Nonźródła:Kroniki Ostatniej Śmierci

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj

[edytuj] Wprowadzenie

Ot, miasto w Polsce – prawdopodobnie takie z pierwszej dwudziestki. Próżno w nim jednak szukać rynku; zapewne uznano go za nikomu niepotrzebny anachronizm.
Mimo to staromodne kamienice zdołały się pojawić i tutaj, a wcale niewymuszone odległości pomiędzy nimi uformowały klasyczną sieć niepomijalnych ulic i alei.

Podobnie jak w innych miastach, każda z tego typu kamienic jest wypełniona drobnymi sklepami i zakładami usługowymi. To właśnie wokół nich toczy się życie większości mieszkańców, którzy w celu podtrzymywania lokalnych więzi marzą wręcz o otwarciu tam własnego biznesu[1].

Naszym bohaterom udało się zrobić karierę właśnie tutaj. Za dnia cierpliwie opiekują się swoimi zakładami, poszukując oryginalnych towarów i starając się być rozpoznawalnymi przez klientów. Wieczorem zaś wszyscy – nierzadko bez porzucania akcesoriów – udają się z pracy w jedno miejsce, które zwie się…


Ostatnią Śmiercią.


Jest to kawiarnia przechodząca w pub, lecz i połączona z czytelnią[2]; fakt, że większość pozycji stanowią biuletyny firmowe nie ma tu większego znaczenia.
Wielu jednak przychodzi tu nie tylko po to, by się zabawić, ale i by samemu spróbować swoich sił w robocie. Zaczyna się od odkurzania i podlewania roślin doniczkowych, a potem… Samo to jakoś idzie…
Mimo wszystko radzimy nie wpisywać doświadczenia z tego miejsca do CV, zwłaszcza jeśli twoim zadaniem było pokazywanie, gdzie powinny znajdować się drzwi.

Wbrew swej nazwie, lokal jest nie bardziej mroczny niźli rzeczywistość.

[edytuj] Dramatis personae

A p a c z — w tygodniu pracuje w księgarni językowej, w weekendy natomiast w sklepie z antykami i dekoracjami wnętrz

P r z y s t a w e k — pracownik baru szybkiej obsługi; kiedyś był kelnerem w restauracji

R e t k a — jej pasją jest przebieranie się za personifikacje (posiada na inną na każdy dzień roku), pracuje w tym samym sklepie z dekoracjami co Apacz, tylko w tygodniu roboczym; prawdopodobnie uciekła z jednej z reklam Plusa

N a j p r a w a (najpraw to, towarzyszu!) — złota rączka; robi dokładnie to, czego od złotej rączki można wymagać

P o g ł o s — pełni podobne funkcje, co architekci czy inspektorzy w city buildingach, ponieważ sprawdza, czy budynkom nie grozi zawalenie się bądź pożar

C y f r o d z i e j — informatykier, który za wszelką cenę stara się zerwać z wizerunkiem nerda

P a n i   T r ą b a l s k a — wykonuje kostiumy, maski i papeterię; pomaga Retce w przebierankach oraz usiłuje jeszcze bardziej przyozdabiać jej dekoracje

S u r f e r — główna osobistość sklepu muzycznego; w wolnych chwilach wykonuje ilustracje do pudełek od zapałek

H e r z l i c h, czyli z niemieckiego: przyjemniaczek — pracuje w jednym z ISP tłumacząc niedoszłym internautom, że kabel musiał wypaść z routera[3]

M a r y m o n t [4] zwany Marynatem — sondażysta brany za pospolitego akwizytora (w tym Świadka Jehowy)

K r y p t o n — konstruktor robotów, który w celu testowania swoich dzieł opłacił z góry kilka pokojów gościnnych

W s k a z ó w k a — pracownik myjni, którego zaangażowanie sprawia, że on sam przypomina Kamila Durczoka

G ł o ś n i c a — pracuje w muzycznym Surfera, najpierw jednak wraca z urlopu; otrzymała w spadku funkcję szamanki

J a n   z   B a r d z ó w [5] — emerytowany pirat morski[6] i drogowy; był także portierem w Domu, Który Czyni Szalonym, a niektórzy widzą w nim Kmicica

D e l t a, czyli wyróżnik trójmianu kwadratowego — bibliofil pracujący w księgowości przypominający Rzeckiego z Lalki

G o n i e c — pracuje w sklepie szachowym, figurki z wyeksploatowanych plansz demonstracyjnych podrzuca Retce i Apaczowi; w poniedziałki sprzedaje odzież sportową na bazarze

A l e a e (ale-e, przez niemal wszystkich wymawiane a lej![7]) — amator bukmacherki, który jeśli nie obstawia piłki nożnej, preferuje zakłady dotyczące tematów, na które można łatwo wpływać; prawdopodobnie jest zmiennokształtny, jednak jego druga forma jest nieznana

D y l i ż — posiadacz dorożki, którą wozi turystów po mieście; ze względu na kuce, które muszą żyć w odpowiednich warunkach jest w wieczystym konflikcie między centrum a przedmieściami

L i t e r o w n a — Ukrainka mówiąca z silnym akcentem; w ramach EURO 2012 chciała dowiedzieć się czegoś o współgospodarzu mistrzostw

S z y s z k a — zielarka, dostarcza kadzidełka do pokojów Kryptona; jej marzeniem jest prawdopodobnie zdobycie słownika świętych języków


[edytuj] gościnnie:


P a r o k s y z m

P o w s t a ł y

A n a t h e m a

M o t y l a   N o g a

M o n o r t s a

P u c h a t e k

D e s i c e r a s a

S u p e ł

A r y s t o k r a c i

i inni


[edytuj] stanowiska honorowe:


M a r i a n n a

K o p c i s z e k




KOŚ


S.U.M.[8]

[edytuj] Akt I: Noc czerwieni

[edytuj] Scena pierwsza

W tle, na samym środku względem osi horyzontalnej, widać wywieszoną płachtę przedstawiającą przednią ścianę kamienicy. Wśród kilku drzwi wiodących do różnych sklepów, trochę bardziej po lewej znajduje się wejście do księgarni językowej. Między prawą stroną płachty a właściwą krawędzią sceny, czyli lekko po skosie, przymocowano czarną kurtynę z wizerunkiem odwróconej kosy[9] u góry. Dodatkowo, z prawej strony sceny stoi makieta czerwonego autobusu.

Akcja rozpoczyna się cichnącym, dobiegającym z lewej strony stukotem końskich kopyt. PRZYSTAWEK z MARYMONTEM idą zamyśleni w stronę prawej krawędzi sceny, po czym zatrzymują się, aby przyjrzeć się stojącemu pojazdowi.

PRZYSTAWEK:
Czy kiedykolwiek tu był przystanek autobusowy? Nie przypominam sobie…

MARYMONT:
Ja również nie. Zresztą znając naszych włodarzy, nawet po skasowanym przystanku zostałoby charakterystyczne wcięcie w chodniku.

PRZYSTAWEK:
Trzeba coś z tym zrobić, przecież w ten sposób zasłaniają ludziom naszą kawiarnię!

MARYMONT:
Ale co? Przecież go nie odholujemy gołymi rękami.

PRZYSTAWEK:
To może chociaż przykleimy karnego kutasa?

MARYMONT (lekko zniesmaczony):
Może lepiej już chodźmy do środka…
(na stronie)
Chyba jednak jestem masochistą.

[edytuj] Scena druga

Wnętrze tytułowego pomieszczenia. Liczba krzeseł i stołów do dyspozycji scenografa; na każdym stole znajduje się wazon z karmazynowymi irysami (na szczęście włożonymi łodygami do dołu). Za dekorację służą pokryte kurzem figowce sprężyste, a także – wyjątkowo – zielone i żółte balony przepasane czerwonymi wstęgami. Dobrze widoczny kontuar oraz przestrzeń dla obsługi z przejściem na zaplecze. Na ladzie chwieje się waga, na której szalkach stoją figurki kłócących się Niani Ogg i (prawdopodobnie) Babci Weatherwax, zaś u góry urządzenia widnieje figurka leżącej bezwładnie na plecach, jak gdyby wbitej w centralny pinakiel Magrat[10]. Pod szalką Babci znajduje się karteczka z treścią nie do odczytania przez widza, dlatego tę samą wagę trzeba również odwzorować na płachcie w tle, gdzie należy przepisać adnotację z kartki:



Cquote2

Byłabym Esme // Ale mi się nie chce // Czyż jej się nie nudzi wizerunek stały? // Zdolna jest uwolnić się od swojej sławy?
Cquote2
.

PAROKSYZM, ALEAE i mniej znane osoby ucztują przybierając różne pozycje względem stołów. SURFER deklamuje wiersze przygrywając na pożyczonym instrumencie. MARIANNA, robot kuchennej łaciny trzyma na tacce drinki z kosą zamiast palemki i jak zwykle przypomina, że picie mleka czyni wielkim (innych napojów nie zna). HERZLICH ocenia stan dekoracji i modli się, żeby nikt niczego nie zepsuł, ponieważ za kontuarem jeszcze nikt się nie pojawił.
Póki co, sprawdziło się tyle, że absolutnie nikt nie patrzy przez okno.

U wejścia pojawia się DYLIŻ – jeden z kontuarowców, kadrowy.

DYLIŻ:
Święto, święto! Wiecie, że Apacz u… CO SIĘ TUTAJ DZIEJE?!

PAROKSYZM:
No właśnie święto, nie widać? Nie napijesz się? A może Surfer?

DYLIŻ:
Jestem tu służbowo. Ma być wreszcie porządek… a tak poza tym to wiecie, że Apacz udzielił wywiadu na temat naszego lokalu?

SURFER:
A nie ktoś inny udzielił jemu? (h D e F#, a może tak zacząć od D i przerzucić h na koniec?)

DYLIŻ (z rezygnacją):
Możliwe.

ALEAE:
Dlaczego nagle zrobiło się tak ciemno?

DYLIŻ (spogląda przez okno, widzi autobus zastawiający okolicę; wygląda, jakby chciał coś zaśpiewać, ale nikt z obecnych go nie słyszał; następnie krzyczy głośno do zgromadzonych):
Nie wiem! Pewnie sięgnęliście po lewy alkohol i sprowadziliście na siebie przez to kłopoty!

SURFER:
A najlepszym lekarstwem na to jest odrobina prawdziwego spirytusu!

(Nie wiadomo skąd pojawia się GONIEC z bluzą na rękach.)

GONIEC:
Stawiacie może? Mogę coś dać w zastaw…

SURFER:
Nie ma mowy, Goniek; ty i tak nic nie robisz, tylko chodzisz po skosie!

GONIEC:
Stanowczo zaprzeczam!

(DYLIŻ pojawia się i znika. Zza sceny pojawia się również noga APACZA, która po chwili cofa się.)

PAROKSYZM:
Bądź pozdrowiona, Mężna Stopo!

SURFER:
Witaj!

(Wchodzi APACZ, tym razem w całości.)

APACZ
To nieuczciwe, macie twarze bardziej czerwone ode mnie! No i jakiż teraz ze mnie Indianin?!
(wzrusza ramionami)
No dobrze, pora świętować i życzyć nam wszystkiego dobrego, zakopmy ten nieszczęsny topór i odnajdźmy wspólny język, przynajmniej dzisiaj…

SURFER:
Zaczęli bez ciebie.

(W tle słychać, jak jeden z gości odmienia swoje imię przez wszystkie przypadki.)

APACZ:
A o wywiadzie słyszeli?

SURFER:
Teoretycznie słyszeli, ale w praktyce radziłbym powtórzyć jeszcze raz.

GONIEC:
Ja usłyszałem pierwszy! Dlaczego ja nie mogłem wystąpić?!

APACZ:
Bo gońce nigdy nie otwierają rozdań?

(Wchodzi WSKAZÓWKA.)

WSKAZÓWKA:
Witajcie wszyscy!

(Wszyscy wstają i równym krokiem zamieniają się miejscami zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. GONIEC wyciąga „zza pazuchy” czapkę i udaje, że próbuje ją sprzedać, a SURFER znika, rozczarowany brakiem miejsca.)

WSKAZÓWKA:
Arystokraci przyjdą?

(Kolejni goście życzą wszystkiego najlepszego, więc WSKAZÓWKA wzrusza ramionami i pozwala sprawom biec własnym tempem. Przychodzi NAJPRAWA, od którego wyjątkowo nikt niczego nie chce, więc ten, aby zwrócić na siebie uwagę, stawia dwa kieliszki na jednym ze stołów, po czym idzie szukać rzeczy do najprawiania dopóki nie staną się same.)

APACZ:
Dobrze jest. Ale pewnie jeszcze ktoś jeszcze przyjdzie.

PAROKSYZM:
Może to Ślod, a może Głośni-ica? Może  p o w s t a n i e  ktoś? Kto odwiedzi nas dzisiaj?

(Tym razem DYLIŻ przyprowadza jednego ze swoich kucy oraz kolejnego gościa, który posiada niemal identyczne rysy twarzy co PRZYSTAWEK. Ów gość prawdopodobnie coś właśnie przeżuwa, jednakże widocznie stara się zachować kulturę, ponieważ pozostaje niemy[11].)

