził i zaczął znajdować przedmioty lub szyldy z literami?
– Wtedy największym problemem będzie go jedynie znaleźć i odzyskać, bo robota szkoda. Szyldami się nie przejmuj – po prostu będzie stał i wciskał literę „T”, a po kilku przyciśnięciach ją zignoruje i pójdzie dalej.
– Czy nie będzie stwarzał zagrożenia? Widzę, że jest NAPRAWDĘ wielofunkcyjny – zapytał Zel, przyglądając się czemuś, co wystawało z niedomkniętej klapki i przypominało palnik bunsenowski.
– Niektóre z jego narzędzi są... Mówiąc wprost: mogą być niebezpieczne, ale to cenna uwaga. Po prostu mu zakażę używania tych narzędzi. Zaimplementuję to.
– Będzie potrzebował homologację i flagę, żeby nie ściągać na siebie patroli – mruknął Zel. – Zenonie, przygotuj akt nadania flagi i zostaw u mnie na biurku, podpiszę później. Czy ma ktoś jeszcze jakieś cenne uwagi?
Odpowiedziała mu jedynie cisza.
– W takim razie jutro spróbujemy go uruchomić.
– Korzystając z okazji, że jesteśmy tu razem – wtrącił Serscull – chciałbym poruszyć pewną dziwną kwestię. Nie słyszeliście panowie kwakania?
– Kwakania? – odpowiedziały zdziwione głosy zebranych. Tylko Envist wydawał się nie być zaskoczony pytaniem.
– Owszem, było kilka zgłoszeń. Że kaczki ktoś trzyma u siebie, a te hałasują i spać się nie da po nocach.
– Ja je słyszałem na plantacji. To jest absurdalne.
– Wszyscy wiemy – włączył się Bart Dowicki – że w całej stolicy tylko regentka trzymała kaczki. Przecież nikt inny nie byłby w stanie im zapewnić warunków.
– Trzeba jej powiedzieć, żeby lepiej pilnowała tych kaczek. Skoro już stanowi to problem rangi administracyjnej, to naprawdę jest coś nie tak – na pewno z ust różnych członków tego grona padłoby mnóstwo podobnych stwierdzeń i propozycji, gdyby nie huk towarzyszący nagłemu otwarciu się drzwi do sali.
– Cześć, misiaczki – rzuciła z przekąsem była regentka, Runicja Alvgjerd. Znającym jej energiczną naturę nie wydało się niczym dziwnym, że od momentu wspomnienia o niej do wtargnięcia na scenę wydarzeń upłynął czas niewystarczający na przygotowanie kebabu w tortilli, podczas którego zdążyła przebyć drogę ze swojej willi do zamku. – Wypraszam sobie wszelkie insynuacje, jakoby te kacze sprawy miały ze mną cokolwiek wspólnego. Wszystkie moje trzy kaczuszki taplają się w basenie i nie opuszczają mojej posiadłości. Już wysłałam wniosek o potwierdzenie tego na monitoringu. No, tego by było na tyle. Pa! – Interwał między hukiem otwarcia drzwi a trzaskiem ich zamknięcia wynosił jakieś pięć sekund. Zel stanął przy oknie i, zobaczywszy, że Runicja już się oddaliła, odwrócił się do reszty.
– Jakim cudem się dowiedziała, że właśnie teraz rozmawiamy akurat o niej ?
– Zapomnieliście, że mamy wspólne rurociągi i wszystko słychać jak cholera – odezwała się Alvgjerdowa głowa, która na moment wychynęła zza wspomnianego okna.
– Sierżancie – przyciszonym głosem Zel się zwrócił do Envista – wyślij za nią jakiś patrol, czy coś. Wkurzyła się trochę, gotowa jeszcze coś nabroić.
– Tak jest! – odpowiedział podekscytowany i wymaszerował z sali konferencyjnej sierżant. W tym momencie zebranie by się skończyło, gdyby po raz kolejny nie zyskało nowego i nieoczekiwanego partycypanta. Również nietuzinkowy okazał się jego sposób na wejście do sali, a mianowicie wpadł przez zamknięte okno pod sufitem, nie rozbijając go ani nie wydając żadnego odgłosu tłuczonego szkła. Po prostu, urwał się jakby ze ściany, a potem z gracją się odbił od umieszczonego tam stołu i stanął dumnie pośród zebranych. Zdecydował się przemówić pierwszy, jako że wszyscy obserwatorzy niezwykłego wejścia zbaranieli.
– Witam państwa! Przepraszam za niespodziewane najście, ale wszelkie zaproszenia ponoć kierują właśnie do tej sali.
– Who is... you? – jako pierwszy zdołał z siebie cokolwiek wyksztusić Zenon. Co prawda nieskładnie i po angielsku, ale i tak, w przeciwieństwie do reszty, dokonał niemożliwego.
– Nazywam się Paweł z Kielczy, ale w tym kraju jestem znany po prostu jako Magik – wyjaśnił wcale że młody mężczyzna, mający na sobie niepasujący do pory roku obcisły płaszcz, nieprzejrzyste czarne okulary i kilka okazałych sygnetów, a którego przezwisko przynajmniej częściowo tłumaczyło jego sposób podróżowania.
– A co cię do nas sprowadza?
– Odwiedziłem to miasto wiele lat temu i pomyślałem, że tu się mogę przydać. Że tu mogę odnaleźć swoje miejsce – Magik zrobił swobodnie kilka kroków, a następnie oprzytomniał. – Och, czy nie przeszkodziłem wam w czymś?
– Właściwie to mieliśmy się już rozejść – powiedział obudzony z letargu Zel. – Czym się zajmujesz na co dzień?
– Tropię rzeczywistość, żeby ją ośmieszyć – enigmatycznie odpowiedział Magik. W jego głosie jednak słyszalna była naturalność, jakby wypowiedziane przezeń zdanie nie było absurdem, ale największą oczywistością.
– Ja już panów opuszczam – powiedział Ekspercki, kierując się w stronę drzwi. Podobnie uczynił Bart Dowicki, Zel natomiast zapytał towarzyszy:
– Czy wolne są pokoje gościnne?
– Niezmiennie, od lat – stwierdził Serscull. – Magiku, czy zechcesz odpocząć po podróży?
– Jego podróż trwała kilka sekund, a ty się pytasz, czy zechce odpocząć? – parsknął Zenon.
– Sama teleportacja trwa kilka sekund, ale aby tu dotrzeć, musiałem dokonywać jej kilkukrotnie, co jest niezwykle męczące. Skorzystam więc z propozycji.
– Zaraz cię odprowadzimy, tylko poczekajmy na... O, już wrócił! – powiedział Zel, widząc Norberta Envista wchodzącego z powrotem do sali. – I co?
– Bez większych ekscesów. Jedynie oblała przypadkowego przechodnia gorącą herbatą, ale w ogóle nie wiemy, skąd wzięła ten imbryk. Zupełnie nagle się pojawił w jej dłoni. A, jeszcze ostentacyjnie fotografowała suszącą się bieliznę sąsiadów.

[edytuj] Rozdział II: Okno na świat

Problem regentki fotografującej suszące się ineksprymable sąsiadów musiał szybko zejść na drugi plan, ponieważ nagle gwałtownie wzrosła liczba skarg związanych z kaczkami. Ponoć dopuszczały się już aktów wandalizmu i rozboju, ale nawet policja konna nie była w stanie dość szybko dotrzeć do wskazanego miejsca. To zorganizowana grupa – pomyślał Envist, przekraczając bramę zamku już po raz trzeci tego dnia. Najbardziej go wkurzył fakt, że któraś okropna kaczucha wskazała na niego palcem, wołając bić NN-manna!, przez co doszło do niepotrzebnej konfrontacji, w wyniku której zafajdał mu się mundur.

– Zwiększyłem ilość patroli. Rozmieściłem je głównie przy Alei Zmian i przy targowisku. Natomiast jesteśmy bezradni, jeśli chodzi o te małe, wąskie uliczki. Kaczki są bardzo zwinne.
– Nie martw się – odpowiedział Zel – pomogą ci służby specjalne. Kontrwywiad nie śpi. Bart?
– Czego? – odezwał się głos zza otwartych drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.
– Rozpocznij procedurę M.

Procedura ta wszczynana była jako pierwszy środek zapobiegawczy przeciwko wandalom i drobnym przestępcom. Oznaczała coś na wzór godziny policyjnej, a przy tym nie obowiązywała posiadaczy specjalnej karty, czyli większości mieszkańców. Nie powinno być niespodzianką, że także Serscull ją posiadał, i – ufny, że ogłoszony komunikat podniesie poziom bezpieczeństwa – wyszedł do sklepu. Z torbą zakupową oraz wszelkimi oznakami przebiegnięcia przymusowego sprintu wpadł do biura Pierwszego Sekretarza i wydyszał: – Są wszędzie! Nic sobie nie robią z komunikatów policji! Dziobią, kradną, kwaczą... Teraz się wdarły na mównicę i urządzają jakąś demonstrację!
Bart z przestrachem w oczach wyskoczył zza drzwi i dopytał:
– A co z moimi burakami?
– Spokojnie, te akurat mam – powiedział Serscull, wyróżniając dzierżoną w dłoni siatkę, z której wystawał słoik z ćwikłą.
– Uff, przynajmniej tyle – uspokoił się Dowicki i wrócił do swoich zajęć.
– Idziemy tam – stanowczo ogłosił Zel i, podszedłszy do biurka, wcisnął jeden z przycisków. – Panowie, tryb bojowy. Za pół minuty pod wejściem. Wy też – powiedział do reszty już po zwolnieniu przycisku. Bart momentalnie doskoczył do swojego biurka i wyciągnął spod niego dywan, który oczywiście rozwinął. Był czarny i przyozdobiony wielkim pentagramem. Stanął nad nim, zapalił świeczkę i, puściwszy z gramofonu wybraną na chybił-trafił death-metalową piosenkę, zaczął mamrotać inkantacje. Sersculla dawno już nie było – w momencie ogłoszenia trybu bojowego zniknął razem ze swoimi zakupami. Zel znał swoich podwładnych i wiedział, że działania, których się właśnie podjęli, będą jakoś służyć sprawie. Jakoś.

Pierwszy w umówionym miejscu znalazł się Zenon w towarzystwie dwóch osiłków. Byli prawie nadzy (mieli jedynie jakieś japońskie gacie) i się dziwnie szczerzyli, ale ich słuszna postura równoważyła niepoważny wyraz twarzy. Sam Zenon miał przy sobie ulubioną patelnię – co ciekawe, nikt nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek leżała nawet w pobliżu kuchenki. Z kuchni natomiast doszedł Serscull z odmienioną, trupią fizys, ciągnąc za sobą olbrzymi rapier. Bard Dowicki przybył z niepozornym yorkiem i puszką piwa, a Ekspercki z pilotem do zdalnej obsługi armatek wodnych. Na końcu spokojnie dołączył Zel, uzbrojony najwyraźniej w cierpliwość. Minąwszy przyjaciół otworzył drzwi na dziedziniec zamkowy, gdzie czekał już mający ich eskortować oddział konnicy.

– ...a czasy tyranii się skończyły! Kolesiostwo rządziło tym krajem od zawsze, ale ten czas się skończył! Możemy raz na zawsze zerwać z zaplutą jadem tyranią karierowiczów wybierających się samodzielnie spośród siebie, kopiących sobie przyjemną norę, z której będą rządzić nami, prawdziwymi dziedzicami tego lądu! – te zdania usłyszeli jako pierwsze. Dały się słyszeć z daleka, co sugerowało użycie jakichś megafonów.
– Jakie znowu megafony – oburzył się Zel – skoro tylko mieszkańcy zamku mogą używać techniki? Przecież tak było od zawsze!
– Widać te czasy również się skończyły – podsumował Bart. Ich oczom ukazał się tłum kaczek. Były tam kaczki wszystkich kolorów, rozmiarów i kształtów. Zel chciał podejść bliżej, ale potknął się o kilka z nich, próbujących zagrodzić mu drogę, a których nawet nie zauważył. Tych zaczęło się schodzić coraz więcej. Już byli otoczeni. Wyglądało to źle, tym bardziej, że kaczki zaczęły zacieśniać krąg. Zenon zaatakował pierwszy, odrzucając kaczkę patelnią o kilka metrów. Serscull poszedł za ciosem i ukrócił kaczą awangardę o długość szyi. Reszta kaczek nie porzuciła zamiaru ataku, ale wykazała się pewnym respektem dla uzbrojonych ludzi – nie były ślepo wykonującymi rozkazy zombie. Być może miały już zaplanowany jakiś ruch, ale został zablokowany przez Barta, któremu wystarczyło powiedzieć dwa słowa:
– Azazel, bierz!
Owe dwa słowa były tym, na co czekał towarzyszący mu york. Zaraz potem się rozpętało istne pandemonium – wokół psa zaczęły latać pierze i rozszarpane fragmenty kaczek. Osiłki, których przyprowadził Zenon, zaczęli się rzucać w ptasie hordy, robiąc użytek ze swojej masy, szerokich klatek piersiowych oraz mocnych rąk. Zel zdawał się nie podejmować żadnej akcji, ale wykazywał się niebywałą odpornością na kacze dzioby i skutecznie odwracał uwagę atakujących od bardziej podatnych na ciosy. Konnica ruszyła w kierunku zgromadzenia, aby je przerwać, za nimi zaś wjechały armatki wodne. Im dłużej walki jednak trwały, tym bardziej patowa stawała się sytuacja – ranne kaczki uciekały, po czym w sobie tylko znany sposób się regenerowały, aby wrócić na pole walki. Naszym bohaterom natomiast kończyły się powoli siły, na szczęście wydarzyło się coś. Po prostu coś. Przez wciąż opadające pierze nie było widać dlaczego, ale kaczki zaczęły uciekać w popłochu.
– Uciekają w POPŁOCHU! – z obłędem w oczach zakrzyknął Zenon, niemal wypluwając ostatnie słowo.
– Czegoś się wystraszyły... – oznajmił Serscull, wypatrując jakiejś anomalii, która by miała wywołać to przerażenie u kaczek. Szczęśliwie jego dzienna twarz chwilowo ustąpiła tej trupiej, przez co dziobnięcia wojowniczego drobiu wymierzone jego głowę były praktycznie bezbolesne, a w walce nieskuteczne.

Oczom obrońców aktualnego porządku ukazał się wolno jadący na krowie rycerz. Krowa była samym szkieletem, ale mimo to całkiem zgrabnie służyła jako środek lokomocji. Jeździec miał ze sobą okrągłą tarczę, krótki miecz oraz włócznię, na którą zapewne przypadkiem nabiła się jakaś kaczka. Postać ta była równym dziwem dla towarzyszy Pierwszego Sekretarza, co dla niecodziennego przybysza widok pola bitwy, którą ludzie musieli stoczyć z tak niepozornym wrogiem, jak kaczuszki. Pierwszy podjechał do niego Norbert Envist.
– Witaj, rycerzu. Przepraszamy za pierwsze wrażenie, jakie wywarła na tobie nasza stolica. Przeprowadzamy tu pewne... porządki – rycerz, wysłuchawszy powitania, z szacunkiem skinął w kierunku sierżanta i wjechał w głąb, rozglądając się spokojnie.
– Jestem Zel Delet, Pierwszy Sekretarz Zjednoczonych Haszy Nonsensopedii. Miło mi cię powitać, zwłaszcza że wyglądasz na zarejestrowanego podróżnika.
– Nazywam się Hrodebert.


– Jestem błędnym rycerzem. Poszukuję przygód oraz dam. Właściwie to damy – tej jedynej.
– Oczywiście. Tutaj przygód jest pod dostatkiem – odpowiedział Serscull, prowadząc Hrodeberta do kuchni – czego dowodem niech będzie choćby dzisiejszy dzień. Mniej dostatni jesteśmy, jeśli chodzi o damy, ale tu już się samemu rozeznasz.

Kuchnia miała trzech stałych bywalców, ale nazwanie ich jej mieszkańcami nie byłoby dalekie od prawdy. Pierwszym z nich był sam Serscull, w niektórych kręgach znany jako wirtuoz ciastek i, mając wolne od ciężkiej pracy rzecznika kancelarii Pierwszego Sekretarza, zajmował się właśnie wypiekami. Drugie miejsce w tym przybytku mąki i wina zajmowała Tsuruna – kobieta, która niegdyś zeznawała jako świadek koronny po pewnym zamachu stanu, przez co uzyskała azyl w zamku, gdzie mogła się oddać dwóm swoim pasjom: kuchni oraz pisaniu prozy. Trzecim kuchennym przesiadywaczem natomiast był Szprot Puchałkiewski. Posiadał niebywały dar polimorfii, mogąc każdego dnia się zmieniać w kogoś innego. Niefortunnie, te wspaniałe predyspozycje nie mogły być wykorzystane ku chwale ojczyzny, jako że Szprot nadawał się jedynie na błazna, na każdym innym polu zawodząc.

W tym momencie grono wzrosło do pięciu – Serscull, wprowadzając Hrodeberta, zastał w kuchni także Magika, który widocznie odnalazł drogę do dobrze się wszystkim kojarzącego pomieszczenia, w którym mógł czymś wypełnić kiszki.
– Panowie i pani, oto nasz nowy gość, Hrodebert.
– Serwus! – zawołał wesoło Szprot. Magik również go pozdrowił, Tsuruna zaś łypnęła okiem, nie przestając piłować paznokcia trzonkiem tasaka stylizowanego na katanę. Dopiero kiedy Szprot i Magik uścisnęli dłoń rycerza, ten podszedł do niej, a ich spojrzenia się spotkały po raz pierwszy.
– Oto jest dama, której szukałem! – pomyślał Hrodebert, pogrążając się w ciemnych oczach Tsuruny.
– Oto jest ten jedyny, idealny! – uśmiechnęła się w duchu pisarka.
– Do kancelarii zapierdalać, WSZYSCY – zawołał Zel Delet przez zamkowy interkom.


– No wchodźcie prędzej, Uszczelka zaraz tu będzie!

Zrozumiały jest gniew na kogoś, kto najpierw woła przyjdźcie natychmiast każąc porzucić dopiero co schwytane przekąski, żeby zaraz potem powiedzieć jeszcze chwila. Zel jednak zapowiedział przybycie Alicji Uszczelki – głównej agentki kontrwywiadu. Wcale nie chodziło o to, że nie wiadomo jak ceniła sobie swój czas – po prostu rewelacje, które miała przekazać, na pewno były warte każdego pośpiechu.

Na miejscu był już Pierwszy Sekretarz wraz z zastępcą i sekretarzem oraz sierżant znanej nam już służby.
– No nie... Co wy tu... Serscull! Miałeś dbać o porządek! – wykrzyczał Zel widząc uczestników ledwo napoczętej uczty, wdzierających się do jego miejsca pracy z kabanosami i ciastkami w rękach.
– No to pfecief jeft powądek! – wypluł wraz z okruchami ciasteczka maślanego pozwany. – Mieli się nie pętać przy kancelarii, to ich wziąłem na sekcję obok.
– Nakruszycie mi na... A, nieważne – urwał Zel, widząc zmierzającą ku nim postać. – Witaj, Alicjo.
– Ale oni są dziwni! – powiedziała ze śmiechem agentka. Miała na sobie wygodne, a zarazem formalne ubranie, włosy zaś upięte w kształt przypominający ślimaczą muszlę. Całej jej elegancji kontrastował fakt, iż nękał ją zespół Tourette’a, a jej stabilność emocjonalna była jak Albania – nie istniała. Kiedy jednak chodziło o działanie, była najszybsza i niezastąpiona, a w kwestii podejmowania szybkich decyzji była tym, kim Struś Pędziwiatr w biegu na sto metrów.
– Witaj, Alicjo... – nieśmiało się odezwał zauroczony Envist. Jej uroda i zdolność do konwersacji pociągały go od zawsze. Niestety, zamiast dającego choć cień nadziei na odwzajemnienie uczuć gestu, usłyszał wybuch śmiechu.
Zaciekawiony sytuacją Magik zapytał Alicję:
– Co cię tak rozśmieszyło?
– Norbert Envist.