JEDEN Z GOŚCI:
Nie no Dylu, co tym razem ty odwalasz?! Rozumiem, że przyprowadziłeś znajomego i naprawdę nie ma sprawy, ale żeby przyprowadzić konia?! Przecież on nam wszystko tu rozniesie!

INNY Z GOŚCI:
Albo zostanie kadrowym, jak za starych dobrych czasów.

DYLIŻ:
Wiecie, sam nie wiem, który odezwie się pierwszy…

GONIEC:
JA!

(Wchodzi PRZYSTAWEK, i tak już dostatecznie zdumiony, a za nim MARYMONT.)

APACZ:
Chyba się znacie?

PRZYSTAWEK: (ironicznie)
NIE.
(po chwili)
A Apaczowi gratuluję wywiadu!

APACZ:
No oczywiście. Mamy lokal o nazwie, której nie powstydziłby się Edgar Allan Poe, ludzie przychodzą tu (i stąd) z tak różnymi zamiarami, że wolę nie wiedzieć, ile to w sobie dusili a ty spodziewałeś się, że nas tak po prostu zjadą?

PRZYSTAWEK:
Wiesz, mniemam, że ta rozmowa była normalna tylko dlatego, że nie podajemy tu codziennie alkoholu.

PAROKSYZM:
Tylko przez 365 dni w roku!
(czuje na sobie gniewne spojrzenia)
No co? Przecież nadal rok przestępny mamy.

PRZYSTAWEK:
Przypomniało mi się, dlaczego wywalono mnie z poprzedniej pracy…

GONIEC:
I dlaczego jesteś…

APACZ:
Cii.

PRZYSTAWEK:
Jak zapewne wiecie, kiedyś byłem kelnerem w restauracji szanującej się na tyle, by pozycje w menu dzielić w klasyczny sposób…
…pewnego razu przyniosłem do stolika odpowiednie zamówienie, po czym usłyszałem, że „zabrakło przystawek”.

PAROKSYZM:
I dlatego cię zwolniono?

PRZYSTAWEK:
Nie. Zwolniono mnie, bo spytałem tychże klientów: „To ja już Państwu nie wystarczam?”

(Słychać serdeczne śmiechy.)

MARYMONT:
Witajcie. (zwyczajem ankietera wita i pyta o nastrój każdego z osobna, zatrzymuje się przy Dyliżu)

MARIANNA:
Ojczyzna w niebezpieczeństwie!

MARYMONT:
Cicho, służebnico, to tylko ja.
(rozgląda się)
Ładnie tutaj się zrobiło… Naprawdę. Ale ile razy mam powtarzać, że mam uczulenie na końską sierść?! (kaszle)

DYLIŻ:
To nie kucyk, to mój kolega. Nie czujesz tego tytoniu?

[edytuj] Scena trzecia

Mija trochę czasu. Uroczystość trwa dalej, czego skutki pozostawiamy do przewidzenia scenografowi. Część osób z poprzedniej sceny znajduje się na razie poza lokalem.

Niedaleko kontuaru należy ustawić słup ogłoszeniowy z kartką. Niezmiernie ważne jest, żeby ta kartka tam wisiała jeszcze przed ukazaniem słupa widowni. Gdy słup jest już widoczny, DYLIŻ bierze walizkę w jedną rękę, a marker w drugą i wykonuje na wspomnianej kartce długą poziomą kreskę, po czym wychodzi, zostawiając konia i pijanego już kolegę.

MARYMONT:
Wi… widzicie?

NAJPRAWA:
No i kadrowego trafił szlag.
(przynosi napój z hasłem reklamowym 100% OWOCÓW)

PRZYSTAWEK:
Naprawdę?

NAJPRAWA:
Z tego, co widziałem to nawet bez konia ma czym odjechać.

PAROKSYZM:
Czy Przystawek przypadkiem nie pytał o skład soku?

(Goście szaleją, PAROKSYZM czci przodków, HERZLICH i MARYMONT pilnują równowagi; uspokajają dowolnego towarzysza Dyliża zagadując go wiadomościami o pracy. Wchodzi APACZ.)

APACZ:
Więc tak jak mówiłem, niech będzie okej…

MARYMONT:
A najprawiają już, znaczy się czy poprawiliśmy wywiad, którego udzielamy MY? Bo nie mogę się doczekać…

NAJPRAWA:
Przecież jeśli o to chodzi, to nic się nie stało.

RETKA (wynurzając się z tłumu):
Co się stało?

PRZYSTAWEK:
Nic, jak zwykle słyszysz tylko końcówki wyrazów.

RETKA:
O rety!
(po chwili)
Czyli nie jesteś małym stawem?

(Wchodzi SURFER.)

SURFER:
Cześć wam, Apacza też witam.

APACZ:
Więc może przejdźmy do rzeczy…

HERZLICH:
A DLACZEGO MY WŁAŚCIWIE ŚWIĘTUJEMY?… dobra, nieważne, i tak ty stawiasz.

APACZ:
Ech…

(Wchodzi GONIEC.)

MARYMONT (do GOŃCA):
Dobra, będę się streszczał. Świętujemy. Dyliż spakował walizki.

APACZ:
Chyba trochę przesadziłeś z tym streszczeniem…

PAROKSYZM:
Może ktoś wróci.

SURFER:
A dlaczego Dyliż odjechał?

MARYMONT (na melodię „Co zrobi Piechniczek?”):
Tego nie wie nikt!

SURFER:
Pójdę zająć się podsumowaniami. Zostawcie już te taborety…

RETKA:
O rety!

(Wchodzi postać z zasłoniętą twarzą.)

RETKA:
No nie, nie będę się powtarzać!

POSTAĆ Z ZASŁONIĘTĄ TWARZĄ:
Witajcie wszyscy, miano me brzmi Après le Paradis.

KOLEGA DYLIŻA PRAWDOPODOBNIE NIEBĘDĄCY KONIEM:
Witaj, przyjacielu.

(W tle zaczyna być słyszalny szum.)

APRÈS LE PARADIS:
Zamilcz, pijany głupcze!

APACZ:
Nie ma się czego obawiać.

MARYMONT I PAROKSYZM:
Apacz ma rację! Dobre czasy idą!

APACZ:
Jakieś są na pewno.

SURFER:
Wróciłem!

(Przez okno wpada lalka z nieznaną podobizną, a z chwilą jej uderzenia w podłogę wzbija się błyszczący pył; wszyscy próbują ją rozpoznać, ale nikt nie potwierdza żadnej z wersji. Z autobusu, który cały czas stoi przed kawiarnią, miga przez scenę lampa. Do lokalu wchodzi jedna osoba i przykleja żółtą kartkę na słupie ogłoszeń, po czym odchodzi.)

MARYMONT: (dyskretnie obserwując zajście)
Masz rację. Jakieś.

(Wspomniana kartka spada.)

KOŃ DYLIŻA:
Prosimy nie zrywać tej kartki, która tam jest na słupie…

MARYMONT:
Za późno.

WSZYSCY INNI:
TO KONIE MÓWIĄ?

(Szum narasta, stając się niemal hałasem.)

NAJPRAWA:
A tak w ogóle, to…

WSZYSCY:
NIE!

NAJPRAWA:
Naprawdę powód jest aż tak poważny? Apaczu?

WSZYSCY:
NIE ODPUŚCIMY! Jeszcze coś powie, to wyniesiemy go na taczkach!

KOLEGA DYLIŻA PRAWDOPODOBNIE NIEBĘDĄCY KONIEM:
Czy ja dobrze słyszę, że chcecie wynieść Apacza?

NAJPRAWA:
Nie, kogoś innego, uwierz mi. Niepotrzebnie zapytałem…

[edytuj] Scena czwarta

Większość osób wyszła. Bałagan został uprzątnięty; o dziwo waga z figurkami stoi dalej. Na słupie z ogłoszeniami z powrotem widać odwróconą kosę na tle księżyca albo innego towarzysza Ziemi. Na stole siedzi zadumany DELTA z małym pieskiem na rękach. Inni obecni: KRYPTON, PRZYSTAWEK i APACZ.

KRYPTON:
Źle się tutaj dzieje, a ja mam co robić… (spogląda z utęsknieniem na ultranowoczesny zegarek)

PRZYSTAWEK:
Jeśli nas tak nie lubisz…

APACZ:
Po prostu w Ostatniej tak wiele się zmienia.

PRZYSTAWEK:
Również przez gorzkie, niekoniecznie ostatnie słowa.

KRYPTON:
Ta… bywało lepiej, bywało gorzej, być może i działo się to na zmianę.

DELTA:
To jakaś gra słów?

APACZ (do KRYPTONA):
Bo ja wiem, nie robiłem wykresów.

DELTA:
Oj Toto, my chyba już nie jesteśmy w Kansas…

APACZ:
Poczekaj chwilę.
(krząta się, przynosi wielką kartkę z napisem „KANSAS” i przykleja ją na słupie)
Może być?

DELTA (ze słabym uśmiechem):
Ale czy da się coś z tym zrobić?

APACZ:
A da się zrobić coś z grawitacją?

(Wchodzi GŁOŚNICA. Następuje wymiana powitań.)

APACZ:
Nareszcie! Nie muszę ciągle wypytywać Surfera ani tego… no jak mu tam, co u ciebie słychać!

GŁOŚNICA:
Już nie przesadzajcie. Podobno się martwiliście?

APACZ:
Krypton się martwił, ale chyba o tym zapomniał.

(Wchodzi POGŁOS.)

GŁOŚNICA:
Pogłos! Dlaczego ty ZAWSZE przychodzisz zaraz po tym, gdy wejdę ja? ZAWSZE?!

POGŁOS:

No nie pamiętasz? Że właśnie dlatego tak mnie nazwaliście?
(wspomina chwilę, gdy przyszedł pierwszy raz do Ostatniej)
„Stary, jak cię zwą?”
„Sam nie wiem…”
„Przyszedł po Głośnicy, więc będzie Pogłosem”!

GŁOŚNICA:
Pogłoską.

POGŁOS:
A ty głośnikiem.

DELTA:
SKOŃCZCIE!

POGŁOS:
Jak podsumowanie zysków i strat?

PRZYSTAWEK:
Jak zwykle.

GŁOŚNICA:
Hm?

PRZYSTAWEK:
Jak zawsze bilans wychodzi na zero[12].

POGŁOS:
I tak chylimy się ku upadkowi. Przyda się wielki remont albo wszystko się zawali.

GŁOŚNICA (do POGŁOSA):
Znasz się na materii, tak?

POGŁOS:
Można tak powiedzieć.

GŁOŚNICA:
Czyli jesteś alchemikiem?

POGŁOS:
Bez przesady, oni nie byli aż tak kiepscy.

GŁOŚNICA:
To najpierw powiedz z łaski swojej, po ile teraz chodzi kamień filozoficzny.

POGŁOS:
Ale po co?

GŁOŚNICA:
Bo mówisz tak, jakby nic innego nie mogło nam pomóc.

(Wchodzi facet w futrze. Rozmawia ze wszystkimi, starając się być bardzo ostrożny, po czym odchodzi.)

APACZ:
Które to z was mówiło coś o pogłoskach?

KRYPTON:
Ech…

PRZYSTAWEK:
Nie wzdychaj, nic nie wiemy o tym, aby twój oddech miał jakieś cudowne właściwości.

[edytuj] Akt II: Noc duchów

[edytuj] Scena pierwsza

Tym razem zamiast wnętrza kawiarni urządzane jest zaplecze. O ile to możliwe, ściany powinny być bladozielone. Z maszyny dymnej ustawionej wedle woli scenografa bezustannie wydobywają się opary. Jest noc duchów, lecz zamiast nietoperzy zostały powieszone skorpiony, a zamiast lampionów z dyni widać klasyczne latarenki przypominające z zewnątrz kostki sera (oczka serowe mają jak najbardziej przepuszczać światło)[13]. Ze środka sufitu zwisa obręcz żyrandola, która jest zupełnie naga – nie ma nawet miejsc, do których przykręca się żarówki.

Po lewej przedniej stronie stoi jak gdyby prowizorycznie skonstruowana, pusta tym razem lada; za nią zaś znajduje się odrobina przestrzeni oraz futryna bez drzwi imitująca domniemane wejście.

W pomieszczeniu znajdują się: GŁOŚNICA (ubrana w jadowicie zieloną suknię), APACZ, PANI TRĄBALSKA (z lampą jak powyżej w ręku), MARYMONT i RETKA (przebrana za Persefonę).

Chociaż kto wie, czy może nie jeszcze ktoś?

GŁOŚNICA:
Kto i po co włączył tę cholerną machinę? To noc duchów, nie rekonstrukcja katastrofy smoleńskiej!

PANI TRĄBALSKA:
A co, mgła może nie jest nastrojowa? Tajemnica! Ponad! Wszystko!

RETKA:
Wydaje mi się to trochę kiczowate…

GŁOŚNICA:
Właśnie. Ale dziękujemy, Trąbciu, za latarnie – one są niesamowite…

PANI TRĄBALSKA:
Ale to nie ja włączyłam tę zadymkę!

APACZ (z miną mówiącą: ach, te baby…):
To już od jakiegoś czasu jest zepsute.

RETKA:
I dlatego chodzi?

APACZ:
Dlatego chodzi bez przerwy i nie daje się wyłączyć.

GŁOS MĘSKI ZZA KADRU (słychać przy tym odgłos, jakby ktoś chodził po śniegu):
I nie daje się wyłączyć!

GŁOŚNICA:
Od czego mamy Najprawę?

MARYMONT:
Zajęty jest. Od kilku dni siedzi w warsztacie i coś kombinuje. Nie mam najlepszych przeczuć w związku z tym…

APACZ:
Trudno.

GŁOŚNICA I RETKA (uroczyście):
Kiedyś i tak machina zużyje cały zapas.

PANI TRĄBALSKA I MARYMONT:
A mgła będzie unosiła się dalej.

APACZ:
Tak właściwie, to dlaczego tutaj się znajdujemy? Nie powinniśmy zająć się obsługą?

MARYMONT:
Ty powinieneś to wiedzieć.

RETKA (przeżuwając pestkę granatu):
Mieliśmy chyba wywoływać duchy, a przynajmniej niewiele do tego brakuje.

MARYMONT:
Niewiele, bo zaraz sam wyjdę z siebie.

GŁOŚNICA:
Zaraz, a dlaczego ja nic o tym nie wiem?! Nawet nie wiecie, czy się zgadzam na taki proceder!

APACZ:
Jesteś szamanką, to twoja robota.

GŁOŚNICA:
Nikt mnie nie pytał o zdanie, gdy dyktowano testament!

RETKA:
O rety!

(Wchodzi PRZYSTAWEK.)

PRZYSTAWEK:
Póki co, udało wam się przywołać mnie.

APACZ:
Wiesz, czasami zdaje mi się, że jesteś zbyt skoncentrowany na sobie. Jesteś już przystawką i duchem w jednym.

GŁOŚNICA:
Chyba tego nie rozumiem. Trudno zjeść coś, co nie ma ciała.

RETKA (przeżuwając kolejną pestkę granatu):
A desery?

APACZ (stając między PRZYSTAWKIEM a RETKĄ):
Przypominam, że między przystawkami a deserami są jeszcze dania główne!

PRZYSTAWEK (zażenowany i poirytowany, wskazując na sufit):
Dajcie już wszyscy święty spokój, bo zaraz skorzystam z okazji i rozbujam tę obręcz, aby zleciała komuś z was na głowę!

GŁOS ŻEŃSKI ZZA KADRU:
A tylko spróbuj!

GŁOS MĘSKI ZZA KADRU:
Tej obręczy nie da się zrzucić!

MARYMONT:
Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę!

PANI TRĄBALSKA:
To jak z tymi duchami?

RETKA (natchniona):
Ja, królowa podziemi, mówię do ciebie teraz, że są one pod moją opieką.

GŁOŚNICA:
I chyba mają się dobrze?
(po chwili)
W każdym razie, ja nie będę wywoływać żadnych duchów! To tak, jakbyście byli na urlopie i zmuszono was do odebrania telefonu od kogoś, kim dawno nie zawracaliście sobie głowy!

RETKA:
A jeszcze jakby wziąć pod uwagę roaming…

GŁOŚNICA:
Tak, w przypadku dzwonienia tak daleko roaming musi być ogromny.

(Maszyna dymna przestaje mglić, ale w domyśle działa dalej; zaczyna emitować (znaczy się, scenografia symuluje) umiarkowany hałas. Wchodzi postać na razie zwana UPIOREM.)

UPIÓR:
Mniemam, iż telefonowanie powinniście pozostawić osobom bardziej doświadczonym w tej materii.

(Wszyscy spoglądają zdziwieni w stronę ramy, znaczy się wejścia. Większość otwiera usta; GŁOŚNICA kręci się w kółko, APACZ biegnie sprawdzić, czy nic się nie stało w kawiarni, a PRZYSTAWEK zamienia się w słup mięsa soli.)

RETKA (plując pestką w stronę przybysza):
O rety!

MARYMONT:
Przepraszam za nietakt, ale czy nie powinieneś być gdzieś indziej?

GŁOŚNICA:
On nie jest duchem. Powstał z martwych.

UPIÓR, CZYLI WŁAŚCIWIE POWSTAŁY:
Nigdy nie wierzyłem w duchy, zatem można powiedzieć, że dostałem to, na co zasłużyłem.

MARYMONT:
To ciekawe, biorąc pod uwagę to, że do naszego biuletynu pisałeś o sztuce latania.

GŁOŚNICA:
Niech się po prostu przyzna, że nigdzie go nie chcieli.

POWSTAŁY:
Nie wiem, czy wiesz Głosiu, ale nie wszystkie rzeczy da się wykonywać w powietrzu i bez mięśni.

PRZYSTAWEK:
A co, za życia ci tych mięśni brakowało, że teraz się nimi chwalisz?

GŁOŚNICA:
I tak nie polatasz.

POWSTAŁY (z dozą złowieszczości):
Więc sprawię, że wy również nie. Sprowadzę na was takie rzeczy, że sami będziecie chcieli nadal pozostawać przy życiu. Poskarżę się komu trzeba…

RETKA (przesuwając się do przodu):
Zatem poskarż się mnie, Hadesowej!

(GŁOŚNICA i PRZYSTAWEK jednocześnie odsuwają RETKĘ od POWSTAŁEGO.)

GŁOŚNICA (do RETKI): Jeszcze ci mało? Pamiętasz, co się stało, gdy nie tak dawno temu zabrałaś się za wyrywanie narcyzów?

POWSTAŁY (tak patetycznie, jak to tylko możliwe):
Poza tym nawet Bóg, ten wielką literą pisany, jest po mojej stronie, gdyż zmartwychwstał Pan[14]!

Turkotanie maszyny robi się coraz głośniejsze, zagłusza POWSTAŁEGO, a potem nagle cichnie. POWSTAŁY żałuje, że nie może zrobić spektakularnego zniknięcia. Sprawdza, czy działa mu telefon, ale okazuje się, że bateria uległa wyczerpaniu, więc stoi w milczeniu przy ścianie udając[15] kolejną dekorację. Do kontuaru podchodzi dwoje dzieci i stuka w blat.

[edytuj] Scena druga

POWSTAŁY nieco zbladł od zakończenia poprzedniej sceny.

DZIEWCZYNKA:

My idziemy po łakocie,
chociaż mamy ich już krocie –
by tych samych nie jeść ciągle,
zebrać chcemy jeszcze trochę.
Pani, daj cukierka, proszę,
Weźmiem – i już się wynoszę!

CHŁOPIEC:

A jak słodkości nie będzie,
to psikusem się odwdzięczym:
tu coś spadnie, tam się złamie.
Bida się na pewno stanie!
Zaś podarek cud uczyni:
my, podli, będziem grzecznymi.

(I DZIEWCZYNKA, i CHŁOPIEC wyciągają dłonie.)

GŁOŚNICA (sięga do kieszeni, po czym podchodzi do lady):

Oto się otwiera miarka,
macie dwa gorczycy ziarnka,
oby wam służyły dobrze!
(wręcza dwa ziarenka, czego publika nie ujrzy, ale widać odpowiednio złożone palce)
No, a teraz w imię Boże,
cofnąć już możecie ręce,
idźcie – nie wracajcie więcej!

(Dzieci, lekko zdziwione, odchodzą.)

TA SAMA DZIEWCZYNKA, ZZA KADRU:

Nie martw się już tak, kolego
Wreszcie mamy coś innego
niż przeklęte mordoklejki.

TEN SAM CHŁOPIEC, ZZA KADRU:
Dzięki za to, Boże wielki!

GŁOŚNICA:

Trudno… skoro nieumarły
wstąpił sam już w progi nasze,
jednak czas uczynić czary,
aby duchy przyszły także.
Byłoby niesprawiedliwym,
gdyby jednych tutaj mając,
drugim odmówić gościny.

RETKA:
Więc się jednak chcesz tym zająć?

GŁOŚNICA:

Reciu, wcale nie potrzeba,
jeśli cienie samoistnie
spod kolejek ku bram nieba
zejdą do nas, ziemskich istnień.

APACZ:
Czemu nie mówiłaś wcześniej?

GŁOŚNICA:

Rzadko pierwszy duch zaczyna,
czuję też, że zbyt pospiesznie
ma kariera się rozwija.

MARYMONT:
Niech więc Goniec żyje wieki!

PRZYSTAWEK:

No to trzeba czekać chyba,
choć nie wiem, jak mógłby wszelki
duch mieć chęć się tu zatrzymać.

PANI TRĄBALSKA:

O, gościna? Więc porządków
czas i pora!

GŁOŚNICA:

Niech ja zgadnę;
chcesz się zająć teraz znowu
tym, aby jak najdokładniej
oddać nastrój mrocznej chwili.

RETKA:
Ale ja to zrobię lepiej!

APACZ:
Cisza!

GŁOŚNICA:

Dzięki! Moi mili,
amol niech tu ktoś zapewni.

(APACZ stara się nucić akord a-moll. GŁOŚNICA chwilowo popada w rezygnację – wygląda, jakby miała położyć dłoń na własnym czole, jednak wyciąga drugą rękę i otrzymuje butelkę ziołowego specyfiku.)

GŁOŚNICA:

Mógłby ktoś pójść po Surfera
albo po naszego kumpla[16],
aby dalej akord śpiewał?

(GŁOŚNICA pokrapia butelką niczym kropidłem całe pomieszczenie, po czym zostawia sobie odrobinę środka na skroni. RETKA wpada w trans i mantruje: Am…)

RETKA:
A-am…

GŁOŚNICA:
Może być i mantra.

(Wokół wiszącej obręczy pojawiają się iskry i drobne błyskawice.)

PANI TRĄBALSKA:

Długo jeszcze będą zwlekać,
zanim się ukażą wreszcie?

MARYMONT:

Chyba pora stąd uciekać,
skoro w instalacji spięcie…

(Błyska się dalej, aż w końcu z obręczy zaczyna zwisać duch kobiecy, nogami do góry; domniemana szata oraz włosy nie zachowują się zgodnie z przyciąganiem ziemskim, ale dokładnie tak, jakby źródłem grawitacji był sufit.)

DUCH KOBIECY, CZYLI UPRZEDNI GŁOS ŻEŃSKI ZZA KADRU:

Dzięki, zacni, żeście śmieli
powziąć się na taką próbę,
chociaż w poselstwie mam dla ziemi
wieści dziwne jak i smutne.
Dzięki również Ci, Głośnico,
że wciąż ma kto przejąć schedę,
lecz i silnym czarownicom
zdarza się oglądać biedę.

GŁOŚNICA:

To ja zacna być nie mogę?
I jakim mianem się mniemasz?

UPRZEDNI GŁOS ŻEŃSKI ZZA KADRU (jakby nieobecna):

Niech biją dzwony na trwogę;
Anathema! Anathema![17]

GŁOŚNICA:
Tak Cię mienić mam, o zjawo?

ANATHEMA:

Innym bardziej się należy,
ale może być.

GŁOŚNICA:
Twą sprawą?

ANATHEMA:

Tym, co mi na myślach leży,
jest przysłowie ludziom znane:
historia uwielbia wielce
zdarzeń różnych powtarzanie.
Wiedz! Jak mnie zabito wcześniej,
tak kto inny też nie żyje.
Te same dłonie przecięły
i mą, i tę drugą szyję.
Mam tłumaczyć Ci…

(Mantra RETKI cichnie.)

GŁOŚNICA:
Nie, przemilcz.
(w przestrzeń)
Jak ogromna to jest cena,
którą przyszło płacić za to,
że potrafię Więcej teraz;
na mnie ludzie polegają?

ANATHEMA:

Nie wiń za to się, kochana,
i niech nikt tu nie obwinia!
Twoja posada szamana
była już wcześniej dość żywa.

GŁOŚNICA (z coraz większym przerażeniem):

Lecz co ja mam z tym wspólnego?
Czemu ja jestem wybrana?

ANATHEMA:

Boś Ty jedna możesz pewno
tę szpetną klątwę przełamać.

GŁOŚNICA:
Jest na pewno więcej osób…

ANATHEMA:
Lecz Ty próbę swą już przeszłaś.

GŁOŚNICA:
Jaką próbę?

ANATHEMA:

Kiedy głosu
Twego moc nie mogła przestać…

GŁOŚNICA:

…tak, i nie miałam litości,
gniewu pieśń ciągle śpiewałam,
aż nagle wszelkie ciemności
ustąpiły – ja przetrwałam!
Lecz… to było przez przypadek!

ANATHEMA:

Przez przypadek? Wszak pamiętam,
że w obronie nas stawałaś.

GŁOŚNICA (z narastaniem zawstydzenia):

Ale… wcześniej pieśń przeklęta
była, niż wspomniana sprawa.
(szeptem)
Sztuka słowa wymuszania…

(Na przynajmniej kilka sekund zapada cisza.)

ANATHEMA:
Czy już więcej tak nie czynisz?

GŁOŚNICA:

Nie, choć dalej za mną idzie
ten cień…

ANATHEMA:
Darząc snami złymi?

GŁOŚNICA (powoli, dramatycznie):

Reszcie też je widzieć przyjdzie,
nawet litość odrzuciwszy…

ANATHEMA:

Na to już nic nie poradzę,
a ja Ciebie nie chcę zniszczyć.
Piastuj swą szamańską władzę,
takie Twoje jest dziedzictwo,
i nie pozwól tylko na to…

PRZYSTAWEK:

Wtrącić trzeba mi się.
(czeka na reakcję)
Nic to,
że słuchamy słów z zaświatów,
jeśli trącą Częstochową.