– Muszę przyznać, że ich wodza trzeba docenić. Dzisiejsza batalia była pokazem ogromnych sił. Na szczęście przyjechał Hrodebert. Kaczuszki się go wystraszyły, ale do jutra już będą na niego przygotowane. Przedostają się do miasta kanałami, ale odkryliśmy też kilka prowizorycznie umocnionych tuneli. Zauważyłam dom, do którego potajemnie, w nieregularnych odstępach czasu i małymi grupami wchodzą. To miejsce ma dla nich jakieś kluczowe znaczenie i, skoro już o nim wiemy, to nie spalmy im kryjówki. Jeśli mamy tam wejść, to nagle i zdecydowanie, niestety nie wiemy, czego się spodziewać w środku.
– A gdzie... – Zel nie dokończył pytania, ponieważ – co owego dnia pomału się stawało normą – drzwi ponownie zostały gwałtownie otwarte. Z zadanego przez Zela pytania nie wynikało zupełnie nic, jednak Alicja, mając w zwyczaju zawsze jakkolwiek odpowiadać na kierowane do niej wypowiedzi, rzekła:
– On jest jakiś pojebany.

Osobą, która przerwała zebranie, była Runicja Alvgjerd. Wniosła na plecach jakąś ogromną, sześcienną skrzynię, której masa bez wątpienia kilkakrotnie przewyższała jej własną. Już dawno pogodzono się z tym, że sekret siły ukrytej w tej niewielkich rozmiarów istocie pozostanie tajemnicą nie do odkrycia. Tajemnicą odkrytą natomiast stała się zawartość skrzyni, którą dziewczyna jednym celnym kopnięciem otworzyła. Oczom wszystkich ukazała się pomarszczona babcia.
– To dla was, misiaczki – z rozpierającą dumą rzekła Runicja.
– Jej trzy kaczuszki to dobre stworzenia i nie opuszczają ogrodu tego dziewczęcia od dwóch lat – zawodząc babcinym sopranem zeznała starowina.
– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał nieprzyzwyczajony do szybkiej rotacji wątków Hrodebert.
– Obiecała przynieść nagranie z monitoringu poświadczające, że jej prywatne kaczki są grzeczne – odparł ktoś z tyłu, podczas gdy Runicja już spakowała swoją balkonową babcię z powrotem i opuściła lokal. Zel, widząc że większość już ochłonęła po zajściu, powtórzył swoje pytanie, które oczywiście dotyczyło lokalizacji domniemanego kaczego centrum dowodzenia.
– Ulica Ofiar Pontonu 16. Od strony muru.
– Gdzie to jest konkretnie? – wtrącił się Magik. Zel podszedł do okna i, wyliczając palcem, wskazał:
– Ta wieżyczka jest przy Ofiar Pontonu. Według nowej numeracji to powinien być piąty dom od końca.
– Hmm... – twarz czarodzieja przybrała wyraz, jakby próbował mnożyć w pamięci liczby pięciocyfrowe, następnie otworzył okno na oścież, wziął głęboki wdech i, wołając lecę tam!, przeskoczył parapet.

Kancelaria mieściła się na zaszczytnym drugim piętrze. Mieszkańcom śródmiejskich kamienic może się to wydawać wcale niedużo, a upadek z tej wysokości niczym aż tak groźnym. Wejście do zamku stało jednak na podwyższeniu, antresola technicznie podwajała wysokość parteru, a przy chodniku były okienka piwniczne, tak więc okno, z którego wyskoczył Magik, było w piątym rzędzie od ziemi. Dodajmy do tego typowy dla monumentów rozstaw kondygnacji, a okaże się, że wypadnięcie z takiego ot, drugiego piętra, jest rozwiązaniem nieefektywnym, jeśli w dalszą podróż mamy się udać pieszo. Przynajmniej tak się wydawało zebranym, jednak wychyliwszy się nikt nie zobaczył żadnego śladu mniej lub bardziej udanego lądowania.
– Mi się wydaje, czy on w ten sposób się teleportuje? – zapytał Zel.
– Może wyskoczył dla lepszego efektu... – zaczął Bart widząc, że w oczach Zela zapłonęła żądza posiadania zdolności do przemieszczania się w taki właśnie sposób.
– Chrzanienie. Przecież został tam portal, widzicie? Zaraz zniknie! Muszę tam iść i zrobić z nimi porządek! Nałożę na nich banicję i nasze problemy się skończą! – entuzjastycznie ogłosił Zel, po czym chwiejnie stanął na parapecie, a po odzyskaniu równowagi wydał dziwny okrzyk i wzorowo wyskoczył z pozycji „na Małysza”. Po raz drugi wszyscy zaczęli się ściskać przy oknie. Ponieważ słońce już zaszło, na nic się zdało wytężanie wzroku, toteż wszyscy – nie mając już za grosz szacunku do zamkowej etykiety – rzucili się pędem schodami na dół, a potem do miejsca lądowania.

Chodnik był zupełnie czysty. Nie powinien taki być, biorąc pod uwagę, że właśnie dwóch mężczyzn uderzyło w niego z prędkością letalną, która w przypadku kamiennego deptaka jest nieduża. W akcie bezradności bohaterowie zaczęli krążyć i rozglądać się, jakby szukali odłamków potłuczonych naczyń. Niestety – albo na szczęście – żadnych fragmentów Zela w pobliżu nie odnaleziono. Tylko Zenon stanął bezpośrednio pod oknem i podniósł jakiś przedmiot. Zdecydowano się powrócić do kancelarii, aby o tych najświeższych wydarzeniach porozmawiać przy większej ilości światła i ciepła.

W kancelarii wydarzyło się coś, na co Zel by nigdy nie dał przyzwolenia – jedzono, mówiono bez czekania na swoją kolej, mówiono z pełnymi ustami oraz, co najgorsze, dyskutowano o Zelu podczas jego nieobecności. I to w jego kancelarii! Z zasadami tymi oczywiście nikt się nie musiał zgadzać i ich sens nieraz poddawano pod dyskusję. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że głos, który się nagle odezwał z drugiej strony kancelarii, należał do Magika, który stanąwszy pośród nich, przemówił. Był wyraźnie zadowolony i do przekazania miał raczej dobre wieści, jednak kierowane nań spojrzenia sugerowały, że jego najświeższe informacje wcale nie były tymi, na które czekano.
– Witam z powrotem. Udało mi się tam pobyć przez kilka... Czy coś się stało?
– Nie było tam z tobą Zela?
– Zela... – Magik bezskutecznie próbował go wyszukać wzrokiem i, zauważywszy brak Pierwszego Sekretarza, pobladł. Jego oczy, mimo że ciągle ukryte za nieprzejrzystymi okularami, powiększyły się w sposób widoczny dla każdego.
– O kurwa – wymamrotał.

– Zapomniałem was przestrzec. Czy ja dobrze rozumiem, że on wyskoczył za mną przez okno? – zapytał Magik, a odpowiedziało mu kilka skinień. „Ile czasu po mnie”, dopytał, na co Serscull powtórzył cały poprzedzający wyskok dialog Zela z Bartem, starając się odwzorować tempo wypowiedzi, inscenizację kończąc klaśnięciem. Ekspercki natomiast policzył czas.
– Jakieś 12 sekund.
– Co ja narobiłem – złapał się za głowę Magik.
– Czy on żyje? – padło kluczowe pytanie z ust Zenona.
– Raczej tak. Samo lądowanie zazwyczaj nie sprawia problemu. Natomiast gdzie wylądował, to osobna kwestia.
– Ale to jest gdzieś niedaleko... Prawda?
– Po dwunastu sekundach? O nie, moi drodzy. I jeszcze pewnie wyskoczył w tej swojej nieopływowej pelerynie? W takim razie on już jest dalej niż za zamkiem. Po dwunastu sekundach i uderzeniu z niedostateczną prędkością pewnie się dostał do jakiegoś innego świata, w którym dzieciom do śniadania zamiast kakao daje się kwas siarkowy, deszcz pada do góry, a papieża się wybiera w powszechnych wyborach na pięcioletnie kadencje!
– Wiem o multiwersum – mruknął Zenon, który zaczynał pojmować sytuację – i chyba możemy go odzyskać.
– Ale to nie są tanie rzeczy – wygłosiła Uszczelka.
– Spójrzcie – ciągnął dalej Ksenonowicz, pokazując znaleziony przedmiot. W jego dłoni była przypinka-emblemat, przedstawiająca zieloną literę „Z” w okręgu. Ta sama, którą Zel miał przypiętą do marynarki. – Dzięki temu będzie można go namierzyć i sprowadzić z powrotem. Trochę to potrwa, ale szanse są spore.
– Ile? – zapytano.
– Kilkanaście dni... Święta Madoko! – Zenon zawołał i dopadł zelowego biurka. Leżał tam przygotowany dokument o nadaniu flagi dla robota. Wciąż niepodpisany.
– Co to oznacza – zapytał Ekspercki – że nie będzie flagi?
– To, że każdą podjętą przez niego akcję, będzie kontrolowała policja. Podczas takiego wysypu wandalizmów nie możemy doprowadzić do jej unieruchomienia.
– Przypominam, że tylko Zel ma władzę wykonawczą – wtrącił się Bart Dowicki – i najrozsądniej by było go odzyskać, zanim mu się umrze...


Dzierżący władzę wykonawczą Pierwszy Sekretarz podniósł się po nieco bolesnym lądowaniu. W końcu upadł z wysokości drugiego piętra, i to zamkowego, na szczęście na obrażenia był odporny jak feministka na argumenty. Niemniej chodnika, z którym się zderzył, nie rozpoznał. Był pokryty jakimś piaskiem i kurzem, a oświetlało go stojące wysoko słońce. Cała sceneria była żółta jak w westernie.

Przyjrzał się budynkowi, z którego spadł. Miał mnóstwo małych i gęsto rozmieszczonych okienek, jakby mieszkający w nim ludzie byli o połowę mniejsi. Jego pojawienie się oczywiście zwróciło na siebie uwagę i z tego samego budynku wypadły trzy stwory. Wyglądały jak okrągłe ludzkie głowy z doczepionymi kończynami. Zaczęły się przyglądać przybyszowi ze wzajemnością. Ich ślepia były obrysowane, jakby nosiły okulary Jedna z tych głów zaprezentowała szeroką szczękę, gryząc Zela w stopę. Pozostałe dwa zawyły w dość charakterystyczny sposób.
– Aruuur!
Zel podjął natychmiastową decyzję o ucieczce. Przedtem jednak pozbył się niepotrzebnego balastu – elegancji.
– Kurwaaa!


– ...dlatego proponuję, żebyśmy wyruszyli jeszcze dzisiejszej nocy – dokończył Dowicki.
– W zasadzie to nie daliśmy skończyć Magikowi – mruknął Serscull.
– No cześć – wypaliła Alicja.
– W środku nie ma niczego specjalnego, zauważyłem jedynie kilka półek z książkami. Niestety, nie zauważyłem nikogo, ani, na szczęście, nikt nie zauważył mnie.
– Nie będziemy atakować biblioteki – powiedział Zenon – a więc postanowione – wszyscy idziemy na wyprawę. Wszyscy, ponieważ nie jestem pewien, czyich umiejętności będziemy potrzebowali na miejscu.
– No bez przesady – zanegował Ekspercki – przecież ktoś musi zostać w stolicy.
– Nic nie rozumiesz. Musimy iść do Starej Szafki.
– Ok, nie mam pytań – odpowiedział Ekspercki w odpowiedzi na przestrach, który powstał. Stara Szafka, wbrew uroczej nazwie, nie była miejscem, do którego się chodziło na wycieczki. Była meliną okultystów, wróżbitów oraz innej maści paranormalnych kaskaderów, mieszcząca się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym.
– Może ja zostanę – zaproponował Magik – zwłaszcza, że mam pewien plan.
– Mi pasuje – odparł Zenon – ale cóż to za plan?
– Nie mogę nic powiedzieć oprócz tego, że to będzie zajebiste.

Tymczasem w Alicji odezwał się wrodzony instynkt doświadczonego bezpieka i zrobiła kilka prędkich kroków w stronę kratki wentylacyjnej. Wyrwała ją jednym, sprawnym ruchem i wyciągnęła za kołnierz przesiadującego tam jegomościa, a tym boleśniejszy był jego upadek, że szyb ów znajdował się pod sufitem. Kiedy agentka trzasnęła intruzem o podłogę, wszyscy rozpoznali w nim właściciela śródmiejskiej kawiarni.
– Kawuś, no proszę – z nieadekwatną radością i uśmiechem rozbawionego dziecka powiedziała Alicja, jednocześnie nie rozluźniając żelaznego chwytu.
– Ładne rzeczy się tu wyrabia – wystękał Sir Kaweusz. – Zupełny burdel na mieście, tonka na uprawach, a wy tak sobie chcecie wyjść na parę dni, zostawiając stolicę samopas. Niech no tylko to trafi do Ratusza przy Forcie Centralnym, to wasza wycieczka tutaj się dopiero zacznie!
– Alicjo, weź go do paki – rzucił Zenon, który przynajmniej pozostał uosobieniem władzy sądowniczej.
– Mam ich tylu... codziennie... – odpowiedziała dla odmiany melancholijnie, poprawiając przy tym krępujący uścisk. Zenon w kilka sekund nabazgrał parę słów na jakiejś kartce, która głosiła wyrok skazujący za włamanie do siedziby – trzyosobowego, ale jednak – rządu oraz za przechwyt poufnych rządowych informacji z zamiarem ich opublikowania.
– Wszystko pięknie, ale ja nie mam na imię Kaweusz, tylko Marcin – powiedział zobaczywszy wyrok barista. Zenon, zachowując obojętność na twarzy, skreślił imię i poprawił na „Marcin”.
– A pisz sobie co chcesz, ale tak naprawdę to ja jestem Kwietosław – dorzucił z paskudnym uśmieszkiem.
– Może zamiast imienia napisz pesel? – zaproponował Bart. Mniej wyrafinowane, ale bardziej skuteczne rozwiązanie natomiast wymyślił Serscull.

[edytuj] Rozdział III: W tunelu

Północ, kancelaria.

Zenon i Bart zajęci byli studiowaniem planu zamku – posiadał on kilka wyjść awaryjnych, z czego tylko jedno łączyło się z kanalizacją. Oznaczało to względny komfort w przypadku tych pozostałych. Że też przyszło im uciekać z własnego domu w czasach pokoju...


– Mam cię! – powiedział Ekspercki, odnalazłszy własnoręcznie wykonany komunikator. Było co prawda w zapasie kilka sprawnych urządzeń, ale mająca wyruszyć ekipa zyskała na liczebności. Wiedząc, że zostało mu jeszcze trochę czasu, postanowił przeprowadzić pewien eksperyment.


– Nasza dwójka, trzech z kuchni, sierżant, Ekspercki, rycerz i Alicja. Dziewięć osób.
– A regentka?
– Nie damy rady przejść obok jej domu, będąc niezauważonym. Na pewno nie drąc się u niej pod płotem, żeby się obudziła i ewentualnie z nami poszła.
– Ależ nie musimy, przyjdzie sama. Im mniej zaproszona, tym szybciej.
– No to dziesięć – zgodził się Zenon.
– Jedenaście – przypomniał sobie jeszcze o kimś Bart.
– O kim mówisz?
– A włamywacz to się nie przyda?


Całe szczęście, że robot mógł się poruszać bezgłośnie. Ukryte pod jego powłokami narzędzia zapewne by doprowadziły do wzrostu decybeli, ale to akurat nie miało znaczenia. Ekspercki, stanąwszy na krawędzi pola uprawnego, odezwał się w kierunku robota.
– Rozpocząć eksterminację – na dźwięk tych słów maszyna mruknęła i przystąpiła do akcji, leniwie unosząc długie ręce.


Sir Kaweusz otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Czyżby miał kaca? Nie był w stanie przypomnieć sobie, czy i w jakiej imprezie brał udział. Ostatnie wspomnienie dotyczyło dwóch uderzeń, które po kilku godzinach wciąż dawały o sobie znać okropnym bólem głowy i pleców. Wytężył umysł i jeszcze raz spróbował przywołać wspomnienia tego, co się pomiędzy tymi dwoma uderzeniami stało, chociaż nie był pewien nawet swojego imienia. Próbę tę przerwał mu ogłuszający i rozdzierający od wewnątrz wrzask.

Nieświadomym sprawcą tej tortury był Bart. Nie miał w zwyczaju mówić głośniej niż na tyle, żeby być wyraźnie zrozumianym, jednak Kaweuszowi cierpienie by sprawił zbyt głośno stojący but. Nic dziwnego – w momencie, w którym Zenon poprawiał wyrok po raz kolejny, Serscull przywalił mu w głowę pożyczoną patelnią. Pierwszym zaś uderzeniem był wzorowo wykonany przez Alicję spinebuster.
– Gdybyś nie pamiętał, to przypomnę – jesteś w więzieniu. Normalnie nikogo by to już nie obchodziło, ale mamy pewną propozycję.


Kuchnia wypełniłaby się ludźmi, gdyby nie to, że było z niej widać pół miasta, a zapalone światło i poruszenie w tym konkretnym pomieszczeniu, o godzinie zbyt późnej na jedzenie kolacji, mogło przyciągnąć zbędną uwagę, toteż poruszano się po ciemku, pomagając sobie jedynie łagodnym światłem sączącym się z korytarza. Oczywistym skutkiem było kilka bolesnych uderzeń palcami stóp o kanciaste nogi mebli i tyle samo z trudem stłumionych przekleństw – wtedy poruszanie się po kuchni pozostawiono najlepiej obeznanym z jej topografią. Szprot więc kompletował spersonalizowane prowianty, a Tsuruna i Serscull doglądali swoich wysokoenergetycznych specjałów. „Ależ ona pięknie wygląda przy tym skąpym świetle”, pomyślał stojący w drzwiach Hrodebert o uwijającej się przy blacie Tsurunie. Ta, odwzajemniając pełne zachwytu myśli, sięgnęła po swój notatnik i spakowała do leżącego obok materiałowego woreczka. Następnie sięgnęła po swoje okazałe noże z zamiarem schowania ich w to samo miejsce, ale po chwili zastanowienia włożyła je za pas. Serscull do podobnej sakwy wrzucił porcję świeżo upieczonych ciastek z karmelem i czekoladą.


– Nie! Nie! Nie pójdę tam! – zaczął krzyczeć Kaweusz. Ból głowy może nie ustąpił całkowicie, ale został przesłonięty przerażeniem.
– Rozumiem, że wolisz sobie posiedzieć tutaj, aż twoja kawiarenka upadnie.
– Nie, nie chcę... – zaczął się plątać więzień. Oto, jak się skończyły jego podróże – wyruszył z odległego kraju w odległym świecie. Dumnie obnosząc się ze swoim obywatelstwem zdobywał odznaczenia w różnych, krajach, a w jednym nawet tytuł honorowy. Wreszcie przekroczył bramę multiwersum i osiadł w Zjednoczonych Haszach, żeby teraz trafić do więzienia. Mógł z niego wyjść, pod warunkiem odbycia kary jeszcze straszniejszej, niż przeżycie rozpadu kawiarenki, będącej dla niego ostoją spokoju po latach podróży, jak niegdyś latarnia dla jego rodaka z ojczyźnianego świata. Wymagali udania się do tego straszliwego miejsca.
– Stara Szafka albo do starości tutaj. Za godzinę wychodzimy, do tego czasu masz szansę się namyślić.
– Nie...


Zel w końcu się opędził od dziwnych kreatur, które wreszcie przyjęły do wiadomości, że różnica wzrostu jest w tej konfrontacji zbyt znaczna. Kiedy poziom adrenaliny oraz puls opadły, a stworki się oddaliły, Pierwszy Sekretarz pomyślał o jakimś schronieniu. Nie był pewien, czy w ogóle zapadają tutaj noce, ale jego zegar biologiczny kazał mu się przespać. Rozejrzawszy się zobaczył drzewo. Optymizmem napełnił go fakt, że wreszcie zobaczył jakiś znajomy kształt, toteż z entuzjazmem do niego podszedł. Pień był od środka wydrążony i na dodatek niezamieszkany. Wygląda sensownie, pomyślał, po czym się skulił i zapadł w sen.


Kaweusz musiał podjąć trudny wybór. Stara Szafka była obrośnięta paskudnymi legendami, natomiast jego wilgotna cela – grzybami. Mógł po prostu poczekać, aż wszyscy sobie pójdą i wtedy spróbować wyjść. Mógł też dać się wyprowadzić poza zamek i wtedy podjąć się ucieczki, ale wówczas tutaj by był spalony. Odwiedzenie Starej Szafki może nie będą aż tak straszne w kilkunastoosobowej grupie, ale między wejściem a wyjściem stamtąd może się wydarzyć dużo...