APACZ:

Jakość rymów – rzecz poważna,
znaj antykwariusza słowo.

ANATHEMA:

Bo gdy każdy dzień przeraża,
jest potrzebna wieczna troska –
pomóc może tu jedynie
Matka Boska Częstochowska!

GŁOŚNICA (zgadując myśl Anathemy i spoglądając na zniecierpliwione otoczenie):
I to byłoby na tyle.

ANATHEMA:

Dobra, dobra, w ramach ćwiczeń
spróbuj teraz mnie odesłać,
inaczej nie zacznę milczeć.

GŁOŚNICA:
Szczerze nie wiem. „Odejdź precz nam”?

RETKA:
Powróć do królestwa mego?

GŁOŚNICA:

Bądźże miła Panu Bogu,
znajdziesz kiedyś jeszcze niebo,
masz już zarys jego progu.

ANATHEMA:

Niezłe, ale nic nie widzę;
wszędzie tylko świat szeroki,
nikt i nic nie wiedzie wyżej,
cóż sklepieniem zaś? Obłoki.
I choć jestem duszą lotną,
sama nie wiem, czemu tęsknię,
jestem czegoś dziwnie głodną,
chyba chcę tu zostać jeszcze[18].

(POWSTAŁY, który w międzyczasie usnął, mruga jednym z oczu.)

GŁOŚNICA:

Ech, kaplica. Nic nie umiem,
może cały ten duch kłamie,
pustą zakopano trumnę,
zaś podróbką był testament?
Może to jest tylko wyjazd,
a mój urząd – tymczasowy?

ANATHEMA:
I co, ja też jestem żywa?

PRZYSTAWEK:
Wszak i tak chcesz mieć śmierć z głowy.

APACZ:

Ma ktoś jeszcze jakiś pomysł,
aby przegnać precz tę zjawę?

MARYMONT:

Uczynię gościowi fory
i mu zadam pytań parę.
(wokół nastaje powszechne zdziwienie)
Dobrze, słuchaj, droga pani,
Jak Twe imię, Twe nazwisko,
imię ojca, imię matki?
Chcę o tobie wiedzieć wszystko!
Jaki miałaś rozmiar buta,
jaki kolor był wielbionym,
czego kiedyś zwykłaś słuchać,
który deser był najsłodszym…

RETKA:
O rety!

MARYMONT:

Co byś zrobiła,
gdyby przybył tu Gilgamesz?
Komu byś się powierzyła,
gdybyś utraciła pamięć?
Widząc kotka na ulicy
pragniesz głaskać go czy kopać?

GŁOŚNICA (znudzona):
To bez sensu.

MARYMONT:

Czy spódnice
wolisz, czy…

(ANATHEMA wykonuje fikołka, ląduje bez przeszkód na podłodze i odchodzi w stronę przejścia. Przechodzi przez ramę, a chociaż nadal brakuje drzwi, duch udaje, że próbuje je za sobą zamknąć. Dotyka lady w miejscu, gdzie w Akcie I stała waga, po czym znika ze sceny.)

APACZ:
Dobra robota!

GŁOŚNICA:
Pisz słownik ziemsko-nadziemski.

APACZ:

Kiedy już go napocząłem:
nie słyszałaś, jakie teksty
padają tu wraz z wieczorem?

GŁOŚNICA:
Pewnie mówisz o Mariannie?

[edytuj] Scena trzecia

Wchodzi NAJPRAWA z ukrytym pod prześcieradłem robotem – innym, niźli MARIANNA. PANI TRĄBALSKA zrywa się z miejsca, aby przywitać maszynę pospiesznie wykonanymi wycinankami. RETKA weryfikuje funkcje życiowe POWSTAŁEGO, upewniając się, że nie zbudzi go ze snu.

RETKA:
Hej, a może on skamieniał?

NAJPRAWA:
Zapewne byłby to pierwszy raz w jego skomplikowanej egzystencji.

RETKA:
Mogłabym go sprzedać, póki jeszcze sezon trwa.

PRZYSTAWEK:
Ewentualnie ubrać w czerwoną płachtę i poczekać na Wielkanoc.

RETKA:
Czyli byłby krasnalem ogrodowym?

NAJPRAWA:
EKHEM.
(wypychając robota naprzód)
Teraz będziemy mieli własnego ducha od zagadek.

MARYMONT
Ale to ja tu zadaję pytania!

GŁOŚNICA
Jeśli będzie lepszy od Marymonta, to nawet „Pogromcy duchów” będą mogli się schować.

RETKA
Razem z duchami.

NAJPRAWA:
Nazywa się Kopciszek i jak już mówiłem, zajmuje się opowiadaniem zagadek.

KOPCISZEK:
Jak mam na imię?

NAJPRAWA:
Kopciszek.

(Cisza.)

APACZ:
Co jest, Najprawa?

KOPCISZEK:
APACZ podał prawidłową odpowiedź – najprawa! Punktów: dwa, miejsce: drugie.

NAJPRAWA:
Ojej.

(Wchodzi DELTA.)

DELTA (pokazując na KOPCISZKA):
Co to za śmieszna dekoracja?

RETKA (wyrwana z zamyślenia):
Mówisz o tym z tyłu?

NAJPRAWA:
To Kopciszek. Zadaje zagadki.

DELTA:
Jakby nie było ich już dosyć.

NAJPRAWA:
Chodzi na systemie zwanym „Resia”[19].

DELTA:
Brzmi jak Retka!

PRZYSTAWEK:
Albo Rosja.

KOPCISZEK:
Ile wynosi delta z x² + 5x + 6,125?

PANI TRĄBALSKA (oburzona, patrzy ze zmartwieniem na Deltę):
To było niesmaczne.

DELTA:
Jedna druga.

KOPCISZEK:
DELTA podał prawidłową odpowiedź – jedna druga! Punktów: dwa, miejsce: dążące do drugiego.

DELTA:
A mnie się podoba.

APACZ:
Ale z którego końca „wychodzi” wykres?

KOPCISZEK:
Ile punktów ma Xquoewdg?

APACZ:
Nie istnieje taki ktoś.

RETKA:
Powstały.
(drapie się po głowie)
Znów nie działa?

NAJPRAWA:
Zero.

KOPCISZEK:
NAJPRAWA podał prawidłową odpowiedź – zero! Punktów: pięć, miejsce: pierwsze.

RETKA:
Nudne to trochę…

APACZ:
To przebierz się za Sfinksa i zrobicie turniej.

RETKA:
Świetny pomysł!

KOPCISZEK:
Poziom kultury klienteli, która za chwilę przyjdzie?

(Wchodzi GONIEC.)

GONIEC (żywo):
Siema! Wiecie, że dzisiaj przez pomyłkę sprzedałem planszę z trzydziestoma trzema figurami? Nabywca zwrócił mi tę niespodziewaną nadwyżkę.

APACZ:
Cześć Goniec…

GONIEC:
E-ej Apacz, a może tak chciałbyś dostać w prezencie czarnego pionka?

APACZ:
Nie mam wątpliwości, że ujemny.

GONIEC:
Nie kumam.

KOPCISZEK:
APACZ podał prawidłową odpowiedź – ujemny! Punktów: cztery, miejsce: drugie.

GONIEC:
Wreszcie jakiś powiew świeżości!

APACZ:
Jak gdyby szachy nie były bardzo starą zabawą.

KOPCISZEK:
Ile wynosi delta z x² + 5x + 6,125?

GONIEC:
O, delta!

NAJPRAWA (naciskając losowy fragment prześcieradła):
Na dzisiaj koniec.

GONIEC:
Ale zdążyłem!

(NAJPRAWA z KOPCISZKIEM odchodzą, RETKA, PRZYSTAWEK i DELTA sprzątają dekoracje, przy czym kwestia POWSTAŁEGO pozostaje pominięta. PANI TRĄBALSKA bierze skorpiona na ramię, a GŁOŚNICA próbuje zawiesić jeden z lampionów na obręczy.)

APACZ:
I skończyła się noc duchów.

MARYMONT:
Zaś niedługo rocznica kryształowej.

APACZ:
Chyba na jedno wychodzi.

GŁOŚNICA:
Kryształowa noc? JCenzura2ć kryształową noc!
(po chwili)
Oczywiście sam fakt, że zaistniała, nie upamiętnianie.

POWSTAŁY (przebudzony, do Głośnicy):
Widzę, że przywoływanie duchów wcale ci się nie znudziło…

[edytuj] Akt III: Noc listopadowa

[edytuj] Scena pierwsza

Wnętrze luksusowego salonu z dekoracjami wnętrz. Na ścianach wiszą kalendarze; wokoło bohaterów stoją rozmaite rzeźby, meble (w tym ławki bądź kanapy) i zegary, przy czym na pierwszy plan wysuwa się posąg Artemidy strzelającej z łuku. Strzała może być wymierzona w reprodukcję obrazu przedstawiającego wygnanie Adama i Ewy z raju, jednak nie jest to zabieg obowiązkowy.

APACZ, RETKA (ubrana na ludowo), SURFER i GONIEC siedzą na meblach przykrytych narzutami. Po lewej stoi niewielki palnik, na którym umieszczono garnek, zaś po prawej, na okrągłym stoliku, znajduje się miska. MARYMONT stoi dokładnie pośrodku trzymając w ręku dwa wielkie klucze.

MARYMONT:
Dziękuję, dziękuję.

RETKA:
Wiecie, że to miał być babski wieczór?

APACZ:
Jak to?

SURFER:
Kiedyś, w noc listopadową, dziewczyny urządzały sobie wróżby, żeby dowiedzieć się, która pierwsza wyjdzie za mąż…

GONIEC:
Ja będę pierw…
(orientuje się w sytuacji)
…przepraszam?

SURFER:
…a także kogo będą miały za partnerów.

APACZ:
Skąd wiesz tyle na ten temat?

SURFER:
Kiedyś musiałem układać piosenki z tej okazji. Okropność!

RETKA:
I właściwie czemu siedzimy u mnie?

APACZ:
Żeby nikt nie rzucił się po to, co mamy w garnuszku.

RETKA:
To znalazłby się ktoś aż tak głupi?

(GONIEC próbuje wciągnąć nosem zawartość naczynia.)

GONIEC:
Śmierdzi tu jak na cmentarzu…

MARYMONT:
No, pora zaczynać.

SURFER:
Ale tak właściwie to po co mielibyśmy szukać Retce partnera?

(RETKA rumieni się.)

MARYMONT:
Od kiedy bierzecie tak wszystko na poważnie? Po prostu chcę rozkręcić atmosferę.

APACZ:
Koniec świata jest naprawdę bliski…

MARYMONT:
Tak.
(po chwili)
Bierzemy naczynie z woskiem i…

SURFER:
No, dalej!

MARYMONT:
Przelewamy go przez kluczowe otwory do kadzi z wodą, aby połączenie obu składników dało określony kształt.

RETKA:
Nigdy nie wiedziałam i nadal nie wiem, co to ma wspólnego z mężczyznami.

APACZ:
Jeśli cię to pocieszy, ja też nie mam pojęcia.

GONIEC:
Czemu Głośnica nie przyszła na wróżby? Nie sądzicie, że jej tak jakby brakuje?

SURFER:
Z tego, co wiem, to poszła rozbierać krzaki róży u Motylej Nogi.

(APACZ i GONIEC zaczynają pokładać się ze śmiechu.)

APACZ:
Wybacz, ale nie jestem sobie w stanie wyobrazić rozbierania przez Głośnicę czegokolwiek!

MARYMONT:
Zegara też nie?

APACZ:
Tia, najlepiej w poszukiwaniu wskazówek…

RETKA:
Rozbierać krzaki róży? Nie będzie im zimno w taką porę?

MARYMONT:
Podobno pozostawione otuliny nie spełniają przepisów BHP.

APACZ:
Ktoś jeszcze robi coś oryginalnego czy wszyscy siedzą w Ostatniej?

GONIEC (lekko oszołomiony):
Teraz skojarzyło mi się to z Last.fm!

SURFER:
Goniec…

RETKA:
Już koniec?

[edytuj] Scena druga

GONIEC stara się utrzymać w rękach gorący (nawet przez ścierkę) garnuszek z woskiem[20]. MARYMONT przytrzymuje nad miseczką oba klucze, zaś GONIEC przelewa wosk z wyjątkową precyzją (widać wyraźnie, że wosk ani razu nie dotknął powierzchni kluczy).

MARYMONT:
Rzucanie cienia przez uzyskany obiekt nie jest konieczne, aby zobaczyć rezultat, więc pozostawiam ową czynność do dyspozycji pozostałych uczestników.

RETKA (zagląda do miski):
Mnie to wygląda na palmę.

SURFER:
A mnie na paprotkę.

RETKA:
Kwiat paproci to na Noc Świętojańską!

(Kawałek wosku zostaje odłamany.)

GONIEC:
Rozsiewa zarodniki, więc i niech będzie paprotka. Apacz, chcesz być drugi?

APACZ:
Nie, niech będę trzeci. W końcu lubię być w centrum.
(chichocze)

RETKA (udając oburzenie):
No nie no, nie dość, że wbili na babskie święto, to jeszcze w ogóle ignorują dziewczyny!
(bierze garnuszek i ostentacyjnie wylewa połowę swojej porcji poza klucze)
O rety!