– Panie Ekspercki, co się tutaj dzieje?
– A co się ma dziać?
– W równych 10-sekundowych odstępach dostajemy alarmy o jakiejś dziwnej aktywności na tym terenie – powiedział jakiś człowiek w mundurze, który przyjechał na koniu. Ekspercki obrócił się w stronę robota, który z równie wielką obojętnością, jak i zaangażowaniem, przeszukiwał trawę i co chwila wyłapywał pojedynczych osobników tonczego gatunku, zgniatając je grubymi łapami.
– To są tylko robale. Szkodniki. Nic nie znaczące szkodniki...
– Niestety, bez flagi to każdy robak zgnieciony przez tego robota da nam o sobie znać – odpowiedział pełen zrozumienia dla bezprecedensowej sytuacji funkcjonariusz widząc, że zbliża się do niego jakiś powiększony patrol. – Niepotrzebnie się trudziliście, koledzy.
– Przecież alarm wyje bez przerwy. Tam w centrali myślą, że tu się dzieje jakieś nieszczęście.
Ekspercki natychmiast wyłączył funkcję eksterminacji. – Mogę wracać z wami?
– Jasne! Ale chcesz tak po prostu tego tu zostawić? – zapytał jeden z konnych, wskazując na zatrzymaną machinę.
– I tak nikt nie będzie w stanie go uruchomić. Wynieść tym bardziej – wytłumaczył Ekspercki. Zresztą, musiał szybko wrócić do zamku.


Mieli przyjść dopiero za godzinę, pomyślał wciąż targany wątpliwościami Kaweusz, słysząc kroki. Do jego celi weszła Tsuruna. Omijając go szerokim krokiem podeszła do ściany i zaczęła wykonywać niezrozumiałą dla niego czynność.
– Co robisz?
– Jak wiesz, wychodzimy na parę dni. Okazało się, że idę z nimi, więc muszę ci coś na szybko upichcić, żebyś przez te kilka dni nam z głodu nie umarł.
– No ale po co przyszłaś tutaj... – Kaweusz dostrzegł, że Tsuruna skrobie grzyby, które dotychczas sobie spokojnie rosły na ścianie, i wrzuca je do trzymanej pod pachą misy.
W tym momencie wybór stał się oczywisty.


Zenonowi nie było trudno się zorientować, gdzie samozwańcza Armia Nonsensopedii się zebrała. Pusty żołądek też mu w tym pomógł. Większość leżała na podłodze pod ścianą, próbując zaznać chwili snu i przytulając do siebie pakunki z prowiantem.
– Zgodził się – powiedziała Tsuruna, wynosząc z kuchni dwie ostatnie porcje, dla Zenona i Kaweusza. Ten ostatni go przyjął, mimo zielonego koloru twarzy. – Szprocie, podaj mi mój woreczek!
– Się robi – ochoczo odpowiedział błazen i po omacku znalazł tobołek.

Wreszcie – pełni obaw i nadziei, ekscytacji i senności oraz kanapek i kabanosów – wyruszyli. Wydrążony w podziemiach tunel był na tyle wszechstronny, że nawet krowa Hrodeberta nie miała problemu z przejściem.
– Jak to się stało, że kaczki nie znalazły jeszcze tych przejść? – zapytał Szprot.
– A czy widziałeś kiedyś tajemne wejście do zamku? – pytaniem odpowiedział Bart.
– No nie.
– A więc widzisz, jak dobrze są ukryte.
– Ale kaczek jest naprawdę dużo. To dla nich nie problem, żeby zaglądnąć do każdej szopy w okolicy.
– Nawet jeśli, to nie będą szukały tunelu, tylko tego, co zazwyczaj w szopie można znaleźć.
– Nie zgubimy się tutaj?
– Ach, o to niezwykle łatwo. Wystarczy zapomnieć, w którym kierunku szedłeś – odparł Bart. Jego odpowiedź należy uzupełnić o to, że tunel nie posiadał żadnych odnóg – był po prostu imponująco długi.

W końcu doszli do końca. Ujrzeli sporą klapę, mającą zawias u góry i opierającą się o ziemię pod takim kątem, że naciskając od spodu było ją można wypchnąć, czego od razu spróbowali. Po długich zmaganiach i próbach wyważenia klapy dźwigniami, uderzeniami, taranowaniem trupokrową i różnej maści bronią białą, ta się otwarła. Wyjście z tunelu stało na zboczu i było jakby wielką donicą, w której rosła trawa, kwiaty i polne zioła, więc nawet nie było go trzeba poprawiać i ponownie maskować po zamknięciu.
– Z tego tunelu – zaczął Zenon – będziemy mieli całkiem blisko do pewnej gospody, tylko nie jestem pewien, w którą to stronę teraz trzeba iść...
– Tam jest jakaś droga – powiedział Kaweusz, wszedłszy na szczyt pagórka.
– To już ogranicza ilość kierunków i zwrotów do dwóch – stwierdził oczywistość Zenon. Założył, że karczma jest raczej bliżej stolicy, niż dalej, zaś wejście do tunelu wskazywało drogę do zamku w linii prostej, podpowiadając kierunek marszu.

Założenia okazały się prawidłowe i po krótkim czasie dały się ujrzeć gospodnie światła. Gospodarz co prawda powinien być na tyle stacjonarny, żeby nie mieć zbyt wielu okazji na zapamiętanie twarzy podróżujących incognito urzędników, jednak na wszelki wypadek wszyscy weszli w kapturach. Od Zenona i Barta, którzy najbardziej nie powinni opuszczać w tym czasie stolicy, uwagę odwróciło kuchenne trio – Tsuruna z tasakami za pasem, Szprot Puchałkiewski z wyhodowanym na szybko półmetrowym wąsem oraz Serscull z trupią aparycją, wszyscy w kapturach. Takie widowisko wystarczyło, żeby skory do wiary w przesądy gospodarz sobie ubzdurał, iż jego gośćmi są trzej Dzierżowie Wilczego Budyniu, podróżujący wespół ze Świtą Grejpfrutowego Kapturka. – Cel naszej podróży jest wcale nie tak daleko – zaczął po krótkim odpoczynku przy stole Zenon. – Jeśli wyruszymy o świcie, wieczorem powinniśmy tam dojść. Wewnątrz musimy odnaleźć dwie osoby – jedna namierzy Zela, druga nas przetransportuje w obie strony.
– Ile nas te usługi będą kosztować?
– W najgorszym razie dosyć dużo. Dlatego liczę na wasze umiejętności. Każde z was może mieć wpływ decydujący na rozwój wydarzeń. Postarajcie się więc nie prowokować Szprota do zbyt pochopnego wykorzystania metamorfozy, mogącego się zmieniać w tylko jedną postać dziennie. Postarajcie się... – przerwał, ponieważ ktoś z wielkim rozmachem wszedł do gospody.
– Cześć, zwierzaczki – przywitała się Runicja jakby z przymusem, ale energicznie.
– Błagam, zabierzcie ją stąd – niemal chórem jęknęli Szprot, Kaweusz i Ekspercki.
– No co, przecież jestem grzeczna – skwitowała regentka, zwinnym ruchem dosiadając się do stołu.
– Dobra, siedź już. Wracając – postarajcie się nikogo nie zaczepiać i na zaczepki nie odpowiadać, bo tam nasza władza niestety nie sięga... I postarajcie się nie pożreć między sobą.


Spokojnego snu zaznali wszyscy z wyjątkiem Zela. Co prawda drzewo, w którym przebywał, było dobrą kryjówką, ale nie mogło go ochronić przed dźwiękiem jakichś dziwnych, metalicznych uderzeń.

Ostrożnie zaczął się rozglądać z otworu drzewa. Przebiegła mu przed nosem trójka dziwnych, patykowatych postaci. Zamierzały się zetrzeć ze zmierzającymi z naprzeciwka włochatymi, czworonogimi i niewielkimi, ale zapewne drapieżnymi kulami. Pięknie – pomyślał Zel Delet – wokół mnie rozgrywa się ustawka strachów na wróble z kulistymi niedźwiedziami.

Tak, czy inaczej – pierwotny plan, który zakładał wyspanie się, zawiódł. Pomysł przeczekania starcia wewnątrz drzewka stawał się niebezpieczny, ponieważ mogło zostać, nawet przypadkiem, powalone w tumulcie.


– Ciekawe, co tam u Zela – powiedział niemogący zasnąć Envist.
– Pewnie zdobywa poparcie lokalnej ludności w jakichś wyborach – wymamrotał leżący na stole Szprot.
– Bardzo polecam – odezwała się przez sen Alicja Uszczelka.
– Co wy wiecie o obcych światach – burknął obudzony Kaweusz. – Nie uwierzylibyście mi, gdybym wam powiedział, że w moich rodzinnych stronach ludzie z wyższym wykształceniem są woźnicami albo kucharzami w przydrożnych zajazdach.
– Zeluś ma głowę na karku, da sobie radę – powiedziała regentka Alvgjerd niezwykle przytomnym głosem, choć przybrana przez nią pozycja snu na oparciu krzesła zdawała się tej przytomności przeczyć.
– A ja dalej twierdzę, że się układa z tamtejszymi tubylcami.


Zel postanowił przyłączyć się do walki. Dołączę do patykowatych, może mnie wezmą za któregoś ze swoich, pomyślał z optymizmem. Obserwując dziwną bitwę dostrzegł ich przewagę liczebną, a przecież lepiej się przyłączać do zwycięzców.

Kiedy tylko przypadkowa para walczących zbliżyła się do drzewka, Zel znienacka wyskoczył i z wysoką skutecznością uderzył kulistego stwora w domniemany grzbiet. Wtedy przyjrzał się z bliska przedstawicielom obydwu ras – zwierzak wyglądał jak skrzyżowanie niedźwiedzia grizzly z pacmanem, ten drugi zaś wyglądał jak szlacheckie szaty naciągnięte na manekin z grubych kijów, któremu zapomniano doczepić głowę. Z tej przyczyny trudno było ocenić jego reakcję na widok homo sapiens – przez krótką chwilę jedynie stał przodem do Zela, a potem pognał walczyć dalej, co zagubiony Sekretarz również uczynił.

Okazał się wspaniałym towarzyszem boju wobec swych patykowatych wybawców, ale w chwili, w której zyskał przeświadczenie o podjęciu właściwej decyzji, po raz kolejny usłyszał ów metaliczny zgrzyt.


W Zjednoczonych Haszach nastał kolejny teoretycznie lipcowy poranek. O świcie nasi bohaterowie – czy to Dzierżowie Wilczego Budyniu, czy Świta Grejpfrutowego Kapturka – byli już gotowi do wyruszenia w drogę, niewyspanie zaś zostało zwyciężone pragnieniem szybkiego wypełnienia misji.

– Czemu on tak się wlecze za nami? – zapytał po pewnym czasie Kaweusz wskazując na Eksperckiego, który od reszty trzymał dystans gwarantujący możliwość nieuczestniczenia w rozmowach i kłótniach.
– Pewnie woli się trzymać z dala od Runci – postawił hipotezę Serscull.
– Pewnie woli się trzymać z dala od ludzi – zdiagnozował Bart – tu zawsze jest z kim poszargać nerwy.

Envist w tym czasie podbiegł do Alicji Uszczelki. Niewiele miał okazji, aby pogadać z nią sam na sam, a teraz nadarzyła się idealna okazja – uwaga reszty była skupiona na wszystkim, tylko nie na samych uczestnikach pochodu, tak więc mógł śmiało spróbować umizgów.
– Jak myślisz, czy tam naprawdę jest tak strasznie?
– O czym ty do mnie gadasz, Norbercie?
– No o tej Szafce.
– Ty byś mnie chciał przelecieć! – zawołała zszokowana Alicja tak, że nawet oddalony Ekspercki mógł to wyraźnie usłyszeć. Na sierżanckie szczęście, wszyscy byli głęboko zamyśleni – prócz Tsuruny, która tęskniła za zrobieniem użytku z pióra lub tasaka oraz Kaweusza, szukającego odpowiedzi na pytanie o jego miejsce w tej grupie szaleńców – myśli większości kierowały się nie ku porażce miłosnej sierżanta Envista, a ku stolicy. O tę musiał zadbać człowiek, którego prawie nie znali i przez którego – przynajmniej częściowo – tę podróż musieli odbyć. Co robił w tym czasie Magik?


Czarodziej przechadzał się po mieście. Miał plan, wymagający jednak improwizacji. Dlatego musiał znać miasto i układ uliczek przynajmniej na pamięć. Zwiedzając jedną z mniej uczęszczanych uliczek, zwrócił uwagę na wołanie.
– Alkohooool!

Ton, którym ktoś wołał, nie wskazywał na zamiar częstowania trunkiem. Zabrzmiało to raczej, jak wołanie kogoś po imieniu.
– Alkohol, chodźże no! – dało się słyszeć. Magik zajrzał przez płot i zobaczył wychodzące ze stodoły ubłocone glany i dresowe spodnie, do których ktoś wsadził chuderlawego mężczyznę w okularkach. Postać ta z pewnym trudem ciągnęła za gruby łańcuch, który po szarpnięciu z drugiej strony, wciągnął chudego z powrotem do środka.
– Alkohol! – odezwał się krzyk o powadze naburmuszonego dziecka, a następnie klaśnięcie i kwik. Wtedy ukazała się ogromna świnia, która, wypadając ze stodoły, urwała drewniane drzwi i zatrzymała się dopiero przy korycie.
– To tutaj mają panzerprosiaki? – powiedział do siebie Magik i przyjrzał się niezwykłemu zwierzęciu ze zdumieniem. Olbrzymie prosię miało łeb o wielkości i wytrzymałości kowadła oraz ciosy jak sztylety, zaś jego racice zdolne były do spenetrowania grubej zbroi.

W tym momencie Magik był już zupełnie pewien, że jego plan jest kompletny.


Zel nakrył się tym, co parę godzin wcześniej nazywał peleryną. Wpadł do jamy ukrytej w piaskach, ale był z tego powodu rad. Tu się mógł czuć bezpiecznie, nic nie śmierdziało, miał możliwość wreszcie wypocząć. Eks peleryna straciła swoją istotę dokładnie w tym momencie, w którym Zel uświadomił sobie pomyłkę polegającą na zbyt późnym dowiedzeniu się o źródle metalicznych trzasków. Otóż stwory, przeciw którym zdecydował się walczyć, zamiast normalnych żuchw miały żelazne pułapki na niedźwiedzie. Niezależnie od tego, w jakikolwiek sposób te kuliste bestie zostały wymyślone i stworzone, na pewno były uosobieniem odwetu zwierzyny łownej na kłusownikach, o czym dotkliwie się przekonała zelowa peleryna.


Dzięki uprzejmości pewnego wozaka, Poszukiwacze Zela dotarli do celu jeszcze przed zmierzchem. Weszli do opuszczonej wioski, na obrzeżach której był widoczny okazały, acz zabrudzony budynek szpitalny. Przed bramą Ekspercki rozdał podręczne komunikatory, dla siebie zostawiając swój własny – było to narzędzie sprawne, ale mimo wszystko prowizoryczne i wymagające znajomości jego logiki. Hrodebert w międzyczasie spokojnie przywiązał swą krowę do wbitego obok wejścia słupa, reszta natomiast zgromadziła się przy drzwiach. Wisiało na nich kilka kłódek oraz tabliczka nosząca wszelkie oznaki swojego wieku – rdza, zadrapania, wgniecenia czy rozpostarte na pajęczynach ślady bytności gołębi. Właściwie to było na niej wszystko oprócz napisu. Oczywiście od razu podjęto próbę sforsowania tych drzwi – znowu z użyciem broni białej i krowy, tym razem jednak bezskutecznie.
– Czy wy naprawdę nie potraficie obchodzić kłódek? – zapytał nieco znudzony Kaweusz. Wyjął zza pasa Eksperckiego śrubokręt, ale zamiast zaatakować którąś z kłódek, po prostu podniósł nim wiszącą tabliczkę, ukazując rewers. – I wszystko jasne – mruknął. Ujawnił się wyraźny napis wejście od drugiej strony. Śrubokręt od razu wrócił do właściciela, ten jednak – nie mając w co go wytrzeć, a było co wycierać – pozostawił go na przerośniętym trawniku obok chodnika.

Do ciemnego, pełnego kurzu, pajęczyn i nieznanego pochodzenia lub zastosowania rupieci korytarza wdarło się pomarańczowo-fioletowe światło zachodzącego słońca. Ekspercki bez chwili zastanowienia rozpalił przyniesione lampy, po czym wszyscy po kolei weszli.

Byli w Starej Szafce.

[edytuj] Rozdział 4: Szpital

Okryty złą sławą szpital dla obłąkanych od środka prezentował się lepiej, niż od zewnątrz, ale panował w nim bałagan. Podłoga usłana była śmieciami i porozrzucanymi drobiazgami, zaś koty i szczury zdawały się współżyć podług dziwnych reguł. Wszak obydwa te gatunki były niewątpliwie potrzebne różnym czarownikom, których miało tutaj być tak pełno. Nikt jednak nie kwapił się, aby powitać przybyszów.

Przedmioty, którymi zaśmiecona była podłoga, były poodrzucane w niektórych miejscach, jakby przechodzący tamtędy ludzie odgarniali je stopami. Tak wytyczoną ścieżką postanowiono pójść. Przy ostatnich drzwiach dostrzegli stojącą pionowo tablicę z napisem recepcja. Dziury w ścianie nad wejściem wskazywały jasno, że napis za czasów swej świetności nie stał na podłodze, a wisiał i w pozycji horyzontalnej, nie zaś pionowej, jak teraz.
– Cóż, wejdźmy – powiedział Zenon, popychając drzwi. Sam nie miał zaufania do tego, co ich spotka, dlatego jako pierwsza w pomieszczeniu znalazła się jego dłoń, ściskająca patelnię.

Przesadna ostrożność nie była tym razem konieczna – wewnątrz jedynie spokojnie egzystowała kolejna porcja drobiazgów rozesłanych między kolumnami i kontuar, na którym stał jakiś bardziej znaczący przedmiot, nakryty płachtą. Tę zaraz podniósł Serscull, zaczepiwszy ją o koniec rapiera, odkrywając niezwykłe popiersie. Było wykonane nie z kamienia, lecz z ruchomych części. Ponadto niektóre komponenty były przezroczyste i ukazywały wnętrze bogate w koła zębate, misterną mechanikę i... opiekacz.
– No witam! – rzucił z przekąsem dziwny wynalazek. – W soboty nieczynne!
– Może dopóki tu był szpital, ale dla okultystów weekendy jak najbardziej stanowią dni robocze – odparł Zenon. Wyglądało na to, że wie, jak należy rozmawiać z tym czymś.
– Zenuś, no kurwa! Czy już naprawdę nie można się od was uwolnić? Chociaż nie, w szpitalu dla wariatów wasza obecność akurat mnie nie dziwi.
– Kto to jest? – co niektórzy zaczęli się między sobą dopytywać, na co rzeczone popiersie rzekło:
– Zenuś, nie musisz im mówić więcej niż to, że jestem tu recepcjonistą. Chyba, że chcesz, żeby dzieciakom się zrobiło ciepło w gaciach.
– Drodzy, oto głowa z zamieszczoną wewnątrz kopią osobowości byłego władcy jednego z Haszy, Joachima Gegen Schaschlika, zwanego Ponurym Szklarzem – Zenon chciał jeszcze coś opowiedzieć o pochodzeniu tego tytułu oraz impersonacji, ale sierżant Envist uciekł za kolumnę, a po dopytaniu, czy się nie przesłyszał, wrócił zza niej i oddał mechanicznemu popiersiu pokłon.
– A wy co, na wycieczkę do mauzoleum? – zapytał coraz bardziej poirytowany Szklarz.
– Przyszliśmy tu poszukać jakichś speców od multiwersum – odrzekł, próbując odwrócić uwagę od nieco żenujących przedstawień Zenon – i jak na razie zaszliśmy tutaj. Skoro jednak mówisz, że jesteś recepcjonistą...
– No niestety się wygadałem.
– ...to może wskażesz nam kogoś, kto namierzy kolegę zagubionego gdzieś wśród światów i drugiego gościa, który nas przetransportuje.
– Żeście sobie wymyślili... Namierzanie to akurat najrzadsza usługa, szukajcie na strychu. Transport z kolei w podziemiu... ale wy potrzebujecie autobusu. To w lochach.
– No i o to chodziło. Dziękujemy.
– Wbrew pozorom tutejsi usługodawcy są wrażliwi na krzywdę, znajdźcie sobie jakiegoś kulawego pająka.