SURFER:
Hmmm?

RETKA:
To jak nic podkowa!

SURFER:
Podkowa? Podkowy przynoszą szczęście, a poza tym – może to również ostrze naszej kosy?

APACZ:
Retka zostanie u nas kontuarową?

SURFER:
Na litość boską, niektóre teksty naprawdę powinieneś zostawić dla odpowiednich osób.

GONIEC:
Kontuar, kontuar, bleeeh. Nie lepiej po prostu mówić na to „lada”?

POZOSTAŁA CZWÓRKA:
NIE W TYM PRZYPADKU.

SURFER:
Notujmy podkowę.

APACZ:
Dobrze, teraz ja.
(przelewa swoją porcję wosku)
Niczego tu takiego nie widzę.

SURFER:
Pokaż.

MARYMONT:
Ja również nie.

RETKA:
Widocznie w tym przypadku trzeba, aby przedmiot rzucił cień.

SURFER:
W sumie brak wizji nie jest taki zły.

APACZ:
No właśnie, może ja mam po prostu wolną rękę i nic i nikt nie musi mi się narzucać.

GONIEC:
Ale możemy spróbować.

(Bohater wyławia omawiany kawałek wosku z miski, znowu odrobina się kruszy. RETKA zapala jedną ze swoich lamp, zaś GONIEC kieruje odlew w stronę promieni światła.)

GONIEC:
Kominiarka.

SURFER:
Zgodzę się.

RETKA:
Ewentualnie maska, ale ma za małe oczy.

(MARYMONTOWI wyleciał z ręki klucz.)

APACZ:
Nie przegłosuję was, ale według mnie dalej słabo widać.

SURFER (do MARYMONTA):
Jeśli trzęsą ci się ręce, to może teraz ja potrzymam klucze[21]?

MARYMONT:
Bez sensu. Wtedy będzie moja kolej i zacznę miotać garnkiem. Dajesz.

(SURFER przelewa swoją porcję.)

SURFER:
Mnie to wygląda na głowę w hełmie. Być może wystąpię w metalowej kapeli?

GONIEC:
E tam, każdy widzi to, co chce widzieć.

SURFER:
A ty widzisz rozsiewanie zarodników.

RETKA:
Najpierw kominiarka, teraz głowa w hełmie… Może po prostu jesteśmy mądrzy?

MARYMONT:
Albo polecą głowy…

APACZ:
To ja potrzymam klucze, bo zaczyna mi się nudzić.

(Garnek z ostatnią porcją wosku trafia w ręce MARYMONTA, jednak bohater zaczepia czymś o palnik i wywraca go. Zaczyna palić się pobliska makatka przedstawiająca krajobraz miejski. SURFER chwyta miskę z wodą i skutecznie gasi pożar.)

MARYMONT (cicho):
Przepraaaszaam…

GONIEC:
Nie uważasz, że przede wszystkim powinieneś przeprosić Retkę?!

RETKA:
Fretkę?! Tu nie ma żadnej fretki!
(czuje dym, spogląda na makatkę spaloną do połowy)
O kurczę, to już niedługo może być w sezonie!

APACZ:
Nec locus ubi… coś tam.

SURFER (do APACZA):
Zaiste, jesteś większym bibliofilem niźli Delta.

APACZ:
A bo ja wiem, co było na tej makatce?!

[edytuj] Scena trzecia

Stereotypowa serwerownia. Jedna ze ścian jest lekko pęknięta – można nawet zobaczyć materiał budowlany, który zwykle kryje się za tynkiem. Wewnątrz największej z wyrw znajduje się włożona nieco na siłę proca.

CYFRODZIEJ siedzi przy jednym z komputerów i ogląda transmisję otwarcia fontanny multimedialnej. APACZ (z pióropuszem) i NAJPRAWA dosiadają się, otaczając CYFRODZIEJA, podczas gdy ten ostatni wydaje się wyrażać zaskoczenie. PRZYSTAWEK uruchamia przyniesiony ze sobą tablet.

PRZYSTAWEK:
Czemu próbujesz chować karty?

CYFRODZIEJ:
A bo mogłoby to was zanudzić…

NAJPRAWA:
To zależy, czy oglądasz dla niuansów technicznych czy dla funu.

CYFRODZIEJ:
Nie jestem jakimś zboczeńcem, by doszukiwać się parametrów w takich rzeczach! Ja też mam prawo po prostu cieszyć się życiem i płynącym z niego pięknem!

APACZ:
Z drugiej strony, kto ogląda wiadomości o tak skomplikowanych zabawkach tylko dla rozrywki?

PRZYSTAWEK (chrząkając):
To, co powiemy, może być bardzo trudne do przyjęcia…

NAJPRAWA:
Ja jakoś przywykłem.

APACZ:
Musisz wyjść na chwilę na powietrze.

CYFRODZIEJ:
No i?

NAJPRAWA:
No to, że przez przynajmniej kilka minut nie będziesz miał przy sobie monitora.

PRZYSTAWEK:
Nawet wyłączonego.

CYFRODZIEJ:
HURRA!

APACZ:
Hurra?

CYFRODZIEJ:
Hurra! Wiecie, ile tu szmelcu? Owszem, podtrzymywanie tego wszystkiego, aby jakoś funkcjonowało, może być fajne, ale nawet my wolimy świeże powietrze od patrzenia, jak to wszystko staje się stertą złomu…

(NAJPRAWA drapie się po głowie.)

PRZYSTAWEK (pokazując tablet):
Żeby jednak nie było ci smutno, oprócz nas potowarzyszy ci ten oto tablet.

APACZ:
Przypominam, że miał on służyć do czegoś innego!

CYFRODZIEJ:
Do wabienia dziewczyn?

(Nastaje powszechna dezorientacja.)

PRZYSTAWEK:
A zatem…
(trzymając urządzenie przed sobą w sposób dosyć uroczysty):
Jeden z naszych honorowych poprzedników zaprasza cię na imprezę do nas, do Ostatniej Śmierci, zdając sobie sprawę z tego, że znasz już to miejsce…

NAJPRAWA:
Serio zna?

APACZ (ignorując pytanie):
To jak, mam zapoznać cię z nowymi bywalcami?

PRZYSTAWEK:
Wiecie, to, że otrzymał zaproszenie, nie oznacza jeszcze, że jest zobowiązany je spełnić. Będzie wspaniałym gościem, ale jeśli odmówi, uszanujemy jego decyzję.

CYFRODZIEJ (z podekscytowaniem):
Przecież idęidęidęidęidęidęidęidę…

NAJPRAWA:
A ja zastanawiam się, jak tu najprawić parę rzeczy…

CYFRODZIEJ:
Jak długo będzie trwała ta impreza?

APACZ (zmieszany):
Myślę, że przynajmniej kilka miesięcy, ale miło byłoby, gdyby trwała jak najdłużej.

CYFRODZIEJ:
Jak to możliwe?!

APACZ:
Sam znam tam kogoś, kto zajmuje się tym od ponad dwóch lat.

CYFRODZIEJ (do siebie):
To wszystko musi chodzić na jakichś diabelnych iteracjach…

PRZYSTAWEK:
No to idziemy?

(Krótka przerwa. Cała czwórka zaczyna iść możliwie nieprzerwanym krokiem.)

CYFRODZIEJ (szeptem):
Apacz, mam do ciebie takie dosyć nieśmiałe pytanie.

APACZ:
Słucham?

CYFRODZIEJ:
No bo skoro przychodzisz z poselstwem… Czy mógłbyś podarować mi trzy pióra ze swojego pióropusza?

[edytuj] Scena czwarta

Ponownie wnętrze Ostatniej Śmierci z perspektywy wejścia do kawiarni. Przestrzeń jest teraz dość zwyczajna, acz na stołach pojawiają się pierwsze dekoracje mikołajkowe. W starym, dobrym słupie ogłoszeniowym widać wbitą strzałę.

Na jednej ze ścian wiszą złożone puzzle przedstawiające pętlę tramwajową.

POGŁOS, DELTA i GŁOŚNICA siedzą nad rysunkiem na podłodze przedstawiającym trójkąt i dyskutują o czymś zawzięcie. WSKAZÓWKA myje okna. JAN Z BARDZÓW rozgląda się po głównej sali, po czym bierze scyzoryk i wyważa niektóre fragmenty układanki. Chowa je do woreczka, a następnie przytwierdza sakiewkę do słupa.

POGŁOS:
Wiecie…

GŁOŚNICA:
No ja uważam, że ludzie nie przychodzą tutaj również dlatego, że wolą bardziej wesołą atmosferę.

DELTA:
Przecież tu jest wesoło.

POGŁOS:
Ale nie naocznie. Kojarzymy się tylko z mrokiem, taka prawda.

DELTA:
Faktycznie, sama nazwa o tym świadczy.

GŁOŚNICA:
Nie, nie, nie, nie, życie ma różne strony. Poza tym, jakoś nikt nie ma nic przeciwko przebywaniu z ludźmi o takim imidżu w innych lokalach…

POGŁOS:
Zgodzę się, życie ma różne strony.

GŁOŚNICA:
Podobno nawet są ponumerowane.

POGŁOS:
Można byłoby rozpisać równania.

DELTA:
Dobrze, ale poproszę, aby dało się wyznaczyć dwa zera.

GŁOŚNICA:
W tych warunkach to są urojenia.

(Z zaplecza wydobywa się okrzyk: „UJEMNY!”, a następnie „PIJ MLEKO, BĘDZIESZ WIELKI!” czy „NAJPRAWA!”.)

DELTA:
Znowu Resia?

POGŁOS:
A jeśli podzielę wysokość lokalu przez długość boku tego trójkąta, to otrzymam liczbę pi?

(Wchodzi APACZ.)

APACZ (z przekąsem):
Na podstawie trójkąta można wywnioskować wiele ciekawych rzeczy.

DELTA (licząc na palcach do trzech, z błyskiem w oku):
Czy mi się wydaje, czy właśnie obraziłeś Głośnicę?!

APACZ:
Wcale nie! Tu w ogóle nie chodzi o was!

DELTA:
Nie wolno mi przepuścić nawet niezamierzonej zniewagi!

POGŁOS:
Ja pozwolę sobie wtrącić, że delta też przypomina trójkąt, ale ja nie wiem, czy dalej mówimy o tym samym…

DELTA:
No właśnie!
(po chwili, do Apacza)
Swoją drogą, skoro nie chodzi o nas, to o kim lub o czym tak ciągle rozmyślasz?

(Przychodzi HERZLICH.)

HERZLICH:
Ja pCenzura2ę…

GŁOŚNICA:
Ja też sądzę, że jest tu za głośno.

HERZLICH (wykonując lekki ruch w stronę zdeformowanej układanki lub słupa):
Mówię o pętli.

GŁOŚNICA:
Na czyjej szyi?

HERZLICH:
No kurde, chodzi mi o tory no…

GŁOŚNICA:
Jeszcze lepiej.

HERZLICH:
DZIEWCZYNO NO POPATRZ NA TO WYSTAJĄCE NA SŁUPIE!

DELTA:
Hola, hola, następny?

WSKAZÓWKA:
Tam są brakujące elementy układanki, które najwidoczniej miałem zaraz wyrzucić.

POGŁOS:
Ale po co?

JAN Z BARDZÓW:
No bo niemal połowa obrazka to gleba i tory, jak gdyby nie wystarczyło zdecydować się na jeden fragment!

WSKAZÓWKA:
W sumie, druga połowa to niebo…

(Przychodzi MONORTSA.)

MONORTSA:
ODDAJCIE NJEBA MONOLYTOM! A kieskę wywalić! (odchodzi)

(Słychać od minuty do dwóch wspólnego szumu, z tłumu wychodzi POGŁOS.)

POGŁOS (dźwięk odbija się echem):
Wszem i wobec ogłaszamy, że zostały przywrócone wszystkie fragmenty układanki oprócz czterech!

WSKAZÓWKA:
Czterech?

DELTA:
To jak to teraz wygląda?

(Tłum rozstępuje się odsłaniając ukrytą wcześniej układankę. Okazuje się, że ubytki pozostały akurat na narożach i nie zaburzają już one kompozycji obrazka.)

WSKAZÓWKA:
Cecylia Gomez mogłaby nam pozazdrościć!

ALEAE (ze zdziwieniem spoglądając na swoją rękę):
Skąd nagle wziął mi się tutaj taki wielki pieprzyk?

[edytuj] Akt IV: Zmierzch świata

[edytuj] Scena pierwsza

Nadal to samo wnętrze. Tym razem – jeśli chodzi o dekoracje – dominują gwiazdy[22] oraz dzwony. W centralnej części tylnej ściany – zamiast głowy renifera – pojawia się łeb samca kozy.

Skład dosyć domyślny, oparty na poprzednich epizodach w tym miejscu. RETKA, PANI TRĄBALSKA I GŁOŚNICA są przebrane w wymienionej kolejności za Duchy Świąt Bożego Narodzenia. Na scenę wpada POGŁOS, który wyraźnie jest czymś rozbawiony.

POGŁOS:
Kto przyniósł tutaj ten koźli łeb?

WSKAZÓWKA:
Pewnie pomyłka przy transporcie.

PRZYSTAWEK:
Albo kolejny dowcip pani Trąbalskiej.