Na wychodne popiersie z duchem Szklarza zawołało:
– A kto wam zniknął, jeśli można?
– Taki jeden figurant, nikt ważny.
– Czyli co, że Zel? – była to już ostatnia wypowiedź popiersia, które wybuchło salwą niepowstrzymanego śmiechu.

– Odpoczniemy nieco? – zapytała Tsuruna.
– Nawet powinniśmy. To, że jeszcze nikogo nie znaleźliśmy, pomijając tamtego rupiecia, nie oznacza, że nikogo tu nie ma – wyjaśnił mrocznym tonem Bart. – Rozejrzyjmy się po parterze, na pewno znajdzie się jakiś kąt, w którym się będzie można zdrzemnąć...

Spojrzeli w chwili milczenia na długi korytarz. Jedynym źródłem światła było kilka lamp, które ze sobą przynieśli. Zrobili kilka kroków, torując sobie drogę przez kilkucentymetrową warstwę walających się przedmiotów codziennego użytku.
– Macie komunikatory? Może się rozdzielimy i osobno poszukamy jakiegoś miłego posłania? – zaproponował Bart. W odpowiedzi wszyscy się poustawiali w małe grupki, w których był przynajmniej jeden komunikator: Tsuruna z regentką Alvgjerd, do Alicji przyłączyli się Kaweusz i Envist, Ekspercki zgrupował się z Hrodebertem, ostatni oddział natomiast powstał z Zenona, Barta i Sersculla. Mimo ustalonego już podziału – oprócz Szprota, który musiał się pilnie udać za potrzebą – wszyscy poszli w tym samym kierunku.

Pojawił się pomysł na spanie, który przypadł do gustu Kaweuszowi i Alicji (oraz Envistowi, któremu do gustu przypadała każda możliwość pobycia w pobliżu agentki), a pomysł ten zakładał wykorzystanie ułożonych w jednym z pomieszczeń kartonów jako posłań. Pozostali woleli szukać dalej – Ekspercki i Hrodebert na szybko sklecili niewyróżniający się wśród rupieci namiot, natomiast kobiety zajęły pokój naprzeciwko tego, który zaanektowali członkowie rządu. Zanim się rozeszli do swoich pomieszczeń, przez korytarz przeszła fala dudnienia i drżenia.
– Pewnie ktoś eksperymentuje – obojętnie stwierdził Bart.
– Pst, Sierściul! – zagadnęła Runicja Sersculla – mogę cię pożyczyć na jedną noc?
– Po co?
– No... żebyś włożył. Sadzonkę do doniczki.
– Sweter do pralki – sprecyzowała Tsuruna.
– Niestety – odparł rzecznik – dzisiaj mam zamiar wyciągnąć. Konsekwencje.
– Jakie konsekwencje?
– Jabłkowe. Z piekarnika. O, tam – powiedział, wskazując na stojącą w oddali korytarza paszczę, która była ucharakteryzowanym na smoczy łeb piecem. Oczy kobiet momentalnie podwoiły swoją wielkość.
– Podłączałabym butlę z gazem do twojego piecyka... – westchnęła Runicja.
– Kładłabym pieczywo do twojego tostera! – wypowiedziała z identycznym zachwytem Tsuruna.
– Nie widzieliście Szprota? Coś zbyt długo go nie ma – odezwały się komunikatory głosem Eksperckiego.
– Miał iść do klopa i nie powiedzie mi, że zabłądził – rzuciła Runicja.
– Powiedz coś mądrzejszego – skarciła Alicja. – Mogło mu się coś stać.
– Weźcie rzeczy, zbierzemy się koło waszego namiotu – zadecydował Ksenonowicz.


– Gdzie on poszedł? – spytał donośnie Bart, mając już budowniczych namiotu w zasięgu wzroku.
– Odłączył się po drodze – stwierdził Hrodebert, wskazując okolice recepcji, już ledwo widocznej z tej odległości.
– Chodźmy go znaleźć, bo jeszcze go wrzucą do jakiejś zupy. Nie żartuję – ostrzegł Bart i jako pierwszy szybkim krokiem poszedł we wskazanym kierunku. Wreszcie Ekspercki sobie przypomniał miejsce, w którym błazen się odłączył. Rzeczywiście, na ścianie tam wisiał – o dziwo, prawidłowo przymocowany – znak wskazujący drogę pragnącym zaznać spokoju i oczyszczenia, zarówno mężczyznom, kobietom, jak i inwalidom. Oczywistym wyborem było pójście w stronę owego przybytku ulgi.
– Serwus! – powiedział ktoś niespodziewanie, łapiąc Tsurunę za ramiona, a ta krzyknęła przeszywająco. Nie był to jednak krzyk przerażenia. O nie. Dźwięk ten zapowiadał błyskawiczny półobrót i kopnięcie tajemniczej osoby w krocze, a przyjął go klaun o czarno-białym stroju, który jeszcze przed kontratakiem Tsuruny się szeroko szczerzył. Po tym ataku natomiast zwalił się na leżącą obok stertę pudełek z grami planszowymi.
– Szprot! – wrzasnął Serscull, który domyślił się tożsamości klauna. – Miej ty rozum i godność błazna!
– Puchałkiewski, miałeś nie marnować metamorfozy! – włączył się do pouczania Zenon.
– Przynajmniej już dostał adekwatną karę – wymruczał Bart widząc, jak próbujący zaczerpnąć tchu klaun, bezwiednie wierzgając, rozwala pudełko z warcabami. Mimo monochromatycznej charakteryzacji, wyglądał zbyt radośnie, jak na owe miejsce – takie zestawienie musi wzbudzać niepokój. Wtem po raz kolejny rozległo się walenie, tym razem głośniejsze. Wszystkie głowy obróciły się w kierunku korytarzyka, z wyjątkiem Runicji, która zauważyła, że domniemany Szprot pociąga za niewiadomego pochodzenia dźwignię, a Zenon, Bart i Serscull, którzy jako pierwsi podeszli w stronę wyłaniającej się z ciemności „sali tronowej”, zamiast iść dalej, zaczęli spadać. Po kilku sekundach obijania się o siebie nawzajem i ściany rury, rządowy tercet wreszcie z niej wypadł. Lądowanie było miękkie, ale nie było można uniknąć pokaleczenia się szkłem rozbitej w czasie ślizgu lampy. Bart przypomniał sobie naprędce kilka przekleństw, z których ostatnie było równocześnie zaklęciem i zawiesił w powietrzu źródło światła. Wątłego i zimnego, ale światła. Zenon, zobaczywszy pod sobą oblaną jakąś paskudną i oleistą cieczą czaszkę krzyknął, ale zaraz rozpoznał w niej Sersculla, na którego się wylał olej z lampy.
– Ja tego Szprota zapierdolę – zapowiedział Bart.
– A jeśli nie ty, to Alicja – uśmiechnął się ponuro Zenon.
– To swoją drogą.

Zenon miał rację w stu procentach, jednak zanim Alicja zadała cios, którego otrzymanie było równoznaczne z dezintegracją krocza, to swoje musiało się wydarzyć.

Spokojne spacerowanie po pozornie opuszczonym korytarzu, jak już wiecie, przybrało nieoczekiwanie charakter dość dynamiczny. Zacznijmy od tego, że Hrodebert w dziwacznym odruchu dobył miecza i zaczął ganiać wokół „swojej” Tsuruny z zamiarem bronienia jej przed niebezpieczeństwami. Alicja, w porę się obróciwszy, zauważyła lecące w jej stronę pionki, przed którymi się uchyliła – te wybuchły za nią chmurą czarnego dymu, trafiając nieświadomych jeszcze przyśpieszenia akcji Eksperckiego i Kaweusza, którzy spokojnie zmierzali do miejsca zniknięcia urzędników. W efekcie wybuchu zatoczyli się i zderzyli ze sobą, efektownie upadając. Hrodebert w obłędzie, który nim zawładnął, niezawodnie by posiekał wszystko, co by rzucono ku jego miłości. Na Szprocie jednak miecz nie zrobił żadnego wrażenia – nie dając się trzymać na dystans zawołał donośnie zapierdalaj! i kopnął rycerza z rozpędu tak, że ten wpadł na Envista i obydwaj, potknąwszy się o grubą książkę wędkarską, wylądowali w stercie wiaderek. Renegat zdążył jeszcze wepchnąć Runicję na Tsurunę tak, że znalazły się za drzwiami, które zatrzasnął. Dopiero wtedy na jego karku zacisnęła się dłoń Alicji i nastąpiła sekwencja ciosów, po których otrzymaniu mógł się oswoić z myślą o zmianie płci. Dał radę jednak rozbić ostatniego trzymanego w dłoni pionka i zniknąć wraz z rozpraszającym się dymem.

Alicja rozglądnęła się wokół. Ekspercki i Kaweusz już próbowali się podnieść, Envist natomiast – nieświadomy wiaderka na swojej głowie – uznawszy, że zapadła całkowita ciemność, wpadł w panikę, a w reakcji na dotyk Hrodeberta, który chcąc mu pomóc wstać złapał go za rękę, zaczął krzyczeć. Alicja rzuciła w niego podniesioną książką, a ta, odbijając się od kryjącego mu głowę wiaderka, strąciła je.
– No i co się tak drzesz, Envist?
– Strach mnie obleciał.
– Kupę sobie strzel, od razu ci przejdzie – powiedziała Alicja, po czym przyglądnęła się jeszcze większemu bałaganowi po raz kolejny. – Nie zdziwiło mnie to – dodała, dobywając komunikatora i zbliżając go do twarzy. – Zniknął, ale na szczęście po demaskulinizacji.


– Cham i prostak! Słoma z butów! – klęła regentka. – ukręcę mu jaja!
Tsuruna też była w złym humorze, ale nie rozumiała wybuchu aż takiej agresji. Runicja spostrzegła to i wyjaśniła:
– No zobacz, jak mnie butami ubrudził, wieśniak!
– No już, moja droga, zaraz mu oddasz. Przecież jest za tymi drzwiami – powiedziała Tsuruna, wskazując na drzwi ze zbyt wielkim spokojem jak na kogoś, kto również miał ochotę się wyładować.
– Ukręcę mu jaja u samej szyi i to zaraz – oświadczyła Runicja, otwierając z typowym dla siebie szarpnięciem drzwi. Przeszła przez nie, nie zauważając w złości, że ten korytarz okazał się być innym korytarzem.
– Zdaje się, że ten korytarz jest innym korytarzem – stwierdziła Tsuruna.
– Mnie to nie obchodzi. Muszę go znaleźć i mu natychmiast ukręcić jaja. W tej chwili – odpowiedziała regentka z głębi pomieszczenia przypominającego gabinet. Teraz dopiero do niej dotarło, że znajduje się w innej części budynku i obróciła się energicznie, wpadając na Tsurunę. – Muszę. Natychmiast – powtórzyła swoją antyfonę Runicja i zaczęła na oślep szarpać wszystkie napotkane klamki. Kiedy żadna nie ustąpiła pod naciskiem, uklęknęła w rozpaczy.
– Hej, Runcia – powiedziała opiekuńczym tonem Tsuruna – wszystko będzie dobrze! Znajdziemy go, pobijemy
– Ale ja muszę, natychmiast – załkała Alvgjerd i przyjęła pozycję embrionalną.


– Żyjemy, żyjemy – powiedział Zenon, ściskając w ręce komunikator. – Próbujemy się stąd wydostać, ale… Nie, raczej tu przez chwilę zostaniemy – dokończył obserwując Barta, który bezskutecznie atakował jedyne w pokoju drzwi wszystkimi kończynami i wszelkimi sobie znanymi kombinacjami ciosów. W pewnym momencie zdecydowanie się od nich odwrócił, ale stracił zapał zobaczywszy, że jedynym przedmiotem, którym by można rzucić w drzwi, są jego przyjaciele.
– Ech – westchnął – daj mi lepiej ciastko, Sierściuchu.
– Się robi! – powiedział Serscull, otwierając plecak.


Tsuruna na spokojnie sprawdziła wszystkie będące w pobliżu drzwi. Niestety, żadne z nich nie zmieniły zdania i pozostawały zamknięte. Wyjść było można jedynie przez okno, ale ostatnie wydarzenia nie zachęcały do skorzystania z tej opcji. Usiadła więc koło regentki, która, uspokoiwszy się już nieco, zapytała:
– Czy podoba ci się ten cały Hrodebert?
– Owszem. Jest idealny.
– No co ty nie powiesz.
– Ale czegóż chcieć więcej? Rycerz na wierzchowcu z mieczem i włócznią! On jest ideałem!
– Włócznia to faktycznie jest atut, ale że aż tak? Nie mów, może się jeszcze zakochałaś?
– Ach, nic z tych rzeczy! Po prostu kogoś takiego potrzebowałam w swojej prozie! – wyjaśniła z zadowoleniem Tsuruna.
– No to wszystko jest w najlepszym porządku.
– A, zresztą… Tobie mogę pokazać! – dokończyła entuzjastycznie pisarka. Runicja również się ożywiła i usiadła wygodnie, podczas gdy Tsuruna sięgnęła po swoją torbę i zanurkowała w niej dłonią. Entuzjazm szybko się jednak przerodził w zakłopotanie – zamiast gładkiego brulionu, jej dłoń namacała coś chropowatego i lepkiego.

Powszechnie znanym nie tylko wśród ekonomistów zjawiskiem jest to, że gdy państwo próbuje się wzbogacić przez dodruk pieniędzy, powoduje to jedynie gwałtowny wzrost cen. W efekcie, dla ratowania budżetu, rząd wypuszcza kolejną partię pieniędzy, a błędne koło zaczyna się toczyć. Historia zna takie przypadki, że pieniądze, którymi jednego dnia było można opłacić wystawny obiad, nazajutrz nie wystarczyły na bułeczkę. Taki gwałtowny wzrost cen nazywamy hiperinflacją i to zjawisko najlepiej obrazuje tempo, w którym zwiększał się dysonans poznawczy, jakiego właśnie doświadczała Tsuruna, gdy wyciągnąwszy dłoń z torby, ujrzała przyklejone do niej ciasteczko.
– Ale… Jak to… – wybełkotała, zupełnie zbita z tropu. – Gdzie jest mój zeszyt?!



Owładnięty władczym spojrzeniem Hrodeberta, sułtan poddał się rozkazowi i pozbył się swojego odzienia. Chyba zbliżamy się do kulminacji – stwierdził Serscull, czytając wyciągnięte z plecaka notatki..
– Kulminacji błędów chyba – parsknął Zenon – owładnięty władczym spojrzeniem? Powtarza się jak burdy na targowisku. Czytaj dalej.
…Rzuciwszy koszulą, nadziała się na wbity w podłogę miecz. Czyżby zapowiadało się ostre gwałcenie?
– Gwałcenie zasad języka, to na pewno – uśmiechnął się Bart, przewidując chwilę niezapowiedzianej rozrywki.
– Owszem, od dawna uważam, że używanie trybu biernego powinno się wiązać z wydaniem pozwolenia poprzedzonego zdaniem egzaminu. Wtedy rycerz zdjął spodnie i dobył miecza… Hmm. Przecież miecz był wbity w podłogę… Czy to jakiś specjalny miecz do zdejmowania zbroi?
– Przecież najpierw zdjął spodnie i zbroję, a dopiero potem dobył miecza – powiedział Zenon. – Może to jakaś rycerska bagietka? – dodał z udawaną nadzieją, że symbolika owego „miecza” wcale nie była tak oczywista, jak by się mogło wydawać.
– Afrodyzjak albo lokalna odmiana viagry w chlebie – rozwinął koncepcję Bart.
– No to uwaga – zapowiedział Serscull – dobył miecza i zdecydowanym ruchem pchnął sułtana z pędem galopującego rumaka.
– GEJOOOZAAA! – krzyknęli chórem Zenon i Bart, jakby zdanie jasno rozwiewające wątpliwości dotyczące gatunku literackiego było wyczekiwanym sygnałem.
Sułtan, czując w sobie jego miecz, miał wrażenie, jakby był nabity na najdłuższą włócznię… Czyli dosłownie mu zrobił z dupy jesień średniowiecza.
– Ej, podoba mi się to – powiedział Zenon.
Bart się wyraźnie zdziwił. – Czytałbyś?
– Nie. Sama analiza mi się podoba.
– Sułtanowi ta „analiza” też się podobała.
– W sensie analizy tekstu, no.
– Zenek? – odezwał się stłumiony głos spod spodu.
– A to co? – zaczął się rozglądać zawołany Ksenonowicz. Odpowiedziało mu pukanie spod podłogi. Natychmiast wszyscy zaczęli rozrzucać na boki leżące szmaty, odkrywając klapę. Wystarczyło przesunąć zasuwę, żeby ta się otworzyła i wysunęła spod niej głowa Szprota Puchałkiewskiego. Bardzo ubrudzona głowa Szprota Puchałkiewskiego, we własnej osobie i postaci.
– Jak się tu dostałeś? – zapytał Bart, częstując błazna groźnym spojrzeniem, tak samo jak Zenon i Serscull. Miał cały czas ochotę spełnić obietnicę sponiewierania Szprota, jednak cielesne nienaruszenie jego osoby nie współgrało z komunikatem nadanym przez Alicję.
– Zatrzasnąłem się w kiblu. Wyszedłem przez dziurę pod kafelkami i tunelem się przecisnąłem aż tutaj. Da się stąd wyjść? – Bart już miał odpowiedzieć, że jest to niemożliwe lub trudne, jednak powstrzymała go przed tym pewna urokliwa myśl.
– Tak, musisz tylko podejść do tych drzwi – zachęcił, wskazując. Szprot bez namysłu wyskoczył ze swojego kanału i stanął pod drzwiami, a Bart niespodziewanie złapał go w pasie, wziął zamach i z impetem cisnął nim o drzwi, wyważając je. Szprot natychmiast się podniósł, stając się Hulkiem Hoganem. Bart się nie dał jednak sprowokować.
– Spokojnie, Szprotuś. Bez ciebie byśmy nie otworzyli tych drzwi. No i niepotrzebnie wykorzystałeś metamorfozę.
– Zaraz będzie północ i się zresetuje – oznajmił Puchałkiewski, ochłonąwszy.
– Mamy prawdziwego Szprota – zakomunikował Zenon. – A ty co taki brudny?
– Napadł mnie jakiś brudas zamieszkujący tunele – odparł Szprot, próbując wytrzeć jedną z leżących szmat ślad na jego głowie świadczący raczej o przejściu pod nieszczelną kanalizacją, niż o starciu z domniemanym mieszkańcem podziemi.


– Czyli nie dość, że nie mogę wpierdolić Szprotowi, to jeszcze nie ma za co?
– Niestety – odparła zrezygnowana Tsuruna, nerwowo gryząc ciastka.
– Umrzyjcie wszyscy, wy śmieci w kurwy zaklęte. Zgwałćcie się, pozabijajcie i obyście, kurwa, zdechli w męczarniach – oznajmiła regentka Alvgjerd, kładąc się w ramach obrażenia się na cały świat. – Daj mi więcej ciastek, Małgorzato.


Envistowi udało się wreszcie wywrzeć wrażenie na Alicji. Skutecznie zwrócił na siebie jej uwagę w najmniej oczekiwanym momencie, mówiąc o, to chyba ta dźwignia!

Intencje oczywiście były jak najlepsze – Envist chciał po prostu zamknąć zapadnię i w tym celu odnalazł dźwignię. Nie dość jednak, że ją pociągnął, to efekt okazał się odwrotny do zamierzonego, w wyniku czego kolejnym tunelem polecieli Ekspercki i Hrodebert.


– Żyjesz? – zapytał po chwili rycerz.
– Żyję, żyję…
– Ekspercki? – dała się słyszeć cichym głosem Alicja.
– Jestem.
– Ekspercki, żyjecie?
– No jestem! Żyjemy.
– Envist, idioto! Ekspeeercki…
– ŻYJEMY – ryknął do tunelu zauważywszy, że jej głos nie wydobywa się z komunikatora, tylko z piętra wyżej drogą akustyczną. – Super, nie mamy nadajnika. Rozpadł się – ta odpowiedź wystarczyła za wszystko, jako że w pomieszczeniu panował mrok, w którym próżno było szukać drobnych elementów pośród rupieci.


– Ekspercki, żyjecie? Envist, ty idioto! Ekspeeercki… Odezwij się… – szumiał komunikator.
– Czyżby już zaczęli umierać? – spytała ze stoickim spokojem Tsuruna, zaklejając się karmelowym ciastkiem.
– Tak, jak tego technomłota nie lubiłam, tak teraz mi właśnie zaczął przywracać wiarę w ludzi – powiedziała z uśmiechem Runicja.


„Technomłot”, jak pieszczotliwie Runicja określiła Eksperckiego, podniósł się i wyciągnął przed siebie ręce. Podłoga była zawalona nieregularnych kształtów śmieciem, co utrudniało utrzymanie równowagi po ciemku. Hrodebert wyjął natomiast miecz i metodą „na ślepego” zaczął się poruszać w losowo wybranym kierunku.
– Ał! – wrzasnął Ekspercki.
– Co jest?
– Coś mnie ugryzło w nogę!
– Co? Tu są szczury? – zapytał Hrodebert, po czym zaczął na oślep uderzać mieczem w podłogę.
– Ał, imbecylu! Czy ty wyjąłeś miecz?
– No.
– Hmm… W takim razie prowadź – zdecydował Ekspercki, łapiąc rycerza za ramię.
– Niech będzie – odpowiedział Hrodebert i się odwrócił, znów uderzając technika w nogę.
– Prowadził ślepy kulawego...


Envist żałował spektakularnego zwrócenia na siebie uwagi Alicji. Bolał go bark, który ta mu wykręciła, próbując powstrzymać go przed pociągnięciem dźwigni, jednak nie był to największy ból.


Alicja nazwała go „tępotą życia”.


– Czy tutaj naprawdę nie ma żadnego sposobu, żeby zejść do podziemi inaczej, niż zjeżdżalnią? – zapytała poirytowana już czym innym.
– Może zapytajmy się Szklarza? – zaproponował Envist.
– Weź sobie cukierka – odparła agentka z lubieżnym uśmieszkiem.
– Zdaje się, że ciągle słyszę jego chichot – dodał Kaweusz.


Co sekundę dawał się słyszeć dźwięk miecza uderzającego w zabałaganioną podłogę. Puste uderzenia w pewnym momencie stały się brzdęknięciami.
– Czy to ściana? – zapytał Ekspercki.
– Nie, to na podłodze – odpowiedział Hrodebert, próbując kopnąć to coś, co leżało przed nim, nie uniknąwszy oczywiście kopnięcia Eksperckiego w goleń.
– Kurwa, zacznij uważać!.. Zaraz… czy to czujesz?
– Ale co?
– Wydaje mi się, że… Tak, to węgiel! – zawołał Ekspercki, którego dusza się ożywiła po stymulacji zapachem kopalin. – Jesteśmy w kotłowni!
– No i?
– To znaczy, że gdzieś obok jest zsyp węgla i wyjście. Poczekaj… – Ekspercki sięgnął do plecaka i wygrzebał z niego sześcienne pudełeczko, które momentalnie błysnęło niebieskim płomykiem.
– Zaraz… Nie chcesz tego wszystkiego podpalić?


Nieco lepszym przewodnikiem był Bart, który, klnąc co chwilę, zostawiał wiszące w powietrzu świetlne punkciki. Kształt idealnie prostego korytarza pozwolił im ignorować mijane co pewien czas boczne drzwi, w końcu jednak zza takich drzwi wyskoczyła wielka broda z doczepionym nań pomarszczonym człowiekiem.
– Kurwa, kto tak klnie? – zapytał poirytowany brodacz.
– Ja, a co? – odparł Bart, po którym próżno było doszukiwać się reakcji.
– Tutej się śpi między kursami! I pogasić mi te światła proszę, ale już!
– Jakimi kursami?
– Kursy międzyświatowe. Zresztą to nie dla ciebie, obesrołku – wymamrotał gbur.
– Ile to kosztuje? – wtrącił się Zenon.
– Pińset!
– Wygórowana cena jak na kogoś, kto chyba od dosyć dawna czeka na jakikolwiek kurs – powiedział Serscull, przyglądając się podłodze, która wyjątkowo była wolna od śmieci, ale i zakurzona.
Brodaty posmutniał.
– Przestało to być atrakcyjne, a ludzie wolą podróżować małymi grupkami. Ja, póki co, spłacam jeszcze autobus.
Bart wreszcie się uśmiechął.
– No to jak, kierowniku, chyba zdążyłeś się od ostatniego kursu wyspać, żeby zabrać dwunastkę za stówę?
Brodaty przez chwilę pomyślał.
– Trzysta.
– Dwieście.
– Trzysta w obie strony.
– Dwieście w obie strony i zapominam „obesrołka”.
Kierowca uznał, że w momencie, w którym oczy rozmówcy zaczynają emitować błękitną poświatę, negocjacje lepiej przerwać, a zniewagę wynagrodzić.
– Niech będzie moja strata – wyburczał.
– To wyprowadź nas jeszcze na górę. Gdzie się mamy spotkać?
– Przed zamkniętym wejściem. Wiecie, przy tej upierdzielonej tablicy.


– Wypadałoby wreszcie się wydostać z tego padołu łez.
– Owszem. Przez okno, czy waląc w drzwi? – zapytała Tsuruna, wciąż krusząc na siebie ciastkami.
– Może po nas przyjdą?
– Ta, jasne… Kurwa, ale się tymi ciastkami upaprałam!
– Było nie żreć jak chciwy karakan.
Tsuruna podniosła się i energicznie strzepnęła ubranie. Razem z okruchami coś upadło ze stukiem, wyślizgnąwszy się z wewnętrznej kieszeni jej sukni. Było to zapasowe pióro, które, uderzywszy, wylało na podłogę kleksa. Tsuruna podeszła i zauważyła ze zdziwieniem, że krople atramentu lewitują tuż nad ziemią. Mało tego, zdawały się reagować na myśli i gesty pisarki. Spróbowała wskazać na nie piórem, jak różdżką, a te stały się już zupełnie posłuszne.
– Musimy chyba nieco nasiąknąć.


Kilka kawałków węgla nieznacznie oświetliło i tak czarne od tego surowca pomieszczenie. Jednak nie było widać żadnych okien, którymi ten węgiel by miał być zsypywany.
– Może tu go tylko składują, a wsypują gdzie indziej… Ekspercki?!
Hrodebert nie mógł przewidzieć, że jego towarzysz po prostu podniesie rozżarzone węgle gołą dłonią, aby posłużyć się nimi jak pochodnią.
– Lata pracy w hucie i kuźni zrobiły swoje – oznajmił Ekspercki, wspinając się na górę paliwa. Przypatrzył się uważnie sufitowi, oświetlając go obracanymi w dłoni węglami, po czym uderzył go, otwierając właz.
– Ja tu jestem bezużyteczny – pomyślał Hrodebert.


– Będę cała w błękitnych kropkach, jak jakiś ciul!
– Runcia, to najgorszy moment, żeby marudzić! – powiedziała Tsuruna, po czym kilkukrotnie machnęła piórem przed Runicją, opryskując ją atramentem. Jej odzież natychmiast zaczęła podążać za ruchami pióra. – Teraz ty mnie.
Regentka z pewnymi oporami „uciulowiła” swoją towarzyszkę, po czym oddała jej pióro – ta wówczas strzepnęła sporą ilość atramentu na podłogę.
– Latające kropki, to jest przyszłość narodu! – zawołała Tsuruna, upodabniając się do wiedźmy.


Dzięki podpowiedziom Zenona, Alicji z Kaweuszem i Envistem udało się doprowadzić do spotkania go przy schodach.
– Macie tego autobusiarza?
– Ta. Desperat jakiś.
– Fajnie, ale wciąż nie wiemy, dokąd jedziemy.
– Szklarz mówił o strychu – rzucił Zenon, rzucając się ku schodom i wskakując po 3 stopnie.
– Mnie zacytuj! – zawołała Alicja, ruszając w tę samą stronę.

To, co wyżej od parteru, dla odmiany tętniło życiem. Było można się poczuć jak na ulicy dużego miasta, w którym kwitnie życie nocne. Pierwsze piętro miało targ, część gastronomiczną, hotelową, czy nawet giełdę magiczną – a wszystko to na jednym piętrze! Wyższe poziomy oferowały już większą specjalizację różnych dziedzin i poważne usługi.

– Czujecie przeciąg? – zapytał Szprot.
– Faktycznie, wieje – odparł Serscull.
– Nie wiem, może to przez tę dziurę w dachu – rzekł Bart, gdy okazało się, że część sufitu jest zniszczona, dzięki czemu mogły na strychu stanąć trzy teleskopy. – Szprocie, twój ruch!
Błazen na tę komendę przybrał postać kulejącego rysia i na próbę zrobił kilka kroków, aby przyzwyczaić się do nowego sposobu poruszania się.
– Może być? – zapytał.
– Może być, ale bez potrzeby się nie odzywaj po ludzku.

Na strychu, jak łatwo się domyślić, mieściła się siedziba astronomów, astrologów i wszystkich speców zasięgających porad w wyglądzie nieba. Przy okazji również, w części osłoniętej pozostałością dachu, były stoiska z detektywami intermundialnymi.
– Dobry wieczór – przywitał się Zenon.
– Ochrona, przepraszam... – dało się nagle słyszeć ze wszystkich stron.
– Bardzo państwa przepraszam – powiedział uprzejmie zagadnięty detektyw – ale mamy interwencję. Proszę chwilę zaczekać.

Na całym strychu zapanowało poruszenie – teleskopy momentalnie nakryto osłonami, a z budek zaczęli wybiegać ludzie z sieciami, trójzębami. Na końcu wybiegło kilku z procami oraz sakwami pełnymi woreczków, zapewne wybuchowych.
– Co się właściwie dzieje? – zapytał Zenon.
– Zdaje się, że ktoś sobie zapragnął polatać. To jest dozwolone jedynie w głębi wioski.
– Dlaczego?
– To miejsce powinno wyglądać na opuszczone, a każda latająca osoba, czy inna anomalia, bardzo zwraca uwagę. Wiecie – detektyw się nachylił, a w jego przyciszonym tonie pojawiło się obrzydzenie – państwowe oczy patrzą!
– Owszem – odpowiedział Zenon rad, że nikt nie rozpoznawał jego państwowych oczu. – A te teleskopy, po co je nakrywają?
– Gdyby się okazało, że to jednak są jakieś służby. Brak teleskopów nie zwraca uwagi tak, jak ich obecność.

Tymczasem ochrona skończyła już akcję przechwytywania latających intruzów.
– Dwie wiedźmy – krzyknął dowodzący.
– Ja ci dam wiedźmy, ty ciulu z krzywym prąciem!
Zwłaszcza ostatnie zdanie, wypowiedziane konkretnym głosem i artykulacją, przykuło uwagę posiadaczy „państwowych oczu”.
– Czyżby nasze dziewczyny już zdążyły się komuś narazić? – jęknął Envist.

Istotnie, pracownicy ochrony szarpali się z Tsuruną i Runicją, na które zarzucono sieci, czego oczywistą konsekwencją był potok obelg i nienadających się do zacytowania przed wieczornymi godzinami insynuacji, lejących się z ust tej drugiej.
– Święta Madoko! – zawołał Zenon, puszczając się pędem ku pojmanym. – Proszę je wypuścić!
– Czy pan zna te dwie wiedźmy? – zapytał ochroniarz, któremu chyba przyjemność sprawiało obserwowanie reakcji pojmanych na tego typu wyzwiska.
– Tylko nie wiedźmy.
– Tak, i niestety są z nami.
– Wie pan, że za latanie na tym terenie płaci się grzywnę?
– Teraz już wiem, natomiast one tego nie wiedziały.
– Ten karakan nas zatrzasnął w pokoju bez wyjścia! – krzyknęła Runicja.
– Jaki znowu karakan? – zapytał dowódca oddziału, na co Alicja odparła:
– Zaatakował nas jakiś klaun. Wypchnął nas do jakiegoś pomieszczenia i zatrzasnął drzwi. A jego matka ciągnie kozie pały!
– Jan Kulczyk, to by się zgadzało – mruknął ochroniarz wskazując, że wie, o co chodzi. – Wypuśćcie je. Ale niech mi to będzie ostatni raz, no!

Runicja, kiedy tylko zdjęto z niej sieć, zauważyła ukrytego pod postacią rysia Szprota.
– Kotek! – zawołała, rzucając się ku niemu. Ten, zanim zdążył jakkolwiek zareagować, już był w objęciach regentki.
– Czy możecie jej powiedzieć, żeby przestała?
– Kotek, kotek, kotek!
Dopiero Envist przerwał jej miłosne uniesienie.
– Ekhem… To jest Szprot.
– CO?! A weźże uciekaj! – rzuciła z obrzydzeniem Runicja, po czym wstała i wytarła ręce o ubrudzone atramentem ubranie. Serscull się natomiast zapytał Tsuruny:
– A wy co takie cętkowane się zrobiłyście?
– Dzięki temu w ogóle poleciałyśmy – powiedziała dumnie Tsuruna demonstrując, jak plamy z atramentu reagują na jej gesty, poruszając całym ubraniem.
– Program kosmiczny dla latających kropek zorganizuj.
– A żebyś wiedział, że zorganizuję!

Tymczasem spec od namierzania ludzi zagubionych w multiwersum pozwolił już skorzystać ze swoich usług.
– Co tutaj mamy?
– Broszkę – odparł Zenon, wyjmując z wewnętrznej kieszeni płaszcza przypinkę.
– Jaką ma wartość dla zaginionego?
– Element ubioru. Miał ją na sobie codziennie.
– Wybornie – odparł detektyw, puszczając się w wir pracy. Położył broszkę na srebrnej tacy, na którą skierował kilka zwierciadeł, odbijając światło gwiazd wybranych tylko sobie znanym sposobem. Pociągnął za dźwignię, uruchamiając niewielką maszynę parową, która zaczęła rytmicznie pluć w kierunku tacy dziwną, zieloną i rzadką cieczą, która natychmiast po zetknięciu z nią parowała, tworząc mgiełkę. Wyjął z leżącego na biurku woreczka niewielką, czarną, szklaną kulkę, którą ustawił na dostosowanym stojaczku. Następnie krzyknął w kierunku najbliższego teleskopu:
– Egmont! Który omnistelarny dzisiaj jest?
– Sto czterdziesty ósmy!
– Dzięki – po tym krótkim dialogu wyłączył maszynę, dmuchnął w kierunku tacy i nabazgrał równanie na woskowej tabliczce. Zastanowił się raz jeszcze i sprawdził równanie, chcąc się upewnić wyniku. – Nie jest dobrze.
– Czemu?
– Czy AA28 Beta coś wam mówi? Odpowiedziało mu jedynie przeczące kiwanie głowami.
– Sho Veir Cah, tak się ta kraina nazywa. Nic? Po raz kolejny reakcją było przeczenie wyrażone pozawerbalnie.
– Mówiąc krótko: wasz przyjaciel, od samego wejścia do tamtego świata, walczy o przeżycie wśród wojen toczących się między dziesiątkami przeróżnych kształtów i zwyczajów ras. Dzięki tym koordynatom – tutaj wręczył kartkę oraz kulkę i emblemat – wasz kierowca będzie miał szanse go odnaleźć, nim będzie za późno.


Ekspercki, przed wydostaniem się przez zsyp, wyrzucił przed siebie wcześniej rozpalone węgle, aby nie spowodować pożaru i wyszedł jako pierwszy, następnie podał rękę znacznie bardziej obciążonemu Hrodebertowi.
– Po tej stronie jeszcze nas nie było – mruknął Ekspercki, rozglądając się.
– Może po prostu zaczekajmy na nich przy wejściu.
– Przy którym?
– Tym otwartym, ale po drodze bym zabrał krowę.
– No to chodźmy.
– Czekaj, nie zostawimy tutaj tak tych węgli – mruknął rycerz, od niechcenia skopując żarzące się kamienie. Dopiero po chwili dotarło do niego, co właśnie zrobił.
– Może po prostu zamknij tę klapę i chodźmy – zaproponował beztrosko Ekspercki po chwili niezręcznej ciszy.
– Tak, to dobra myśl – zgodził się Hrodebert, po czym zamknął klapę, a następnie obydwaj uciekli truchtem.

– Skąd właściwie masz taką krowę?
– Za młodu byłem giermkiem pewnego nekromanty.
– To już wiele wyjaśnia.
– Zbyt wiele. Czasem mam problemy na granicach w landach, w których magia jest w ogóle zabroniona.

Hrodebert nie mógł się ucieszyć ze spotkania ze swoim wierzchowcem tak, jak by tego chciał – kiedy wreszcie dotarli do zamkniętego wejścia, okazało się, że ktoś postawił jego krowę na cegłach i jej ukradł nogi.
– Wilhelm! Do kroćset! I gdzie ja teraz takie nogi dostanę? Zabiję się!
– Technika tu raczej nie pomoże. Może tamci u góry.
– Ech… Złap ją za rogi, a co potem, to zobaczymy.


Tym sposobem cała jedenastka spotkała się ponownie, gotowa do wyruszenia w zaświaty.
– O, Ekspecki i Hrodebert, żyjecie jednak! – przywitał się żywo Envist.
– My tak – odparł smutno rycerz – w przeciwieństwie do Wilhelma.
– Żebyście widzieli minę, jaką zrobił ten detektyw, kiedy mu pokazaliśmy kiciusia – powiedziała zupełnie pozbawionym emocji tonem Alicja wskazując na Szprota. – Oni naprawdę są wrażliwi na krzywdę.
– Może będą też wrażliwi na krzywdę mojej krowy?
– Nie wiem, idź szukać guza gdzie indziej, bo mam ciekawsze zajęcie – wzruszyła ramionami agentka, jakby nagle wznowiłą rozmowę z zupełnie kimś innym.
– Jesteście? – krzyknął kierowca, który wyłonił się zza otwartej bramy do swojego garażu. – Chodźcie no! Uuu, panie! A kto tę krówkę tak panu obrobił?
– Sam bym chciał to wiedzieć.
– Bidne zwierzę… Zaczekajcie no – po tych słowach wozak zniknął w garażu, z którego wydobyło się przyciszone, acz niedyskretne ej, bo te krowie nogi to od moich klientów są, jak wyjedziemy, to je przyczep z powrotem. Tylko tera je schowaj, no, po czym ponownie się wychylił zza bramy. – Zostawcie tę krówkę tutaj, może co wymyślimy w międzyczasie! Kiedy wszyscy zajrzeli do garażu, ukazał im się środek lokomocji, który wynajęli. Wyglądał jak wóz do siana, ale z tuningiem oraz nowoczesnym kokpitem. Źródło zasilania pozostawało tajemnicą.
– No, to dokunt jedziem? – zapytał kierowca, na co Zenon przekazał mu koordynaty oraz szklaną kulkę, której funkcją było namierzenie Zela Deleta w Sho Veir Cah. Na widok karteczki kierowca wybałuszył oczy i głośno przełknął ślinę, zaś z jego twarzy wyczytał było można pytanie o sens tej podróży. Przeliczywszy jednak podróżników oraz przyglądnąwszy się im doszedł do wniosku, że w sumie to będą stanowić całkiem niezłą „ochrunę”.


Przed opuszczeniem Zjednoczonych Haszy jeszcze raz obejrzymy teoretycznie lipcowy poranek. Bo gdy jedenastu dzielnych (tudzież zmuszonych) śmiałków układało się wygodnie w wozie do podróży międzyświatowych, aby zaznać wreszcie chwili snu, Magik przystąpił do realizacji swojego planu.

Przed opuszczeniem pokoju gościnnego i zamku, założył całą posiadaną biżuterię, a więc sygnety, łańcuch, naszyjnik z opalowym talizmanem oraz, do tego wszystkiego, fantazyjny i zwracający uwagę kapelusz. Nie należy zapominać o okularach z okrągłymi, nieprzejrzystymi szkłami.

Tak wyglądającego Magika zauważyła grupa kaczek, która poczęła go śledzić, gdy ten skręcił w boczną uliczkę. Należy dodać, że w tej grupce były nie tylko pospolite kaczki-wandale, ale także kilka bardziej prominentnych przedstawicieli doktryny kaczyzmu. Te kilka dziobów zauważyło potencjał, jaki drzemał w przymierzu z człowiekiem w czarnych okularach.

Magik oczywiście wiedział o tej grupce. Domyślał się także panującej świadomości o jego osobie. Mijając róg jednego domu, zniknął im z oczu.