POGŁOS:
No, to teraz możemy mienić się prawdziwie mrocznymi istotami!
(rysuje trójkąt na podłodze w zupełnie innym miejscu niż poprzedni)
„Przyzywam cię, w imię Wielkich Liter Greckiego Alfabetu, Parabolicznego Danse Macabre i… hej, ktoś pomoże?”

(APACZ rzuca słownikiem w stronę POGŁOSA.)

MARYMONT:
I Ostatniej Śmierci…

POGŁOS:
… i Ostatniej Śmierci, przybądź tu, stworze piekielny, na znak apokalipsy!

GŁOŚNICA (do RETKI):
Wiesz co, Retko – sądzę, że jeśli ktoś miałby grać Ducha Minionych Świąt, to tylko ty. Bardzo się cieszę, że się zgodziłaś.

APACZ (zamyślony):
Hm, jeżeli Głośnica jest duchem przyszłych Świąt, to Pogłos jest czego duchem? Duchem zaprzyszłych Świąt? Alternatywnych? A może ciągłych?

POGŁOS (przerywając obrzęd):
Duchem przyszłego Sylwestra?

DELTA:
A czemu nie?

(POGŁOS kontynuuje odprawianie rytuału. Przychodzi MONORTSA.)

MONORTSA:
Dżem dobry! Ja tu chciałbym trochę miodzia…

WSKAZÓWKA:
Coby po niebie latać niczym pszczółka?

MONORTSA:
Raczej żąąądłem kłuć i parzyć.

(ALEAE wchodzi do kuchni i przynosi słoik świeżego miodu. MONORTSA wyciąga łyżeczkę.)

MONORTSA:
A lej!

(ALEAE wypełnia łyżeczkę miodem.)

WSKAZÓWKA:
No i kto to zmyje, jeśli nie ja?

POGŁOS:
Na łyżeczkę niebyłą, na betoniarek bezdenne czeluście…

(MONORTSA odchodzi, zaś ALEAE stawia słoik z resztą miodu na samym środku trójkąta.)

POGŁOS:
Na trofeum Władcy Much i ogony Ponurego Osła
(spod trójkąta wydobywa się żółty dym)
Przybywasz w plugawych oparach siarki…

(Dym rozwiewa się odsłaniając osobę niskiego wzrostu w kostiumie Kubusia Puchatka. Postać ubrana jest dokładnie tak jak jej kreskówkowy pierwowzór, czyli w czerwoną koszulę – i nic więcej. W ręku trzyma sznury różnych odcieni plasteliny.)

MARYMONT:
Uch…

POGŁOS:
Jakie masz wymagania, o bestyjo kosmata, w dniu tym, przez śmiertelnych nazwanym końcem świata?

PUCHATEK:
Czy lubicie, kiedy możecie sterować ludźmi od schodzenia na śniadanie poczynając, a na płodzeniu potomstwa kończąc?

POGŁOS:
Wszyscy skończyliśmy z tym jakieś siedem czy osiem lat temu

PUCHATEK:
O rany, to czym się teraz zajmujecie?

POGŁOS:
Podziwianiem samych siebie schodzących na śniadanie.

DELTA:
I dbaniem o ten lokal, oczywiście.

WSKAZÓWKA:
W tym usuwaniem zanieczyszczeń.

PUCHATEK:
Ale czy lubicie tworzyć sobie pionki?

GONIEC:
Od czasu do czasu zdarza mi się takowe wprawiać w ruch.
(wyciąga zestaw szachów, układa figury, zwraca się do PUCHATKA)
Chcesz może pograć?

PUCHATEK:
O, pewnie!

(PUCHATEK przygląda się szachownicy, po czym odkleja kawałki plasteliny i nakleja je na niektóre z bierek tworząc im sukienki oraz czapeczki. Wieże stawia jedna na drugiej. Wybiera sobie także kwadrat 3x3, po czym próbuje ulepić na jego powierzchni budowlę.)

PUCHATEK:
Lubię realizm. A czy ty lu…

GONIEC (zdenerwowany):
Jestem zmuszony ci tę szachownicę odstąpić, ale w zamian należy się dwadzieścia jeden złotych dziewięćdziesiąt pięć groszy!

DELTA:
Co będzie następne, czyżby klocki?

(ALEAE drapie się po ręce.)

ALEAE:
To już jest jakaś wysypka! Cały jestem w pieprzonych brązowych pieprzykach!

GONIEC:
Klocki?

(ALEAE udaje się zdrapać jeden z „pieprzyków” ze skóry, poza tym inny rozmazuje się.)

GONIEC:
Oj…

MARYMONT:
Uch?

ALEAE:
Uff, to tylko plastelina!

PUCHATEK:
Sterowanie innymi jest fajne!

[edytuj] Scena druga

Oświetlenie jest nieco jaśniejsze niż w poprzedniej scenie.

SURFER:

Kiedy kres się rooodzi
i na świat przychooodzi…

GŁOŚNICA:

…ciemna noc w jasnooości
płoomieeniistej brooodzi!

RETKA:
A nie promienistej?

GŁOŚNICA:
Nie! Skoro świat się kończy, wszystko będzie skąpane w ogniu!

MARYMONT:
Uch[23]?

PRZYSTAWEK (na stronie, do APACZA):
Nie sądzisz, że powinniśmy jej o czymś powiedzieć?

APACZ:
Masz rację.
(do GŁOŚNICY)
Słuchaj, tak a propos końca świata…

GŁOŚNICA:
Taak?

(ALEAE i GONIEC przynoszą ze sobą katafalk i umieszczają go na ladzie.)

APACZ:
Teraz sobie uświadomiłem, że skoro świata ma już nie być, to jednak nie będzie ani przyszłych świąt, ani przyszłego Sylwestra…

GŁOŚNICA (kłótliwie, powiewając całunem):
Czyli chcesz, żebym się stąd wyniosła?

PANI TRĄBALSKA:
Zawsze możesz pozostać panią w żałobie.

GŁOŚNICA (ironicznie):
Oczywiście.

(MARYMONT kładzie się na katafalku.)

MARYMONT:
Uch.

PANI TRĄBALSKA:
Chyba źle się poczuł. Biedactwo.

PRZYSTAWEK:
On już od pewnego czasu jest niezdrów, dlatego mówimy mu, aby wziął sobie zwolnienie. I cóż, widocznie jak dotąd nie potrafi.

GONIEC:
Może otruł się dymem?

MARYMONT (słabym głosem):
Skoro już tak bardzo się o mnie troszczycie, proszę, pozwólcie mi postąpić na swój sposób…

(Obecni w przestrzeni za kontuarem kiwają twierdząco głową.)

MARYMONT:

Czy uważacie, że powinienem wziąć L4?
 
14
 
2
 

Oddanych głosów: 16.

(zasnął)

GONIEC:
Słyszałem o respondentach, którzy zasypiali w trakcie wypełniania ankiety, ale żeby sami ankieterzy?!

APACZ (ponownie zamyślony):
A ja jak na złość trzymam się zdrowo.

(GŁOŚNICA opuszcza lokal. APACZ z wielkim trudem zabiera śpiącego MARYMONTA z katafalku, dąsając się, że nikt nie przyspieszy mu z pomocą. Na katafalk wchodzi PANI TRĄBALSKA.)

APACZ:
Nie za wcześnie?

PRZYSTAWEK:
Szkoda, że nikt nie zadał podobnego pytania już dawno temu.

PANI TRĄBALSKA:
No ale skoro będzie koniec świata, to nie ma nawet obecnych świąt!

RETKA:
Z tego by wynikało, że tak czy owak ja się już dawno skończyłam.

APACZ:
Nieprawda. Póki jest pamięć…

PANI TRĄBALSKA:
A jeśli Retka obiit, hic natus sum ego?

APACZ:
To wcale jeszcze nie znaczy, że jest się żywym i słusznym jest, że leżysz tam, gdzie leżysz.

RETKA:
No to lepiej pamiętać.

(Następuje krótka przerwa.)

GONIEC:
I gdzie ta apokalipsa?

PRZYSTAWEK:
Pewnie kupuje prezenty dla rodziny.

POGŁOS:
Wygląda na to, że apokalipsa poszła się apokalipsić w inne, bardziej godne miejsce.

HERZLICH:
To istnieją godniejsze?

PANI TRĄBALSKA (wstając z katafalku, aby rozpaczliwie poszukiwać czegoś do jedzenia w kuchni):
I jak ja sprzedam te wszystkie kostiumy czterech jeźdźców?

APACZ:
Wypadałoby najpierw odkupić od kogoś wierzchowce.

(MARYMONT wstaje, zabiera katafalk i bierze go na swe ramiona.)

HERZLICH:
No, już mu lepiej.

RETKA:
Nie, to alergia.

MARYMONT:
Będzie służył jako podwyższenie! (wychodzi razem z katafalkiem)

Recznik

Wspomniany ręcznik mógł wyglądać mniej więcej tak

[edytuj] Scena trzecia

Różni obecni dźwigają krzesła seriami, układając je[24] w cztery ogromne stosy zwrócone do siebie na planie krzyża. W zamierzeniu mają one utworzyć choinkę, na której zamiast łańcuchów i bombek wiszą wyprane tekstylia. Wśród nich powinny znaleźć się prześcieradła, trochę bielizny, spalona makatka z aktu trzeciego oraz ręcznik z wizerunkiem niebieskiego motyla. Pod tym ostatnim może się błąkać niewinna gałązka ostrokrzewu.

Nawet, kiedy wyodrębnią się już poszczególne postacie, w tle panuje dość duży ruch. Powoli pod choinką gromadzi się coraz więcej prezentów.

CYFRODZIEJ:
Ale jak to, choinka bez świateł?

POGŁOS:
To nie kurs na prawo jazdy.

RETKA:
Końca świata jak nie było, tak nie ma, a teraz, choć pozostałe duchy też mogłyby się wyszaleć, całe Święta są na mojej głowie!

PRZYSTAWEK:
Ta ostatnia część zdania brzmi, jakbyś była Maryją.

RETKA:
To co było na głowie Jezusa?

PANI TRĄBALSKA (nadal z kuchni):
Być może to jeż?

ALEAE (spoglądając pod choinkę):
O, są prezenty!

DELTA:
Już są?

HERZLICH:
A wśród nich na pewno nie ma biletu wstępu za kontuar i na zaplecze.

ALEAE:
Dla ciebie też nie.

GONIEC:
Nie no, do jednego pudełka chyba można zajrzeć? I tak nie są podpisane z zewnątrz, więc nikt nie będzie miał żadnych wyraźnych podejrzeń.

CYFRODZIEJ:
Raz się żyje!

GONIEC:
Które pudełko wybieramy?

ALEAE:
Najlepiej jakieś małe, aby nikt nie zauważył różnicy.

CYFRODZIEJ:
Jesteście naiwni. Ile to ja w swoim życiu różnic przeglądałem… A co dopiero reszta kadry.

GONIEC:
Spódnic?

RETKA:
Hej, to ja przekręcam początki wyrazów!

GONIEC:
Ale w tym przypadku to akurat lepiej, abym ja był pierwszy, prawda?

(ALEAE pod czujnym okiem CYFRODZIEJA wyjmuje spod choinki niezbyt wielką paczkę, po czym zabiera się za otwieranie.)

ALEAE:
A jednak bilet!

HERZLICH:
Cooo?

CYFRODZIEJ:
Coooo?

ALEAE:
Nie dla mnie. Dla Retki! Takie samo zaproszenie, jakie otrzymał niegdyś Cyfrodziej.

(CYFRODZIEJ odczuwa ulgę; teraz wreszcie jest przekonany, że wszystko idzie jak trzeba.)

RETKA:
O rety!

SURFER:
Kto wystawił? Kto? Wystawił? Czemu nie ja?

PRZYSTAWEK:
Ja wystawiłem. Mam za to przepraszać?

RETKA (wzruszona):
Dziękuję, bardzo dziękuję!

DELTA:
Chwileczkę… Jeszcze przed chwilą narzekałaś, że masz całe Święta na głowie. Nie boisz się, że to Cię przerośnie? Spójrz na Marymonta, co się z nim dzieje… Czy na pewno chcesz stanąć za ladą mając świadomość, że będziesz niejako na jego miejscu?

RETKA (beztrosko):
A katafalk zniknął? Zniknął!
(uroczyście)
Przyjmuję zaproszenie!

PRZYSTAWEK, APACZ, CYFRODZIEJ, NAJPRAWA, SURFER, GONIEC, MARIANNA I KOPCISZEK:
WESOŁYCH ŚWIĄT, RETKO!

POZOSTALI:
I wspaniałego Sylwestra!

(Przychodzi MARYMONT.)

MARYMONT (jak gdyby nigdy nic):

Retko, jak się czujesz pełniąc nową dla siebie funkcję?
 
2
 
1
 
4
 
11
 

Oddanych głosów: 18.

RETKA:
To wszystko? (udziela odpowiedzi)

MARYMONT:
Uch…

(Niespodziewanie z sufitu zaczyna padać deszcz.)

GONIEC:
Co tu tak cuchnie?!

DELTA:
I gdzie jest śnieg?

POGŁOS:
To ani chybi opóźniona apokalipsa!

GŁOS Z SUFITU PRZYPOMINAJĄCY GADKĘ FRANKA KIMONO:

W imię zasad.