Kaczki natychmiast rozpoczęły pościg. Za pomocą kwaknięć, którymi przekazywana była treść zrozumiała jedynie dla kaczego ucha, zorganizowały obławę. Magik jednak miał zaplanowaną drogę ucieczki. Co do joty spełniały się także jego przewidywania odnośnie miejsc, w których do pościgu będą dołączały kolejne kaczki.

Pościg obudził już całe miasto, zaś poranne pianie kogutów zagłuszone zostało krzyczeniem kaczorów. Policja konna zaczęła pacyfikację pojedynczych kaczek, te jednak tym razem nie były wcale zainteresowane konfrontacją z przedstawicielami władzy. Tłum goniących Magika go kaczek stawał się coraz gęściejszy, ale pomagały mu zrzucane z okien naczynia czy gwałtownie otwierane drzwi domów, którymi mieszkańcy obezwładniali biegnące ptaki. Wreszcie czarodziej znienacka przeskoczył przez nieprzypadkowo wybrany płot, wołając:
– Alkohoool! Po tym zawołaniu rzucił za siebie worek zmielonej na pył paszy dla świń.

Otwarte z ogromną siłą drzwi od stodoły powaliły kaczą awangardę. Jak można się spodziewać, ze stodoły wypadła zrywając łańcuch pancerna świnia, która, czując zapach paszy, stała się taranem. Ponieważ jednak woreczek z tą paszą pękł, rozsypując ją na wszystkie strony, Alkohol stracił poczucie kierunku i, zamiast podążać w jednym kierunku ku smakołykowi zaczął rzucać się we wszystkie strony, tratując kaczki bezlitośnie.

To była dopiero pierwsza część planu. Magik nie spoczął na laurach i wszedł do pobliskiego domu – mieszkańcom na tyle spodobał się sposób, w jaki utarł kaczkom dzioba, że bez robienia problemów pozwolili mu wyskoczyć z okna na strychu.

Po udanym lądowaniu pojawił się w mieszkaniu przy Ofiar Pontonu 16. Jak należało się spodziewać, opuszczonym.

[edytuj] Rozdział 5: Obcy, niegościnny świat

Zel się wyczołgał ze swej dziury. Chciało mu się pić. Niestety dzień na tej ziemi ani trochę się nie chciał skończyć. Wstał więc i ruszył w dalszą drogę. Zastanawiając się nad tym, czy wybrany kierunek marszu jest właściwy, ujrzał kłęby kurzu.

Czymkolwiek to było, na pewno nie zwróciło na niego uwagi, za to wskazało szosę. Oznaczoną wbitymi co jakiś czas palami szosę. Zel zdecydował się podążać nią w kierunku oddalającym go od kulistych niedźwiedzi czy małych, gryzących głów, a możliwie zbliżającym do źródła wody.

Wtedy coś na niego kapnęło. Słońce świeciło zbyt jasno, żeby spojrzeć bezpośrednio na niebo, ale ewidentnie zaczynało kropić. Zel wysunął dłoń, złapał kilka kropel i polizał. Nie była to woda, niemniej padające krople były chłodne, przez co beztrosko stracił zainteresowanie składem chemicznym deszczu i ruszył dalej.


Mieszkanie, w którym się zjawił Magik, z jakiegoś powodu było dziwne. Trudno powiedzieć co – nie było w nim żadnych niepasujących przedmiotów ani dziwacznych stylizacji. Na stole co prawda leżał, jak udało mu się rozpoznać, oderwany protodinks od karczotki, jednak to nie ten niewielki przedmiot sprawiał, że w całym mieszkaniu coś po prostu nie pasowało.

Czarodziej przeszedł się po kilku pokojach – mieszkanie było puste, zapewne obława zaangażowała naprawdę wszystkie kaczki. Jedynie na parterze się dały słyszeć ich kroki, kwaknięcia i szmery.

Co tutaj tak nie pasuje, zastanowił się. Wystrój wnętrza był jak najbardziej normalny. Mało mebli – stół z krzesłami i regały z książkami. Książki. Mnóstwo książek. Nie aż tyle, żeby było trzeba specjalnie ustawiać regały w ciasne alejki, jak w bibliotece, ale każda ściana była obstawiona regałami. Na chmiel tu tyle książek, pomyślał, po czym postanowił się ukryć. Drzwi wejściowe się jednak otworzyły, więc z ciekawości – uwierzcie, że nie z braku przezorności – zajrzał przez schody i ujrzał kilkanaście kaczek, z czego co druga wprowadzała rannego towarzysza. Ostatnie dwie wyraźnie się odznaczały i musiały pełnić wyższe funkcje – miały szyje przewiązane purpurowymi wstęgami i śmiesznie uszyte kubraki. W tej sytuacji Magik postanowił zagrać va banque i po prostu usiadł przy stole, czekając.

Trzy kaczory – ostatni, z żółtą wstążką, najwyraźniej już wcześniej był w środku – kiedy weszły do pomieszczenia na piętrze, oczywiście wybałuszyły oczy, widząc Magika, spokojnie czekającego. Zanim jakkolwiek zareagowały, ten gestem zaprosił upierzonych do stołu, a zaproszenie przyjęli. dało się, rozdaję karty pomyślał.
– Po pierwsze to bardzo przepraszam za nieporozumienie, jakie przed chwilą nastąpiło. Źle oceniłem intencje waszych pobratymców. Zależało im, a może wam wszystkim, na mojej osobie, tymczasem ja uznałem, że chcą mnie zwyczajnie ograbić.
Kaczory, gdy ujrzały Magika siedzącego przy stole, były w stanie zawołać o pomoc, jednak już po jego pierwszym geście strach powodujący działanie zmienił się po prostu w odbierający mowę szok.
– Po drugie: chciałbym złożyć wam pewną... propozycję. Wolałbym jednak o niej porozmawiać ze wszystkimi waszymi… Dowódcami?
– To my – odparł kaczor z żółtą wstęgą.
– Widzicie… Nie jestem stąd, jestem tu od kilku dni i już wiem, że mi się nie podoba to, co zastałem – powiedział, robiąc długie pauzy i obracając jeden z sygnetów – a wy chcecie to zmienić. Mogę wam pomóc.
– Ale jak? – zapytał pierwszy z tych dwóch kaczorów z purpurowymi wstęgami. Ciekawe, czemu nie używają pagonów. Przecież można się tym przez przypadek udusić, pomyślał czarodziej.
– Idioto, przecież on jest człowiekiem, i to z zamku!
– Właśnie to miałem powiedzieć, drodzy… Kaczowie?
Odparła cisza.
– Nie, zbytnio się to z „katami” kojarzy. Musi być coś miłego, na przykład… Kaczanowie. Czy mogę tak was nazywać?
Tym razem odpowiedzią był wciąż milczący, ale jednak entuzjazm. „Kaczanowie” niezwykle przypadło im do gustu. Zadowolenie przerwane zostało nagłym powstaniem Magika, który porwał leżący na stole protodinks i stanął na oknie. Kaczory poznały podstęp i rzuciły się do okna, przez które Magik już wyskoczył, jednak zdążyły się uczepić jego butów i płaszcza. Oby było dość wysoko, zacząć się modlić do swoich ateistycznych ideałów, przyjmując jednocześnie pozycję głową w dół.

Świat na chwilę zawirował. Magik, od razu po odzyskaniu równowagi, dźgnął pierwszego kaczora w oko trzymanym protodinksem, drugiemu zaś wepchnął go w gardło. Ostatni – ten najwyższy rangą – wyjął mikroskopijnej wielkości sztylet i przystawił go do piersi czarodzieja. Ten zamarł w bezruchu, ale uśmiechnął się widząc, jak następuje zwrot akcji. Padł na nich cień, a kaczor niepewnie się odwrócił, żeby spojrzeć śmierci w oczy.

Stał przed nim słoń. Dopiero teraz zauważył, że zamiast w mieście, znajdują się na skraju dżungli, a koło jego dzioba kręci się koniec trąby najprawdziwszego w świecie serogłowego słonia. Czarodziej momentalnie chwycił kaczy łeb oraz słoniową trąbę i przystawił jedno do drugiego. Nastąpiła fagocytoza.

Pozostałe kaczory pomału dochodziły do siebie, jednak były bezsilne wobec oddalenia się od zamku na aż taką odległość, toteż Magik je zostawił przy życiu.

Pojawił się inny problem: z powodu zbyt nisko umiejscowionego okna, zjawił się nie tam, gdzie trzeba. Do powrotu było konieczne okno.
– Okno, okno… A gdzie ja w dżungli znajdę okno?!


Fura intermundialna nabrała prędkości, jaka zdawała się być niewyobrażalna na drodze pełnej wybojów. Woźnica zdecydowanie pociągnął za sterczący obok kierownicy drążek i po kilku sekundach, w bardzo wolnym tempie, świat się zaczął rozmywać. Najpierw obiekty mijane z bliższej odległości zaczęły zostawiać za sobą smugi, następnie niebo zaczęło się stawać szare, a wiatr przestawał być wyczuwalny, wreszcie na moment wszystko stanęło w półmroku, żeby, jak za dmuchnięciem, już zupełnie zaginąć. Niezwykłe wizje ustąpiły miejsca bardzo konkretnemu obrazowi kamiennej pustyni, bijącej oślepiającym blaskiem dnia. Powóz spokojnie wytracił prędkość i kiedy już ledwo się toczył, woźnica odwrócił się do swoich pasażerów.
– Jak chcecie, to możecie się tera drzymnąć. Gdyby co się działo, obudzę – powiedziawszy to sięgnął po korbę za swoim siedziskiem, za pomocą której wysunął z podwozia stelaż, a następnie rozwiesił na nim zwiniętą z tyłu plandekę.
– Ale tu luksusy macie – pochwalił Bart.
– Co za luksusy, że to? To gdyby deszcz zaczął padać.
Bart rozglądnął się po otaczającej ich pustyni, obejrzał także niebo nieskalane ani złudzeniem chmury. Żeby jednak nie wyjść na zupełnego ignoranta, przemilczał już tę kwestię, zresztą w obcym świecie, i do tego z tak złą sławą, należało być nieufnym nawet wobec deszczu. Przynajmniej planowana dalsza podróż wydawała się godną zaufania – w sprawach wypoczynku. Tymczasem wóz ponownie wystartował.


Problem związany z pokonywaniem odległości najszybciej powinna pokonywać zmotoryzowana grupa, jednak to Magik jako pierwszy zobaczył swój cel. Na razie zobaczył.

Jego oczom ukazała się wioska – nie wieś, właśnie prymitywna wioska. Niestety w architekturze lepiankowej nie ma co liczyć na piętra, ale na potrzeby mieszkalne zaadaptowano również pobliskie drzewo, na którym widniał domek oraz, tak przecież niezbędne, okno. Chcąc się na nie wdrapać, czarodziej prędko ruszył ku niemu, jednak po chwili się zatrzymał.

Ktoś miał złe intencje wobec niego, a do tego posługiwał się czarami.

Magik się rozglądnął i ujrzał szamana z wściekłą, brudną i zarośniętą twarzą. Miał ludzką sylwetkę, jednak z łachmanów owiniętych wokół jego krocza, wystawała dodatkowa ręka, machająca ściskaną żabą.

Niezależnie od zamysłu szamana, z Magikiem się nic nie dzialo. Pewnie tylko udaje, pomyślał. Albo to nie we mnie chce uderzyć.

Po tej myśli obrócił się i zobaczył szarżującego w jego stronę młodego, serogłowego słonika. Z łatwością odskoczył na bok, unikając zderzenia, ale słonik zawrócił. Musiał być pod wpływem szamana. Nie mogę walczyć z obydwoma na raz, stwierdził Magik i zaczął myśleć. Słonik zaś zawrócił, ale, zamiast po raz kolejny szarżować, po prostu podszedł i wyciągnął trąbę.

Szaman przedwcześnie zaczął świętować tryumf, widząc przerażenie na twarzy będącego na celowniku trąby czarodzieja. Ta chwila jednak, podczas której zwlekał z wydaniem rozkazu fagocytacji, wystarczyła Magikowi.
– SMOLEŃSK! – wykrzyczał, po czym zapadła cisza.

Słonikowa trąba natychmiast zwiotczała, podobnie jak wystająca z krocza szamana dłoń, która upuściła zgniecioną już na marmoladę żabę. Nawet liście na pobliskich drzewach chwilowo przywiędły, a w ziemię wrył się ptak, który zapomniał, że skrzydłami jednak trzeba co jakiś czas machnąć.

Wywołaną chwilę oszołomienia, które zapanowało w zasięgu jego krzyku, wykorzystał na wspięcie się do upatrzonego domku. Wewnątrz zastał parę ludzi, którzy przed jego nadejściem z lubością oddawali się dbaniu o lokalną demografię. Klątwa jednak sprawiła, że zamarli w zupełnym bezruchu, jakby tak lubiana czynność nagle wywołała w nich śmiertelne przerażenie.

W pogardzie mając stan demograficzny tego regionu, Magik opuścił domek na drzewie wiadomym otworem.


Oczy podróżujących stopniowo zaczynały się otwierać. Jedynie Szprot w ogóle nie spał, toteż ucieszyła go wreszcie zaistniała możliwość pogawędzenia.
– Patrzcie, pali się tam coś!
– Buty se wyczyść – mruknęła bezwiednie Alicja.
– Kto się pali? – zainteresowała się Runicja.
– Chrrrr… – odezwał się głośnym chrapnięciem Envist, złośliwie przez kolegów nazywany Cichym.
– Nie widać, co. Ale to ciekawe, przecież tu powinna być pustynia. Tu się nie ma co palić. Runicja wychyliła ostrożnie głowę za burtę. Faktycznie, cały czas podłoże stanowił żwir. Niemniej w oddali coś się paliło.
– Panie kierowco! – krzyknął Szprot, powodując jęknięcia obudzonych oraz niezupełnie zrozumiałe mamrotanie Alicji, z którego jednak czytelnie dało się wysłyszeć penisem ci przejdzie – co to się tak jara?
– Opady! Tutaj piździ naftą! A że upał jest, to co jakiś czas to wszystko musi pierdyknąć! Cholera jasna! – zaklął, przyglądając się szklanej kulce. – Ogień nam zagrodził drogę!
– Co będzie teraz?
– Obudźcie resztę i każcie im się mocno trzymać – ogłosił kierowca, stopniowo przyspieszając.


Zel miał dziwne uczucie, że gleba się staje coraz gorętsza.
– Czy ja jestem tuż nad górnymi poziomami piekła?
Jak na zawołanie, z dołu zaczęły wydobywać się małe ilości dymu.
– Czy nie mógłbym po prostu zjawić się u siebie w kuchni? – zawołał. Tym razem jednak życzenie się nie spełniło, za to zawiał mu w plecy silny wiatr. Obróciwszy się zobaczył, że deszcz, który już go minął, zaczyna się żarzyć. Po chwili chmura, z której ten deszcz padał, spektakularnie eksplodowała.
– Czyli to ropa… A spalona ropa daje wodę! – wywnioskował. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że jego ubranie jest przesiąknięte paliwem, zaś chmura – teraz już pary wodnej – jest kilka kilometrów dalej, w związku z czym nawet ewentualny deszcz tu nie pomoże. A grunt palił mu się pod stopami i to dosłownie.

Aby ograniczyć kontakt z coraz gorętszym podłożem, zaczął biec, a wtedy ujrzał w oddali błysk. Coś odbijało światło, a wyglądało na metalowe baraki. Dobra nasza, pomyślał.


Kierowca nie żartował – za pomocą odpowiednich przyrządów oszacował grubość ogniowego muru, a następnie – jedną ręką wciąż trzymając kierownicę – założył gogle i chustę, którą owinął twarz i długą brodę, zapewne chcąc ją uchronić przed spaleniem się.
– E, ty – krzyknął do siedzącego za nim Eksperckiego – pociągnij to tam!
Technik posłusznie wstał, złapał za błękitny uchwyt i mocno pociągnął, a z przodu wysunęły się dwie lufy. Kierowca wtedy zaczął rytmicznie wciskać inną dźwignię, a z luf zaczęła pryskać woda, ochlapując wóz i jego pasażerów. Wtedy dał znać Eksperckiemu, żeby ten przejął kontrolę nad spryskiwaczem, sam zaś krzyknął:
– Wstrzymać oddech!

W chwili, w której dziwaczny wóz dokonał jeszcze dziwaczniejszego manewru polegającego na wjechaniu żywcem w ścianę ognia, każdy myślał o czymś innym.
Kierowca przypomniał sobie na przykład, że już rok temu miał uzupełnić żaroodporny lakier na podwoziu. Ekspercki z całych sił pompował wodę i żałował zaniedbania siłowni w ostatnim czasie. Bart Dowicki chyba najlepiej się czuł w otoczeniu buchających płomieni, chociaż Serscullowi również z ogniem było całkiem do pozbawionej skóry twarzy. Zenon Ksenonowicz pomyślał o popłochu, w jakim by uciekały kaczki, gdyby dysponowali takim wozem, ale tryskającym ogniem, nie zaś wodą. Szprot w jednej chwili znienawidził wszystkie piosenki o ogniskach, a Hrodebert zaczął się zastanawiać, dlaczego piosenki o miłości są tak często pełne sformułowań o ogniu i że otaczająca furę pożoga zupełnie z miłością się nie kojarzy. Kaweusz gwałtownie zatęsknił za ojczyzną, Envist zechciał ze wszystkich sił objąć Alicję, która rozmyślała o wyższości makaronu nad pizzą. Największym zmartwieniem Tsuruny były jej włosy, które przez jeden mały błąd mogły zostać spalone. Runicja Alvgjerd natomiast wyobraziła sobie sytuację, w której wszyscy jej wrogowie trafiają właśnie do tego autobusu i jadą właśnie tą samą trasą z dokładnie takimi atrakcjami po drodze, ale dla urozmaicenia pęka im oś w samym środku ogniska.

Wreszcie wypadli z tego piekła i zatrzymali się. Kierowca przeskoczył burtę i wyszarpał węże z wodą przyczepione do luf, następnie skierował je na boki pojazdu, podczas gdy Ekspercki wciąż pompował ciecz. Gdy ostygły emocje, kierowca z powrotem wskoczył do szoferki i przyglądnął się kulce.
– Jest niedaleko, za kilkanaście minut chyba go znajdziemy!


Zel zaczął się zbliżać do domniemanych baraków. Okazało się jednak, że to postój dla ciężarówek. Przetarł oczy ze zdumienia. Tak, wzrok go nie mylił. Przed nim rozpościerał się niewyobrażalnie ogromny parking dla wszelkiej maści samochodów ciężarowych czy nawet osiemnastokołowych pogromców szos. Dość nietypowo, jak na środek pustyni, ale cóż.

Minąwszy kilka z nich, ujrzał budkę, a obok niej studzienkę. Studzienkę! Bez namysłu pociągnął za dźwignię i pociekła z niej woda. Mokra i w miarę czysta woda!

Kiedy choć trochę zaspokoił pragnienie, na powrót obudziły się w nim przeczucia oraz instynkt samozachowawczy. Czuł na sobie czyjś wzrok.

Stał za nim przestraszony człowieczek, wpatrujący się uporczywie w Zela. Czyżby jego obecność była aż takim dziwem? Wątpliwości szybko się rozwiały, ponieważ człowieczek krzyknął zrozumiałym językiem:
– On się napił ze świętego źródła!
Zel nie mógł uwierzyć, że jest uczestnikiem tak absurdalnej sytuacji. Czyżby najzwyklejsza studzienka, stojąca w punkcie obsługi pojazdów, miała być pieprzonym, świętym źródełkiem?

Niestety tak. Widać to było chociażby po rozwścieczeniu, z jakim nagle zaczęli wyskakiwać z ciężarówek ich kierowcy. Tłum szoferów i szoferek zaczął gonić Zela, wymachując naprędce złapanymi przedmiotami – najczęściej kluczami i łomami, chociaż znalazło się i parę łopatek do odśnieżania. Pierwszy Sekretarz, nie zastanawiając się nad sensem posiadania łopatki do śniegu na pustyni, znowu zaczął biegnąć. Udałoby mu się dobiec do skraju pustyni, gdyby nie potknął się o stojący – tak po prostu, na środku pasażu – but. Powodem jego porażki w tej walce o życie stał się but.
– Kiedy wrócę, zabronię kłaść buty, gdzie popadnie! Jeśli wrócę… – pomyślał, zanim go dopadły szofercze łapy.


– Wyciągnijcie książkę ze schowka! – zawołał kierowca.
Envist, starając się nie stracić równowagi – a wóz ciągle podskakiwał na nierównościach – podszedł do skrytki i wyjął gruby tom. Książka nosiła tytuł Światopedia. Wszystko jasne.
– Sprawdź, jak tu jest z kierowcami!
Sierżant posłusznie wyszukał Sho Veir Cah i zaczął czytać.
– Baratusze… Chciwieje… Duradowie… Glicerydzi… Kierowcy! Inteligentni, posługują się zrozumiałą mową, unikać. Agresywni, obsesyjnie broniący swoich społeczności i obiektów kultu, którymi mogą być przypadkowe przedmioty.
– Obawiam się, że wasz przyjaciel zawędrował do tutejszych kierowców. Bądźcie gotowi na walkę!
Wszyscy spojrzeli po sobie porozumiewawczo, gdy już wyraźnie się zaczęły rysować kształty poparkowanych na samym brzegu obozowiska ciągników samochodowych. Chwilę później także tłumu oszalałych kierowców.
– Jest! Widzę go! – krzyknęła Runicja, stanąwszy z przodu pojazdu. Zela ciągnęło za nogi dwóch kierowców z zamiarem przywiązania go do pala, zaś jedna ciężarówka ustawiała się naprzeciwko niego tak, aby go niechybnie przejechać.
– Trzymać się! – ryknął wozak i przyspieszył, celując prosto w grupę kierowców.

Istotnie, tego shoveircandzcy kierowcy się nie spodziewali – w swoim szaleństwie w ogóle nie zauważyli pędzącego w ich stronę pseudoautobusu, który, przejeżdżając, zrobił z nich budyń. Zanim ten całkowicie wyhamował, był już niemal pusty. Serscull, Tsuruna oraz Hrodebert ruszyli razem, siekąc naokoło swoimi ostrzami. Bart wzniecał chmury piachu i żwiru, którymi ciskał w oczy tłumu. Ci zaś, którzy uniknęli oślepienia, bardzo szybko dostawali cięgi dłońmi Alicji, patelnią Zenona oraz narzędziami Eksperckiego. Ten ostatni dał swoje wybuchowe pudełka do dyspozycji Envistowi i Kaweuszowi, którzy ubezpieczali tyły. Oczywiście z największą skutecznością przez dzikie hordy przedzierała się regentka Alvgjerd, używając gołych pięści. Szprot stwierdził, że zostanie z kierowcą, i pomagał mu ciągnąć kolejne dźwignie. Całe szczęście, że tłum kierowców nie był ani zorganizowany, ani opamiętany.


Poszukiwacze Zaginionego Zela osiągnęli cel – odzyskali swojego przywódcę żywego i zdrowego. Regentka bezwzględnie rozkazała Pierwszemu Sekretarzowi usiąść na jej kolanach, a potem już do samego końca podróży zawzięcie go głaskała po włosach, ale z niespotykaną dotąd delikatnością, powtarzając tylko w kółko jakieś zdania ze słowem kotek. Pozostali milczeli – oprócz wozaka, który zaklinał się na wszystkie znane sobie siły, że nigdy nie wróci już do Sho Veir Cah, choćby miał się rozbić na klifie.

Podróż w drugą stronę trwała dużo krócej – autobus pojawił się na tej samej drodze do szpitala, z której początkowo zniknął. Szybciej niż szpital, dało się zaobserwować słup dymu.

Stara Szafka otoczona była masą ludzi przypominających uchodźców – większość z nich albo nie miała nic, albo tuliła się do pośpiesznie zebranego ekwipunku, a na osmalonych twarzach rządziły łzy.

– To ci się poszczęściło! – zawołał ktoś do kierowcy fury, gdy ten już się zatrzymał.
– Nie rozumię.
– Wybuchł pożar. Jakiś zapomniany skład węgla pod garażami się zapalił. Dym uleciał do generatorów i chomiki się podusiły. To wystarczyło, żeby na drugim piętrze coś jebło.

Zanim do wozaka dotarło, że jest posiadaczem jedynego w okolicy wozu międzyświatowego i dzięki temu szybko nadrobi swoje finansowe zaległości, Hrodebert odnalazł Wilhelma, któremu na szczęście w porę przymocowano na powrót nogi i dzięki temu opuścił budynek nie będąc nawet osmalonym. Ksenonowicz natomiast, spostrzegłszy, że kierowca tymczasowo będzie potrzebował nowej bazy, zaoferował miejsce w zamkowej stajni w zamian za transport.

I wszystko po to, aby za pomocą zelowej dłoni podpisać nadanie flagi robotowi do eksterminacji tonki ziemniaczanej. Wkrótce się dopiero okaże, jak bardzo istotną było to kwestią.

[edytuj] Rozdział 6: palenie książek

Teoretycznie lipcowy wieczór był gorący i to w każdym tego słowa znaczeniu. Robot wielofunkcyjny mógł wreszcie zdjąć z barków rządzących ciężar walki z plagą szkodników. Aby zwiększyć efektywność maszyny, Ekspercki odblokował niektóre z jego narzędzi, które z ostrożności wcześniej powyłączał.

Na ulicach panował nieład. Odkąd Magik pozbył się kaczych dowódców, wszystkie akcje pierzastych były chaotyczne i nieskoordynowane, jednak rozbój w dalszym ciągu trwał. Nastroje wśród mieszkańców również nie poprawiały się – podczas akcji z panzerprosiakiem zaginął jedyny łańcuch zdolny do utrzymania zwierzęcia w ryzach, w efekcie ogromna świnia beztrosko chodziła po ulicach stolicy, co jakiś czas konsumując pozostawione nieopatrznie na zewnątrz ziarna i owoce. Tę niedogodność mieszkańcy jednak znosili, jako że knur z lubością spuszczał łomot przypadkowo spotykanym kaczkom.

Tajemnicą jednak pozostawał sposób, w jaki kaczki odzyskiwały zdrowie po brutalnych przecież starciach. Policja co prawda zazwyczaj wychodziła bez szwanku, ale sił zaczynało ubywać, w przeciwieństwie do kaczych przestępców. Skuteczny był odstrzał, ale w granicach miasta niebezpieczny dla mieszkańców. O dziwo, kaczki chętnie gromadziły się na polach uprawnych, gdzie strzelanie ani nie narażało ludności, ani nie było obostrzone sankcjami.

Wielofunkcyjny robot eksterminujący oczywiście szybko zwrócił na siebie uwagę Kaczanów. Jednak próba zwandalizowania go nie powiodła się. Co jak co, ale kilkaset kilogramów metalu może sobie pozwolić na zignorowanie nawet najtwardszych dziobów.


Tym razem Magik do sali konferencyjnej wszedł sposobem nieodbiegającym od normy, podobnie uczynił Kaweusz i Hrodebert. Przedstawiciele władzy, służb, oraz Ekspercki już czekali. Szprot był nieobecny, gdyż musiał domyć się z zaschniętych już śladów jego ucieczki z zatrzaśniętej toalety, a Tsuruna oraz Alvgjerd z atramentowych cętków.
– Kaczki czują się bezpiecznie na polach i tam właśnie uciekają po potyczkach – zaczęła odczytywać raporty Alicja – ale koło Fortu Centralnego również występuje jakaś anomalia. Tam walki praktycznie się nie kończą.
– Co jest takiego przy tym forcie? – zapytał Magik.
– Sklepy, knajpy, domy z kurwami oraz zbrojownia.
– Z tym, że – wtrącił Envist – zarówno zbrojownia, jak i usługi świadczone we wspomnianych budynkach, nie obchodzą kaczek. Po prostu lubią tam przebywać.
– Dokładnie tak. Wypruję ci z dupy dżinsy! – oświadczyła z uśmiechem Alicja, po czym zobojętniała.
– A co się dzieje w domu przy Ofiar Pontonu? – zwrócił się do Magika sierżant, rad, że Alicja porzuciła wyrażony przed chwilą zamiar.
– Było to miejsce spotkań wyższych rangą kaczek. Wyskoczyły za mną przez okno i zostały w jakimś dziwnym świecie, odtąd już nie dzieje się tam zupełnie nic. A, jest tam dużo książek.
– Jakich książek? – zapytał zaniepokojony Bart.
– Przeróżnych, poukładanych w zupełnie przypadkowy sposób. Książka kucharska obok podręcznika do kaligrafii oraz tomu poezji monetarnej dla dzieci i tak dalej. Zwyczajne, papierowe książki. Jakby wartość stanowiły same zadrukowane strony.
– Skąd się wzięły w tym domu? Kto był jego wcześniejszym właścicielem? – dopytał sekretarz Pierwszego Sekretarza. Odpowiedział Zel:
– Sprawdzimy to w starych archiwach. Ale dziś już tylko robot Eksperckiego coś zdziała...
– SPRAWDZĘ TO TERAZ, ZARAZ. MUSZĘ – przerwał dający się słyszeć przeniesiony kanalizacją okrzyk Runicji. Jasnym było, że wyruszyła właśnie w kierunku urzędu miasta, zamkniętego już po godzinach pracy.
– Norbercie, idź jej otworzyć – polecił Zel. – Przygotujmy więc na jutro wszystko, co może się okazać niezbędne. Ekspercki, zmobilizuj całą dostępną technologię. Serscull, komunikaty dla ludu. Nie zdradzaj szczegółów, ale daj jakiś dowód naszej efektywności. Magiku, nawiąż jakąś współpracę z Alicją i róbcie, co uważacie za słuszne! Cała reszta też – dokończył Zel i opuścił salę konferencyjną, również sposobem nieodbiegającym od normy.


– Jeśli jeszcze raz zostawicie przede mną zamknięte drzwi, wyważę je – oświadczyła stojąca przed urzędem regentka.
– A skąd mielibyśmy wiedzieć, że zechcesz tu przyjść? – zapytał Envist, zsiadając z konia i dobywając pęk kluczy otwierających najważniejsze bramy i drzwi w stolicy.
– Nie mój problem – odparła Runicja, wyrywając sierżantowi klucze i na chybił trafił wbiła jeden z nich w zamek.

– Zaplanować każdy głupi potrafi – mruknęła, mknąc ciemnym korytarzem – ale ruszyć się to już nie ma komu.
– Zostanę przy wejściu, a nuż jakieś patrole się tu zjawią – zdecydował Envist widząc, że nie dorówna energicznemu krokowi regentki.
– Sama se poradzę – usłyszał oddalający się głos, po którym nastąpił trzask gwałtownie otwartych drzwi holu.


– Nie chciało mi się chodzić i was zbierać, więc zostawiam to tutaj – Zel z zaskoczeniem spojrzał na Runicję, która nagle wyrosła przed jego biurkiem, dzierżąc wiekową księgę. – Nie dziękuj – dodała, waląc nią o blat, i wyszła. Zel chciał to odłożyć na później, lecz nie był w stanie wymyślić nawet najmniejszej wymówki. Wszystko już przeczytał, wszystko podpisał, wszystkim zarządził. Otworzył więc leniwie księgę – właściwie tylko po to, żeby ta dziewczyna dała mu spokój. Choć zniknęła już z zasięgu wzroku i słuchu, pewnie w jakiś sposób usłyszy, że wstał od biurka nie dotknąwszy tomu.

Jedna strona... Druga, trzecia... Zelowi nie podobał się papier, był drapiący i niemiły w dotyku. Czwarta strona... Zajmie to dużo czasu, pomyślał.


– Książki… – to jedno słowo nie dawało Bartowi spokoju. Wydawało się być kluczem.
– Mogły należeć do poprzedniego właściciela domu – rzekł Serscull.

Wraz z Magikiem oraz Envistem szli wzdłuż murów miasta. Było można obserwować z nich pola uprawne bez narażania się, a także postrzelać do kaczek. Czynności te były średniej przydatności, ale stwarzały wystarczający pozór działania.
– Tam są! – pokazał Envist w stronę kaczej grupki, która przedzierała się przez uprawę. Nieopodal beztrosko pracował sobie znany nam kulisty robot, a którego obecność działała na ptaki jak płachta na byka. Rzuciły się na niego, ale jego reakcja nastąpiła dopiero w momencie, w którym jedna z kaczek swoim ciężarem przechyliła mu głowę na bok. Ten się po prostu uderzył gwałtownie jedną z masywnych kończyn, jakby rozgniatając komara. Konfrontacja na tym się skończyła – kaczki uciekły, a robot, wzbogacony o barwną plamę na korpusie, wznowił prace.
– Zenuś stwierdziłby pewnie, że uciekły w popłochu – stwierdził Serscull.
– Pewnie tak – mruknął Bart. – A gdzie go wywiało?
– Coś sobie wymyślił. Chciał coś przetestować.
– Mnie się nie podobają te książki, tak wracając do tematu. Zrozumiałbym, gdyby dom był pełen paszy. Sprzętu bojowego. Zapasowych piór. O co w tym chodzi?
– Dużo o tym myślałem – włączył się Magik – i doszedłem do wniosku, że chcą nimi po prostu rzucać. Wpadnę tam nad ranem.
– Pamiętaj tylko – dodał wciąż wychylający się za mur Envist – że zaczynamy o szóstej. Cisza nocna mimo wszystko obowiązuje.
– Czy nie możemy wprowadzić jakiegoś stanu wyjątkowego? – zaproponował Magik. Bart na pewno by mu wyjaśnił, dlaczego jeszcze stanu wyjątkowego nie wprowadzono lub dlaczego nie było to potrzebne, ale właśnie w tym momencie mur został uderzony ognistą kulą. Envist w porę się skulił, unikając bycia zdmuchniętym. Pozostali zaś poczuli jedynie falę ciepła.
– Stan wyjątkowy. Bardzo dobra rzecz – oznajmił Bart niezmąconym przypływem adrenaliny mruknięciem.
– Wracajmy, nawet mury nie są bezpieczne – u Sersculla instynkt samozachowawczy wziął górę.
– Skąd to… – Magik wykorzystał ostatki dziennego światła, aby jeszcze raz spojrzeć na pola i spróbować zlokalizować atakującego.

Dostrzegł jedynie robota oraz zarysy czarnej postaci na horyzoncie.


Noc powoli mijała. Zenon się nie wyspał, w przeciwieństwie do Envista i Alicji z jej tajniacką świtą, a do obławy trzeba było być gotowym już o piątej nad ranem. Zel poinformował Alicję, że poprzednim właścicielem niesławnego domu jest niejaki Micheasz Sarmata, znany z posiadania ogromnej świni, i jego to właśnie należy przesłuchać.

Zastępca Pierwszego Sekretarza postanowił więc udać się na czarny rynek. Jego istnienie było tajemnicą poliszynela, zaś władze nie przeszkadzały mu w żaden sposób, zupełnie tak samo, jak w przypadku Starej Szafki. A najczarniejsze interesy załatwia się tam najczarniejszą nocą.

– Zenek, bierzesz na siebie świnię? – zapytał sierżant.
– Mogę – odparł półprzytomnie Ksenonowicz, prezentując niepozorny oręż.
– Ja też miewam koszmary z twoim udziałem – oświadczyła Alicja, wpatrując się w zegar na wieży fortu, który lada moment miał wybić godzinę szóstą. Równocześnie z uderzeniem dzwonu, kopnęła furtkę. Dwóch tajniaków przeszukało stojącą obok lepiankę, reszta z Alicją na czele ruszyła ku stodole, Zenon zaś poczłapał ku prosiakowi. Początkowo miał zamiar zapobiegawczo go zdzielić patelnią po głowie dla wzmocnienia snu, ale z drugiej strony uderzenie mogło go właśnie obudzić.

Ekipa weszła do stodoły bezgłośnie, jednak zaraz po uchyleniu drzwi rozległo się „Alkohoool!”, a oczy świni się otworzyły. Zenon bez namysłu uniósł patelnię i zamachnął się z impetem. Naczynie odbiło się z hukiem od głowy prosiaka, ale nie wywołało zamierzonego skutku – świnia zaczęła się podnosić i widać było, że zastanawia się, czy pobiec na pomoc swojemu panu, czy może jednak rozprawić się wpierw z intruzem. Niezależnie zaś od wyboru było jasne, że skończy się to masakrą, toteż znowu niewiele myśląc, Zenon profilaktycznie oddał kilka kolejnych ciosów patelnią, a następnie zarzucił płaszcz na głowę Alkohola. Jego pomysł zasadniczo był dobry – zwierzę straciło orientację. Niestety już po chwili prosiak pognał prosto przed siebie – do stodoły. Potem było już tylko słychać brzdęk tłuczonego szkła oraz głuche uderzenie.

Zenon w czasie swojej nocnej wyprawy nie zorientował się – nie posądzajmy go o niedbałość, ta wiedza nie była mu wtedy do niczego potrzebna – że Micheasz Sarmata oficjalnie w stolicy znany jest z posiadania Alkohola, a nocą sławę przynosi mu produkcja znakomitego bimbru, na którego destylacji został właśnie przyłapany. Micheasz z żalem spojrzał na wsiąkającą w podłogę ciecz, która wyciekła ze stratowanego racicami sprzętu do ekstrakcji trunku, chociaż równocześnie z bimbrem wsiąkały wszelkie obciążające go dowody. Alkohol zaś – mowa o prosiaku – wreszcie stracił przytomność po uderzeniu łbem w ścianę, widocznie przygotowaną na taką ewentualność.


– To teraz nam opowiesz, kogo wpuszczałeś do swojego domu – powiedziała surowo Alicja.
– Ja? – zapytał dygoczący Sarmata.
– Kim jesteś?
– Ja?
– Przecież jesteś Micheasz Sarmata, to już wiemy. Kogo wpuszczałeś do swojego domu?
– N-nikogo tu nie wpuszczam…
– Chodzi o ten drugi dom.
– Że lepianka..? Tam też nikogo…
– Ja mu nogi z dupy powyrywam – ciągnęła Uszczelka, nie podnosząc głosu ani trochę. – Wiesz, o który dom mi chodzi.
– Mam tylko... tę stodołę...
– Strasznie się trzęsie, może mu zimno? – odezwał się Envist.
– Penisem. Od razu mu przejdzie – odpowiedziała Alicja nie odrywając wzroku od przesłuchiwanego. Jeden z tajniaków momentalnie stanął na baczność, jakby gotowy do wykonania zapowiedzianej czynności śledczej. Micheasz przeraził się nie na żarty.
– Nie mam nic oprócz stodoły i lepianki, przysięgam! Mój ojciec zbudował tę lepiankę, a potem kupił resztę terenu, ja zbudowałem…
– A dom przy Ofiar Pontonu 16?
– To przecież tu… znaczy… to kiedyś tu było…
– Zmieniono uprawnienia pomyślnie – powiedziała Alicja powstrzymując tajniaka, który (a zarazem któremu) w dalszym ciągu stał na baczność. – Pryncypał nawalił. Ten człowiek jest niewinny.


– Jak to nie ten numer? – wrzasnął Zel.
– Księga powstała w czasach, w których obowiązywała stara numeracja. Dawne Ofiar Pontonu 16 to właśnie aktualne miejsce zamieszkania Sarmaty – odparła Alicja.
– To w takim razie jaki był kiedyś numer pod obecnym 16?
– Trudno powiedzieć. Trzeba znaleźć kogoś, kto to pamięta.
– No tak… a w księdze oczywiście nie ma zaznaczonego punktu, w którym ta zamiana nastąpiła… Tego, kto wymyślił tę nową numerację, należy wysłać na miesiąc prac społecznych w domu publicznym.
– Przecież to ty zarządziłeś.
– Ja? Hmm, rzeczywiście.
– Seks jest zdrowy.


Policja konna osiągnęła więcej. Prawie wszyscy mieszkańcy okolic feralnego domu zostali przesłuchani w charakterze świadków i konsensus, który udało się osiągnąć, był następujący: właścicielem był brat bliźniak miejscowego lekarza. Jak się okazało, umarł on przed rokiem, ale jego śmierci nie zauważono – lekarz ów, ponieważ był jedyną w mieście spokrewnioną osobą, przejął dom, a sąsiedzi dalej myśleli, że do środka wchodzi jego pierwotny właściciel. Miesiąc przed nastaniem kaczej inwazji lekarz ten wyjechał w nieznanym kierunku i dotąd nie wrócił, ale przed wyjazdem sprzedał lub wynajął dom komuś wyglądającego na czarnoskórego kupca. Persona ta była widziana raptem kilka razy – na ulicy, koło nabytej nieruchomości, czy też poza murami miejskimi. Działalność nabywcy była raczej domysłem, aczkolwiek posiadacz złotego łańcucha, który tak po prostu kupuje domek i nie anonsuje się jako dyplomata, jak najbardziej może być kupcem.