WSKAZÓWKA:
Czyli pada deszcz, a my mamy udawać, że na nas plują?

GONIEC:
Czy to bezpieczne?

(Część kropli wypala na podłodze i przedmiotach ślady. Przypomina to trochę fakturę rzeźb zwanych popularnie świątkami.)

WSKAZÓWKA:
Może to jakaś nowa reklama środka czyszczącego? Wygląda na to, że mamy do czynienia z bardzo ekologicznym przypadkiem.

GŁOS Z SUFITU PRZYPOMINAJĄCY GADKĘ FRANKA KIMONO:

Ja tu tylko sprzątam.


MARYMONT:
Uch! (odchodzi)

ALEAE:
Ała! To szczypie!

(Z kuchni wychodzi PANI TRĄBALSKA.)

PANI TRĄBALSKA:
Nigdy nie robiłeś sobie tatuażu?
(staje w szczerym polu)
Przynajmniej wreszcie będę miała stały kolor włosów!

(Znikąd pojawia się PUCHATEK.)

GONIEC (do POGŁOSA):
Miałeś rację, apokalipsa.

PUCHATEK:
Czy lubicie mieć możliwość sterowania dowolnie kształtowanymi przez was istotami?

DELTA:
Tak, na przykład samymi sobą. Najlepiej bez wzajemności.

(PUCHATEK podchodzi do krzesłowej choinki i zaczyna przebierać w wiszącej bieliźnie.)

PUCHATEK:
ODDAJCIE MI ODZIENIE, ŚMIERTELNICY! Zawsze interpretowano mój brak spodenek w opaczny sposób…

ALEAE:
Zrób je sobie z plasteliny.

[edytuj] Scena czwarta

Wnętrze księgarni językowej, posiadającej zarówno półki jak i stoły. Oprócz słowników języków klasycznych i nowożytnych można dostrzec katalog z przykładami ukazującymi sposób funkcjonowania języków programowania. Na ścianie – prócz wzorcowych dla tego miejsca obrazów – wisi zestawienie liter służące do badania wad wzroku.

Pod nogą jednego ze stołów znajduje się książka, na której okładce widać napis: „WSPÓLNY”.

Z okna zaczyna wystawać papierowa głowa koziołka zatknięta na kiju. Słychać stukanie do drzwi.

APACZ:
Kto tam?

KOLĘDNICY:

My z kolędą przychodzimy,
robim powitanie zimy,
wpuść nas, chłopcze, wpuść!

(APACZ otwiera drzwi. Jego oczom ukazuje się grupa na pewno nie więcej niż czternastu[25] osób, które oprócz zwierzęcych łbów trzymają transparenty w stylu: „NIE dla drożyzny! TAK dla kultury!” czy „My i tak zgłębimy wiedzę!”. Pojawiają się nawet wyrażenia w języku obcym, jednak są one napisane w bardzo nieumiejętny sposób, zaś w każdym z przypadków poniżej takiego tekstu pojawia napis: „Taki nas czeka los, jeżeli nie zadbamy o niego sami!”)

APACZ:
O co tu cho…

KOLĘDNICY:
Pańskie słowniki są tak drogie, że nikt nie da za nie takiej ceny! Poza tym sprowadza Pan tylko wybrane egzemplarze, a i nierzadko tylko pojedyncze tomy zamiast całości! Widywaliśmy również totalną amatorszczyznę bez informacji o tym fakcie, choć – z drugiej strony – jesteśmy również zdania, że w wielu przypadkach nazwisko jest dla Pana ważniejsze od treści!

(Jeden z KOLĘDNIKÓW zostaje wypchnięty do przodu.)

KOLĘDNIK:
Nie będziemy tolerować takiego szargania dziedzictwa kulturowego! Żądamy ustąpienia ze stanowiska albo przynajmniej obniżenia cen na tyle, że nie będą one nikogo szokowały!

APACZ:
Proszę państwa, po pierwsze, to nie moja wina, że jest wysoki VAT na książki. Po drugie, niektórzy sami kupują pojedyncze tomy po otrzymaniu prezentów lub wizytach w innych sklepach, więc po prostu zostają mi nadwyżki. I co ja mam z nimi zrobić? Nie chcielibyście ich wrzucać do pieca, prawda?

KOLĘDNICY:
Nigdy w życiu!

APACZ:
Po trzecie, na chwilę obecną nie mam podpisanych żadnych umów o wyłączność. Nie mnie też decydować, co jest amatorszczyzną, a co nie, tak samo jak i wam. Pozostawiam w tym względzie wolny wybór czytelnikom.

KOLĘDNIK:
I przez to sprowadza ich pan na manowce.

APACZ:
Zawsze mogę wytłuścić nazwiska godne polecenia.

KOLĘDNIK:
Nie, nie, nie, nie! Skąd mamy wiedzieć, czy to na pewno te?

DRUGI KOLĘDNIK:
Poza tym, powinien pan bardziej troszczyć się o ten sklep. Siedzi pan w knajpie i co my z tego mamy? Tyle, co nędzny ochłap raz na jakiś czas i to właśnie tam!

APACZ:
A, co mam robić szaleńczą sztafetę z książkami zamiast słupów?

KOLĘDNIK:
…PAN JEST NIEPROFESJONALNY!

(APACZ trzaska drzwiami i dokonuje filmowej sceny ich barykady losowymi przedmiotami.)

APACZ:
Dobrze, że przynajmniej tutaj są drzwi…

(Rozlega się kolejne pukanie do drzwi. APACZ wygląda przez okno i macha ręką do siebie, aby gość wszedł tą właśnie drogą. W oknie zjawia MARYMONT z notesem w ręku.)

MARYMONT:
Uch.

APACZ:
Świetnie, ale skąd tu się wziąłeś?

MARYMONT:
Tamta grupa chciała mnie wziąć do reklamy jakiegoś „ważnego projektu”.

APACZ:
Zadałeś im chociaż kilka pytań?

MARYMONT:
Nie zdążyłem zapisać odpowiedzi – zabrali mi notes i zaczęli na nim pisać dziwne znaki.

APACZ (widząc, że notes dalej znajduje się w rękach właściciela):
A potem oddali?

MARYMONT:
Tak, ale gdy zaznaczyłem pod tymi krzaczkami, że następna część tekstu będzie moja, to wyrwali mi tę jedną kartkę i już nie zwrócili.

(Wchodzi MOTYLA NOGA ubrana jak hipiska.)

MOTYLA NOGA:
Kopę lat, braciszkowie!

APACZ (badając kolorowy strój):
Proszę, nie strasz nas…

MOTYLA NOGA (wyciąga niedużą książeczkę):
Trzymaj i nie marudź!

APACZ (przeglądając zawartość):
„Słownik języka gwiezdnego, wszystkie dwanaście dialektów, wydanie tegoroczne”? Skądże to wzięłaś?!

MOTYLA NOGA:
A co, niedobre?

APACZ:
Wygląda genialnie!

MOTYLA NOGA:
Ma jedną wadę – są tłumaczenia z gwiezdnego na polski, lecz nie ma z polskiego na gwiezdny. A widziałeś tych śmiesznych kolędników? Oni nie potrafią nawet odróżnić koziołka od turonia!

APACZ:
A kto ich nie widział? Obeszli już chyba całe miasto[26].

MOTYLA NOGA:
Zapodałam im kilka egzemplarzy. Twierdzą teraz, że przydałoby się coś takiego w gazetach, aby podnieść poziom prasy!

MARYMONT:
Uch.
(po chwili)
Nigdy na to nie wpadłem.

[edytuj] Akt V: Noc Imbolc

[edytuj] Scena pierwsza

Wnętrze Ostatniej Śmierci. Domyślna do tej pory czytelnia zmienia się w wyraźnie widoczną półkę bookcrossingu, na której wśród wielu na pewno poczytnych rzeczy znajduje się pięć tomów słowników tworzących katalog od A do Zet. Z sufitu na razie nie pada już deszcz, ale w rogu stoi fontanna z figurką osoby bezustannie wylewającej z dzbana czystą wodę. Na każdym ze stolików znajduje się świecznik, przy czym tylko połowa świec jest zapalona. Słup ogłoszeniowy stoi do góry spodem.

NAJPRAWA stoi na drabinie i koryguje tabliczki informacyjne. POGŁOS ostukuje ściany poszukując samego siebie[27]. DELTA siedzi przy KOPCISZKU. PANI TRĄBALSKA zadowolona serwuje klienteli kawę, herbatę i owoce.

Obecne również inne osoby.

GONIEC:
Co pani zrobiłaby, gdyby musiała pani wyprowadzić kogoś z lokalu?

PANI TRĄBALSKA:
Na początku chyba zaczęłabym od gry z nim w paintballa…

ALEAE:
A potem znowu spadnie ten ładnie pachnący deszcz?

NAJPRAWA:
MAM JUŻ TEGO DOSYĆ!

KOPCISZEK:
PCenzura2ę nie robię!

NAJPRAWA (bliski załamania):
Nie, ty pracuj dalej.
(po chwili)
Jeszcze raz tu przyjdą po słowniki, Apacza lub jedno i drugie albo żeby chwalić się swoim analfabetyzmem to zatrudnimy tutaj brygadę antyterrorystów!

CYFRODZIEJ:
Ja kiedyś grałem w ceesa.

HERZLICH:
Również dzwonią, nawet do mnie. Cwane bestie, najpierw pytają o typy kabli, a potem mówią, że nie rozumieją specjalistycznego słownictwa, ponieważ każda firma ma swój żargon, a promowane są tylko niektóre z nich!

PRZYSTAWEK:
A próbowałeś zapytać, z jakiej marki telefonu dzwonią?

HERZLICH:
W celach statystycznych?

PRZYSTAWEK:
Można tak powiedzieć.

DELTA:
Aleae.

ALEAE:
Słucham?

DELTA:
Mówię do Kopciszka.

HERZLICH:
No tak, kto mógłby sam z siebie zawołać Alejgo.

DELTA:
Herzlich.

HERZLICH:
Psiakość, w sumie zawołałem.

APACZ:
Ja tylko chciałem powiedzieć, że Przystaś zostaje kadrowym.

PRZYSTAWEK:
Długo się nad tym wahałeś?

APACZ:
Całe pięć karnawałowych orędzi.

PANI TRĄBALSKA:
Karnawał? Może sprzedać maski?

APACZ I NAJPRAWA:
Oni mają ich od cholery, nie widziałaś?

PRZYSTAWEK:
A mówią, że ich na nic nie stać!

DELTA:
Z reguły nie.

POGŁOS (o DELCIE):
Gra w tę Resję jak zahipnotyzowany.

MARIANNA:
Nie ma tu nic innego do roboty.

GONIEC (do MARIANNY):
Nie ma w ogóle czy nie ma Delta?

MARIANNA:
Jej bazy skasował.

(Wchodzi GŁOŚNICA.)

GŁOŚNICA:
Najpierw słowniki ze sztywnymi tłumaczeniami, teraz to…

POGŁOS:
Znaczy się?

GŁOŚNICA:
Zorientowali się, że skoro gwiazdy znajdują się w odległości wielu lat świetlnych od nas, to słownik, który dostali od Motylej Nogi, jest troszeczkę… nieaktualny…

ALEAE:
To może zacznij wreszcie przewidywać przyszłość?

GŁOŚNICA (wytrącona z toku myślenia):
Widzę, że opuszczasz to miejsce.
(do HERZLICHA)
Przepraszam, że posłużyłam się słowami, które chciałeś powiedzieć.

(Wchodzi MOTYLA NOGA.)

MOTYLA NOGA (do PANI TRĄBALSKIEJ):
Ma Pani nadal ten zestaw do paintballa?

PANI TRĄBALSKA:
Niestety nie mogę się nim podzielić, teraz to narzędzie służbowe.

(Słychać odgłos karambolu, ALEAE wybiega z lokalu sprawdzić, co się stało.)

GŁOŚNICA:
Niekoniecznie o tym myślałam…

GONIEC (do GŁOŚNICY):
Podobno znasz już wszystkie rejestry dźwięków prócz jednego?

GŁOŚNICA:
Tak.

GONIEC:
I nie pragniesz dopełnienia swojej wiedzy w tym zakresie?

GŁOŚNICA:
Nie bardzo, ale jeśli interesują cię takie tematy, to zapytaj Pogłosa, czy zna już twardość wszystkich materiałów.

HERZLICH:
Przypomniało mi się, jak wcześniej wydzwaniał taki jeden koleś, że mu komputer nie chce rozpoznawać modemu…

(Na scenę wchodzi osoba niebędąca żadną z postaci i woła: „Przerwa na reklamę!”.)




Zaplecze; jego przestronność od razu rzuca się w oczy. W tle cały czas słychać szum wody, a u góry widać małe okienko. Wejście takie, jak w akcie II.

Ludzie przychodzą ze świeczkami w rękach, jednak RETKA, przebrana za Brigid[28], zamiast świeczki trzyma znicz.

POGŁOS:
Zatem macie mnie przeprowadzić przez rytuał czyniący mnie…

PRZYSTAWEK:
Jednym z nas. Jednym z tych podłych, niewdzięcznych, skąpych nas. Prawda?

RETKA (podnosząc znicz niczym do toastu):
Prawda!

POGŁOS:
Gdzie mroczna księga?

APACZ (podając słownik grecko-łaciński):
Proszę.