Pola opustoszały i zostali na nich tylko rolnicy, którzy jednocześnie wychwalali robota za pozbycie się plagi tonki, a równocześnie przeklinali go za zdeptanie dużej części zbiorów niebyt zwinnymi nogami. Niemniej straty powodowane tonką już się nie będą powiększały.

Ptactwo natomiast całą swoją populację przeniosło do miasta, toteż policja i służby musiały mieć oczy dookoła głowy. Kaczki przypominały radioaktywny metal, którego zbyt duże skupisko mogło wywołać wybuch – chodziły sobie samotnie i nie zaczepiały nikogo, ale w im większą grupkę się zebrały, tym więcej kurażu oraz agresji wykazywały, a że zagęszczenie kaczki na metr kwadratowy wzrosło, to do bójek dochodziło ciągle. Apogeum zostało osiągnięte na rynku koło Fortu Centralnego, gdzie zanotowano rekordową wartość przyrostu kaczki.

–Ruchy! Nie stać! – strofował Envist swoich podwładnych, którzy z poczuciem coraz większej beznadziei włączali się w kolejne potyczki. Opuścili więc długie dzidy i popędzili na rumakach w lawinę pierza, która zaczęła reagować jak jeden organizm. Kaczki wykazały niezauważoną dotąd umiejętność koordynowania swoich szeregów i zwyczajnie rozstąpiły się przed szarżą policji konnej, aby zamknąć ją w środku i pochłonąć.

Ratunek, a raczej odciągnięcie uwagi, wywołał robot wielofunkcyjny, który po wybiciu tonki ziemniaczanej postanowił wrócić do miasta i, ignorując zamieszanie, skierował się ku gospodzie „Stary Szpunt”, jakby chciał za pomocą kufla uczcić ukończenie pracy. Wielka kacza ameba rozdzieliła się na dwoje, by obezwładnić i niego, a walka została wznowiona. Wciąż utrzymywała się miażdżąca przewaga kaczek, tym razem jednomyślnych i niezwyciężonych. W chwili, w której warstwa białego puchu przykryła stróżów prawa oraz robota i stłumiła wszelkie dźwięki, wydawało się, że już nic nie ocali uwięzionych wewnątrz mundurowców, a jednak z ciszy wyłonił się dziwny, zbliżający się terkot.

Na prostej ulicy prowadzącej do Fortu zawidniał powóz międzyświatowy. Prowadził go znany nam już kierowca, zaś przy dźwigniach uwijał się Zenon Ksenonowicz. Pojazd był uzbrojony dokładnie tak samo, jak podczas opadów naftowych, a przez głośny stukot kół odbijających się od kocich łbów, przedarł się okrzyk Ksenonowicza zapowiadający ucieczkę kaczek w popłochu. W niewielkiej odległości od masy pierza, pojazd odbił się od wyboju i poszybował.


Myliłby się ten, kto by pomyślał, że pojazd po prostu uderzy w tłum, robiąc użytek z zasad dynamiki sformułowanych przez Newtona. Z wysuniętych dysz zamiast wody, zaczęła tryskać zakupiona nocą benzyna, wsiąkając w pióra Kaczanów. Wśród tych zapanowała chwila konsternacji, która wystarczyła oddziałowi policji konnej na wymknięcie się. Chwilę później nastąpił zapłon.

– Po co odpaliłeś? – wrzasnął Ksenonowicz do wozaka.
– Ja nic nie odpalałem! Weź pan lepiej powyrzucaj mi stąd te kurwisyny! – odkrzyknął brodaty, wskazując na płonące kaczki, które, pędząc na oślep we wspomnianym popłochu, wpadały do pojazdu, samemu zaś próbując manewrować pojazdem między oszalałymi ptakami oraz straganami.
– Kto je podpalił przed czasem?

Plac opustoszał, ale dopiero po chwili. Kaczkom ich własny holokaust zdawał się nie szkodzić i jego jedynym skutkiem było krótkotrwałe wywołanie paniki. Najbardziej zaaferowane były nie policją ani wozem mającym zrobić z nich gigantycznego grilla, ale niezwracającym na nie uwagi robotem, beztrosko wandalizującym napotkane szyldy.
– Dlaczego twój robot niszczy szyldy zamiast kaczek? – zapytał Bart stojącego obok Eksperckiego. – Przecież miał ignorować napisy.
– On wciąż szuka liter „T”’.
– Miał je tylko wciskać i ignorować.
– Tak, ale zezwoliłem mu na używanie innych narzędzi – odparł technik obserwując działania robota, polegające na jednoczesnym piłowaniu i przypalaniu drewnianej tablicy.
– Może go już wyłącz – zaproponował sekretarz, wychylając przyniesiony kufel piwa, zaś Ekspercki, nie zważając na dogasające dopiero stragany, śmiało pomaszerował w stronę maszyny. Ta jednak gwałtownie się odwróciła i wycelowała jednym z ramion w stronę sierżanta policji konnej, Norberta Envista, wyrzucając kulę ognia.

Funkcjonariusza ocaliła czyjaś mocarna dłoń, która złapała go za mundur i wciągnęła za róg, gdy płonący pocisk przeleciał obok, rozbijając się o kamienny mur. Była to dłoń Runicji Alvgjerd. Envist chciał podziękować, jednak zanim otworzył usta, regentka przystawiła mu do piersi sztylet, celując w serce. Z ust sierżanta dało się odczytać nieme ratunku, po którym do akcji wkroczyła inna ręka, tym razem należąca do Sersculla.
– Puszczaj, ty dziadzie sromotny! On ma na sobie litery!
– Puść ją, Sers.

Jedno zdanie na pozór niepoczytalnej regentki wystarczyło Bartowi do rozwiązania wszystkich zagadek. Podchodząc do sierżanta rozbił swój kufel i, złapawszy go, wyciął odłamkiem szkła z jego munduru naszywkę z nazwiskiem, kończącym się przecież na literę „T”. Następnie ścisnął ją w dłoni, a po chwili wysypał się z niej jedynie popiół. – Spójrzcie na te szyldy – powiedział, wskazując. Ze znanego nam już „Starego Szpuntu” dało się na przykład odczytać S RY SZPUN i podobny los spotkał resztę tablic w zasięgu wzroku, na których litery „T” zostały wypalone, wydrapane lub jeszcze w inny sposób zatarte. – Potyczka trwała, dopóki ostatni szyld nie został poprawiony. Kaczki czerpią energię z obecności tej literki. Dlatego grasowały po polach, dopóki nie wybiliśmy tonki, a potem się zbierały tutaj.


– Wiem, że zabrzmi to absurdalnie, ale z powodów, które nakreśliłem, należy zakryć wszelkie tablice oraz odciąć kaczkom dostęp do tekstów – powiedział stojący na trybunie Serscull.
– A co, jeśli komuś kaczki się zalęgną w domu? – odezwał się jakiś głos z tłumu mieszkańców.
– Pozbyć się napisów i książek. Tylko nie wyrzucajcie ich na ulicę, bo to jedynie pogorszy sprawę.
– Mamy je palić? – pojawiły się kolejne, oburzone głosy.
– Oczywiście, że nie palić, tylko… hmm… chować – wybrnął Serscull, obserwując unoszący się za plecami zebranych słup dymu, świadczący o zaplanowanym podpaleniu zapasów literatury przechowywanej w feralnym domu przy ulicy Ofiar Pontonu. – Przypominam również o zakazie palenia śmieci wewnątrz murów miejskich – dokończył, wskazując na dym odwracając od siebie uwagę, i czmychnął z mównicy do zamku.

Do zamku, w którym panowało poruszenie z powodu ujęcia przez policję domniemanego czarnoskórego właściciela niesławnego domu. To znaczy: człowiek ten ewidentnie był czarnoskóry i ewidentnie czuł się jak u siebie na Ofiar Pontonu 16. Wszyscy się natomiast zebrali, chcąc ustalić związek tego człowieka z ostatnimi wydarzeniami. Na sali brakowało jedynie regentki Alvgjerd, która obraziła się z powodu nieotrzymania przeprosin od Sersculla w trybie wystarczająco pilnym. Pojawiła się za to straż, wprowadzając postawnego murzyna, mającego na sobie kilka niepasujących do siebie zestawów łańcuchów – złote, które stanowiły jego codzienną ozdobę, kontrastowały z szarymi i miejscami również rdzewiejącymi kajdanami. Na ten widok większość zgromadzonych okazała nie lada zdziwienie. Pierwszy odezwał się Magik, który rozpoznał w nim człowieka stojącego na polach podczas wystrzału pierwszej kuli ognia w stronę Envista. Nie to jednak było powodem zadziwienia mieszkańców zamku – oto stanął przed nimi sam Mr. T.


– Czego tu szukałeś? – zapytał Zenon, wypowiadając słowa powoli, lecz pewnie.
– Nie szukałem. Znalazłem.
– Co więc takiego znalazłeś?
– Idealną ojczyznę dla moich białych braci. Odpowiedź ta była rozbrajająca.
– Mówisz o tej pladze kaczek?
– To nie plaga. To mój lud – odpowiedział spokojnie T. Wiedział, że przedstawiciel władzy użył tego słowa nie pogardliwie, lecz z przyzwyczajenia.
– I sprowadziłeś je tutaj, bo miały pod dostatkiem życiodajnych liter „T”? – Zenon wciąż przemawiał niezwykle wolno. Przesłuchiwanym był jeden z Wielkich Przedwiecznych i fakt skrępowania go łańcuchami wcale nie dawał mu poczucia bezpieczeństwa, toteż całą uwagę zajmowało mu analizowanie każdego drgnięcia muskularnego ciała.
– Pod moją nieobecność faktycznie żywią się Literą Światła. Teraz mi jednak wystarczy stanąć w oknie, a staną się niepokonane – wyjawił T. wiedząc, że żadna z wyjawionych informacji nie będzie dla jego rozmówców ani przydatna, ani odkrywcza.
– Grozisz nam, że jeśli nie spełnimy twoich warunków, to wywołasz kaczmageddon? – zapytał Zel Delet.
– Nie grożę. Wiem, że ich nie spełnicie.
– Wyprowadzić go do celi.
– Smacznego – zakpił pod nosem Kaweusz.

– Czy da się go zabić? – zapytał Ekspercki.
– Nie wiadomo – odparł Zel – ale nawet jeśli się da, to nie wiemy, co nastąpi potem.
– Trzeba też unicestwić ciało, bo sama jego obecność stanowi problem. Niezależnie od tego, czy żywe, czy martwe – włączył się Bart, po czym zaczął się zastanawiać, patrząc na Magika. – A może wywalisz go do jakiegoś głupiego świata?
– Mogę to zrobić. Problem w tym, że może wrócić i to w złym humorze.
– Zostaw go więc tam, skąd nie wróci.
– Da się zrobić. Dajcie mi się tylko stosownie przygotować, bo być może sam będę miał potem problem z powrotem.


Magik szeroko otworzył okno w pomieszczeniu na najwyższym piętrze zamku. Dało się z niego bezpiecznie wypaść na dziedziniec, wewnątrz którego zminimalizowany był wpływ wiatru na miejsce upadku. Stojący za nim Mr. T. spokojnie odczekał, aż czarodziej wyszepcze inkantację. Odprowadzających go na to miejsce dziwiła postawa Murzyna – sprawiał wrażenie, że cała ta akcja jedynie opóźni moment jego zwycięstwa. Istotnie, wiedział on, dokąd chce go zabrać Magik i jak stamtąd wrócić, toteż nie stawiał oporu, kiedy po wyskoczeniu tego pierwszego wprowadzono go na parapet i strącono.


Runicja w dalszym ciągu trzymała się na uboczu. Nie dość, że Serscull, ten minister propagandy od siedmiu boleści, potraktował ją jak wariatkę i przeprosił dopiero w zaciszu zamku, to jeszcze nie udało jej się doprać ubrań. Porażki te postanowiła znosić samotnie w zamkowej kuchni. Stwierdziwszy jednak, że nie będzie niczego jeść, wypchnęła okiennicę i otworzyła luft na oścież, a następnie usiadła przy stole. Z zamyślenia wyrwał ją trzask i nagła ciemność – coś z impetem uderzyło w okiennicę. Otworzyła ją ponownie, ale nie mogła dojść do tego, co ją zamknęło. Dzień był bezwietrzny, a z sąsiadujących okien nie dałoby się rzucić niczym dość masywnym, żeby ją zamknąć – zresztą po co by ktokolwiek miał to robić?


Magik, znany także jako Paweł z Kielczy, rozejrzał się. Stał pod domkiem na jakimś pustkowiu we właściwym świecie. Pocieszające było to, że mógł od razu wrócić do Zjednoczonych Haszy. Zastanawiające było to, że nikt wraz z nim nie przybył.


Zebrani na najwyższym piętrze zamku natomiast wiedzieli, że Mr. T. po drodze zahaczył o okiennicę, którą ktoś znienacka otworzył, przez co stracony wytracił część prędkości. Kiedy Magik powrócił – po minucie dającej pewność, że za pomocą tego samego portalu nikt już do niego nie dołączy – i zdał relację, wniosek nasunął się sam: Wielki Przedwieczny, na tej samej zasadzie, co Zel, utknął w nieznanym świecie.


Mr. T. podniósł się. Pojawił się w miejscu znacznie innym od tego, którego się spodziewał. Był późny wieczór i otaczało go mnóstwo ludzi. Na dodatek upadając omal nie zgniótł jakiegoś karła.
– O matko, to murzyn! – krzyknął ktoś z tłumu.
– Spokojnie, proszę pani – przemówił spokojnie karzeł – nikt nam nie będzie mówił, że białe jest białe, a czarne jest czarne! Mr. T. poczuł do karła sympatię – przypominał mu jednego z jego kaczych pobratymców.
– Nie zechciałby mi pan pomóc? Mi oraz moim braciom? Odwdzięczę się – zaproponował.
– Agent albo wariat – odparł karzeł, nabierając nagle ogromnego uprzedzenia do nieznajomego. – Wiem, że chcesz się wkupić w moje łaski, ale nie wycieraj sobie swej kakaowej mordy jakimiś braćmi! Chciałeś mnie zniszczyć, zamordować, kakaowcu! Teraz dopiero Mr. T. zauważył, że karzeł trzyma mikrofon. Przed utratą przytomności wywołanej szeregiem pchnięć i uderzeń tępymi narzędziami wspomaganymi okrzykami „Jezus Maria” oraz „bić asfalta!” zauważył jeszcze brak swojego najcenniejszego łańcucha oraz intensywną woń damskich perfum.


– Popatrz, co mamy. Zel rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu mając nadzieję, że uda mu się zakończyć intensywny okres wypaleniem od dawna skrywanego na dnie szuflady zielonego, gdy przyszli do niego Bart, Zenon i Serscull.
– Nie przywitacie się nawet, a wpadacie tak bez ostrzeżenia po godzinach… Może chociaż coś przynieśliście? Rzecznik wyjął zza pleców złoty łańcuch.
– Leżał w miejscu upadku.
– Myślałem, że to coś poważnego. Zresztą: nie do mnie z tym, tylko do skarbca. Macie tam nieograniczony wstęp.
– Ale chcieliśmy ci coś pokazać – powiedział Serscull, wkładając na siebie złote ogniwa.
– Zmieni go w murzyna? – spytał Zel, patrząc na Ksenonowicza.
– Coś znacznie lepszego – odrzekł, rzucając Deletowi na biurko talię kart. – Podnieś którąś. Zel niedbale sięgnął po jedną i kiedy tylko ujrzał rewers, Serscull błyskawicznie powiedział:
– Król pik. Pierwszy Sekretarz zauważył, że Serscull stoi obrócony do niego tyłem. Sięgnął więc po dwie karty, ale jeszcze zanim je podniósł, usłyszał:
– Chcesz wziąć dwie karty i żebyśmy sobie poszli, bo pragniesz w spokoju wypalić skręta.
– Czy nie mogliście od razu wprost mi powiedzieć, że to służy do czytania w myślach – wybuchł Zel – zamiast wpychać się w moje spędzanie wolnego czasu i te całe podchody z kartami?
– Nie tylko do czytania w myślach, ale w ogóle do telepatii. Pierwszy Sekretarz zauważył, że jego rzecznik równocześnie do niego mówił i dłubał w zębach, a jedno niewątpliwie wykluczało drugie. Odezwał się Bart:
– Przyszliśmy we trójkę, bo tylu jest potrzebnych do kworum, a chcieliśmy cię przegłosować, że tego łańcucha trzeba się pozbyć.
– Jak to: pozbyć? Nie zgadzam się! To wspaniałe narzędzie, to atrybut prawdziwej władzy!
– Owszem, władzy, ale nie siły. Jeśli ktokolwiek się dowie, że posiadamy ten artefakt, lub przyłapie nas na jego używaniu, to zrobi wszystko, żeby go zdobyć. Nie da się z niego zrobić użytku bez ściągania na siebie tarapatów.
– No ale pan T. robił z niego użytek i to z powodzeniem.
– Mr. T. to co innego, bo on był herosem. Widocznie wiedział, że nasza „egzekucja” nic złego mu nie zrobi, a czytając w myślach Magika już z góry wiedział, dokąd tamten go zabierze i jak stamtąd wrócić. W sumie tego łańcucha pozbawiliśmy go czystym przypadkiem i to w tym momencie siły ciemności się nad nami ulitowały.
– Ech… Skoro i tak mnie przegłosowaliście, to róbcie, co tam chcecie. Zresztą, macie trochę racji.

– Poszło gładko – stwierdził Zenon.
– Chciał się nas pozbyć, więc był skory do ugody – odparł Serscull. – W sumie to był dobry pomysł, żeby poczekać u niego pod drzwiami na stosowny moment.
– Naprawdę chciał spalić blanta? U siebie w biurze?
– Naprawdę. Znaczy, to coś, co miał w biurku i nazywał blantem.
– Jeśli go miał z jakiejś konfiskaty, to prawdziwy. Jeśli natomiast się sam pofatygował na bazarek, to najprawdopodobniej dali mu jakiegoś ususzonego chwasta.
– Serscullu – włączył się Bart, jak zwykle przypominając o sprawach istotnych – wymyśl sam, co dalej z tym łańcuchem. Wrzuć go gdzieś i nie mów nawet nam, dokąd.

[edytuj] Epilog

Reszta teoretycznie lipcowych dni w Zjednoczonych Haszach Nonsensopedii upłynęła spokojnie. Zaistniałe straty w zbiorach dały się przynajmniej częściowo zrekompensować dużą ilością mięsa z kaczek, które po nagłym zniknięciu swojego mistrza stały się apatyczne i było je można łapać bez żadnego wysiłku.

Największym obciążeniem była potrzeba renowacji lub nawet odbudowy części lokali wokół rynku przy Forcie Centralnym. Jedną ze spalonych budowli wykupiła regentka Alvgjerd i, wspólnie z Tsuruną, otworzyła tam klub dla waginosceptyków o nazwie Run & Run.

Stolicę wkrótce opuścił Hrodebert, kiedy spostrzegł, że nie nadając się do wspomnianego klubu, nie nadaje się również dla Tsuruny.

W przeciwieństwie do depresyjnego nastroju, w jakim znalazł się nieszczęśliwie zakochany rycerz, w znakomitym samopoczuciu odnalazł się Pierwszy Sekretarz, którego przez kilka dni cieszyło i bawiło wszystko. Niemal wszyscy za źródło tej radości uważali pomyślne zakończenie ostatnich wydarzeń, aczkolwiek byli tacy, co owego źródła doszukiwali się w składzie skrywanego w biurku skręta.

Do najbardziej zadowolonych należał Micheasz Sarmata. Z samego rana przyszedł do niego jakiś podający się za wysłannika władzy dziwak i przyprowadził mu jego Alkohola, prowadząc go na nowiutkim łańcuchu, który – jak tłumaczył – miał być rekompensatą za poranne najście skutkujące zniszczeniem drogiego sprzętu. Mało tego, od tego czasu prosię wydawało się zdecydowanie lepiej reagować na jego polecenia. Zupełnie jakby czytając mu w myślach.


Nasze strony
Przyjaciele