POGŁOS:
Zatem ślubuję, że…

(Z okienka wychyla się głowa PUCHATKA.)

PUCHATEK:
Wiecie, że już niedługo znów będzie można panować nad całymi miastami?

PRZYSTAWEK (nieporuszony):
To rozejrzyj się po ulicy, bo mnie się wydaje, że to już się zaczyna.

POGŁOS:
Zatem macie mnie na świadków, że będę czynił wszelkie starania, aby być ozdobą Ostatniej Śmierci i jej wiernym opiekunem.

(Chwilowe rozproszenie uwagi widzów. MOTYLA NOGA cały czas szuka punktu, na którym mogłaby zaczepić wzrok.)

APACZ:
Czas na słowa mocy.

MOTYLA NOGA (pokazując na przejście):
…ta futryna NIE MA DRZWI!

GŁOŚNICA:
Ech…

MOTYLA NOGA:
Aż tak się nie trzymały zawiasów?

GŁOS MĘSKI ZZA KADRU Z II/1:
Tych drzwi nie da się przywrócić!

RETKA:
Biedne. (stawia znicz koło przejścia)

APACZ:
Zaczniemy za chwilę…

(Przejście osoby postronnej tym razem zwiastuje: „Koniec reklamy!”)




APACZ:
To może teraz nadasz sobie jakieś indiańsko brzmiące imię?

POGŁOS:
Już wymyśliłem.

APACZ:
Bardzo dobrze. Jak brzmi?

POGŁOS:
„Rybałt Do Natchnień”.

RETKA:
Przeklęty lizus!

[edytuj] Scena druga

Znany już widzom sklep z dekoracjami. Zamiast posągu Artemidy stoi rzeźba Ganimedesa. RETKA I NAJPRAWA siedzą spokojnie w miejscu, APACZ zanosi się śmiechem.

APACZ:
I wiecie, co ja w końcu zrobiłem? Obniżyłem ceny wszystkich publikacji o jeden grosz!

NAJPRAWA:
To i tak wielkie marnotrawstwo.

APACZ:
Ale słuchajcie dalej…

RETKA:
Wy też ciągle znajdujecie te kartki…

(Scenę zasypują różowe i brązowe koperty z serduszkami.)

RETKA:
…walentynkowe?

APACZ:
A otwórz chociaż jedną.

NAJPRAWA:
Czyżby to podziękowania za obniżenie cen?

APACZ:
Prawdopodobnie.

RETKA:
BZDU-URA, te kartki teraz są najtańsze, a teksty są już gotowe!

[edytuj] Scena trzecia

Pokój gościnny. Z jednej z szaf wysypują się ziemniaki, a otwarte okno podpiera prosto stojąca kosa. KRYPTON siedzi na łóżku i pali fajkę. SZYSZKA zostaje na podłodze, siedząc po turecku. DELTA i (prawdopodobnie) KOPCISZEK nadal grają w Resję, chociaż ten drugi zadaje nieco inne zagadki niż zwykle.

KRYPTON:
Pokazywałem już tego robota do obierania ziemniaków?

SZYSZKA:
Dziwię się tobie, że chce ci się zajmować takimi prozaicznymi rzeczami.

KRYPTON:
Wiesz, trzeba na czymś poćwiczyć.
(spogląda na DELTĘ)
Nadal posiada więź z maszyną. Podmiana Kopciacha na inne ustrojstwo nie zmieniła zbyt wiele.

DELTA:
Apacz.

SZYSZKA:
Ja pamiętam. On tak i bez maszyn. A żeby tylko on… W sumie sam się w to wpakował.

KRYPTON:
Póki więź trwa, nic nie zrobimy. Trzeba jakoś się postarać, aby znikła, nawet, jeśli miałoby się to stać za wiadomą sprawą.

SZYSZKA:
To by było dobre, odczarowanie ręką tej samej osoby…

KRYPTON:
A ja znowu nie mam z kim porozmawiać.

SZYSZKA:
To poczytaj słowniki. Ja mogę zastanowić się, czy nie ma w nich zakodowanego Planu.

KRYPTON:
Planu superkonstrukta?

SZYSZKA:
Raczej źródła mocy, z którego tak obficie czerpią niektórzy w knajpie.

(Do drzwi puka ALEAE. KRYPTON uchyla drzwi i się cofa.)

KRYPTON:
Wolę sci-fi niż fantasy.

ALEAE:
Magia…

SZYSZKA:
Gdzie?

ALEAE:
Powiedziałem w Ostatniej, że zdejmuję papieżowi jego atrybuty.

SZYSZKA (raczej do siebie, ale tak, żeby druga część zdania była dobrze słyszalna):
Kurczę, to musi być naprawdę potężne miejsce, skoro tak… skromny człowiek potrafi zdziałać takie rzeczy…

KRYPTON:
A na inne osobistości mocy nagle zabrakło?

GŁOS MĘSKI ZZA KADRU Z II/1:
Tego człowieka nie… a dobra, może tym razem zamilknę…

SZYSZKA:
Nie można być prorokiem we własnym kraju.

[edytuj] Akt VI: Watykańskie noce

[edytuj] Scena pierwsza

Wnętrze Ostatniej, pomimo braku okoliczności ku temu bogate w różne losowo dobierane przedmioty i dekoracje. Nad wejściem na zaplecze, na słynnej już ościeżnicy, przyczepiono odlew czarnego głowomłota (ryby-młot) zwrócony głową w dół, natomiast koło półki bookcrossingowej przytwierdzono drugą, srebrzystą rybkę.

Z lewej strony, blisko lady, stoi szafka z telewizorem, rzecz jasna zwróconym ekranem w stronę widowni.

ALEAE, LITEROWNA (w tęczowej spódnicy) i DESICERASA siedzą przed odbiornikiem, HERZLICH pochrząkuje, zaś POGŁOS, GŁOŚNICA i WSKAZÓWKA dokonują przeglądu wyposażenia. Przenoszą część rzeczy pod słup, a część wprost do kosza na śmieci (tym ostatnim zajmują się kontuarowcy). RETKA, przebrana za Herę, przygląda się porządkom. Występuje też DELTA, który dalej w Resję gra.

LITEROWNA (do ALEAE):
Przewiń kasetę teraz.

DESICERASA:
Przecie wideo zaginęło!

HERZLICH (przez komórkę):
On domenę se myli…

GŁOŚNICA:
A tanią znajdę aptekę?

ALEAE:
Po nas, dziewczyno, słychać
audio to i…

LITEROWNA:
Jak sen?

RETKA:
Hero, samą przez się gloria…

WSKAZÓWKA (o porządkowanych rzeczach):
Trochę wynieślim.

GŁOŚNICA:
To prawda, myślałam, że nie będzie tutaj aż tylu staroci.

RETKA:
Ze starociami to do mnie proszę.

POGŁOS:
Uwierz mi, nie. Nie nadadzą się nawet na opcje gratis.

LITEROWNA:
Halo?

ALEAE (trzymając pilota):
No już, zaraz poszukamy jakiegoś meczu.

DESICERASA:
Ale aktualnego?

ALEAE:
No tak, tak, bo chcę się założyć.

LITEROWNA:
Nie lepiej założyć się o wynik z kasety?

(Wchodzi SUPEŁ.)

SUPEŁ:
Ja naprawdę wtedy nie zasłużyłem na zakaz wstępu!

RETKA I POGŁOS:
O rety!

WSKAZÓWKA:
Czy nie można go potraktować tak, jak został potraktowany jego starszy brat w Gordionie przez Aleksandra Wielkiego?

LITEROWNA:
A tak w ogóle, to zjadłabym coś!

GŁOŚNICA:
Nie macie wrażenia, jakby co chwilę prawie każdy mówił na nieco inny temat?

POGŁOS:
Spokojnie, to tylko sede vacante!

ALEAE (z poczuciem obowiązku):
Zaraz wracam.

HERZLICH (już bez telefonu):
Czy to konieczne?

(ALEAE idzie do kuchni.)

DESICERASA (do LITEROWNEJ):
Szybko! Przełączmy na tych przystojniaków z Ekstraklasy!

(Wchodzi GONIEC.)

GONIEC:
Skoro telewizor jest aż tak okupowany to ja włączam radio!

(Słychać transmisję ze skoków narciarskich.)

GŁOŚNICA:
Ten komentator i ty macie bardzo podobne głosy.

(ALEAE powraca z czapką kucharską na głowie i tacką frytek – na szczęście – na innej powierzchni.)

LITEROWNA (zabierając czapkę i zaglądając do środka):
Halo, jest tu kto?

HERZLICH:
Wyjątkowo się zgodzę z jej pytaniem.

ALEAE (z czułością):
Literciu, przyniosłem frytki.

GONIEC:
Te, a skąd wziąłeś ziemniaki?

ALEAE:
No co? Krypton chyba zrezygnował z wynajmu, więc ów pokój zabukowałem sobie ja…

HERZLICH:
Więc?

POGŁOS:
Więc z łaski swojej przenieście tam telewizor.

DELTA (nadal siedząc przy maszynie):
Hej, czy mógłbym już przestać grać?

ALEAE:
Zakładając, że chciałbyś… proponuję to omówić.

GŁOS Z TELEWIZORA:
Za chwilę podamy wynik meczu koroniaków z legionistami

DELTA (nie rozróżniwszy źródła dźwięku):
Trzy do dwóch!

HERZLICH:
No albo gra, albo nie…

ALEAE:
Dobra. Idziemy gdzieś indziej. (No jak on może zabierać mi zakłady, wrrr…)

Przez okno wlatuje zdalnie sterowana patelnia, po czym wykonuje kółko i zawraca.

[edytuj] Scena druga

Na scenie pojawia się dwójka ARYSTOKRATÓW. Za ladą widać coraz więcej kontuarowców. DELTA gra dalej (a jednak!), lecz robi coraz większe przerwy.

ARYSTOKRACI:

Papieża już na tronie nie ma, więc mroki spływają na nasze dzieje.
Pamiętacie chyba porę, w której przenieśliśmy się z kwater spółdzielczych na własny lokal?
Nadszedł czas, aby ustalić raz na zawsze: Czy i Wy przenosicie swój lokal poza spółdzielnię… pod nasze dostojne skrzydła?

APACZ:
Uczynimy stosowną listę w swoim czasie.

HERZLICH:
I tak wolimy nie przenosić.

WSKAZÓWKA:
Ludzie przychodzą do nas właśnie tutaj. Nie chcielibyśmy, aby pewnego dnia przeczytali, że niczego nie dostaną i muszą udać się gdzie indziej. Nawet, jeśli mieliby bliżej.

POGŁOS:
Poza tym, skąd mamy wiedzieć, czy Wasi następcy nie będą stawiali nam wymagań większych niż obecni właściciele?

PRZYSTAWEK:
Dokładnie. A w przypadku poważniejszych spraw przynajmniej mamy się do kogo odwołać…

GŁOŚNICA:
Na dodatek to działa też w inną stronę – możemy w łatwy sposób wyjaśniać gościom, dlaczego przestrzeganie zasad jest takie ważne. Wystarczy powołać się na właścicieli.

ALEAE:
Ja jestem ciekaw paru rzeczy, ale to raczej wynika z faktu, że nigdy nie przeżywaliśmy takiej odmiany, bądź też działo się to bardzo dawno temu. A w ogóle, mają Państwo paczkę mentosów?

PRZYSTAWEK:
Że co?

ARYSTOKRACI:
Czyli nie?

HERZLICH:
Nie mogą Państwo po prostu wynajmować mniejszej powierzchni? Albo mierzycie siły na zamiary, albo idziecie do pracy…

ARYSTOKRACI:
Jakoś oferty z Pańskiego otoczenia nie wydają się ani uczciwe, ani dobrze płatne.

APACZ:
Przestańcie już…

(ALEAE włącza się światełko na naręcznym zegarku, które zaczyna świecić ARYSTOKRATOM po oczach. ARYSTOKRACI biegają w kółko, chwilowo oślepieni, zaś większość osób odchodzi. Zapada zmrok.)

CYFRODZIEJ:

Sam na nocnej zmianie. Nie myślałem, że dożyję takich czasów.
(spogląda na jednego z ARYSTOKRATÓW)
Komuś przydałoby się małe otrząśnięcie się z szoku. Skoro koleś nawet niczego nie zamawia…
(cuci go wiadrem wody i kieruje go na świeże powietrze)

ARYSTOKRACI (po zorientowaniu się):
Nie możemy tu zostać? Czy nie uważa nas Pan za swoich przyjaciół…?

CYFRODZIEJ:
Ha, chcielibyście tu Państwo pozostać bezczynnie bez wypraszania?

ARYSTOKRACI:
My wcale nie musimy pozostać w bezczynności…
Zresztą, nie bądź Pan menda. Co Pan ma jeszcze do powiedzenia?

CYFRODZIEJ:
Że tęsknię za dziewczynami.

ARYSTOKRACI:
Czyli segreguje Pan ludzi ze względu na płeć? Oj, niedobrze…

(Pojawia się coraz więcej osób, które dołączają się do ARYSTOKRATÓW. CYFRODZIEJ stara się wyprosić poprzednich.)

ARYSTOKRACI:
A teraz pora na mały skecz…

[edytuj] Scena trzecia

OŚ, poranek. Wszystko, co nie było z założenia rupieciami, pozostaje, jak było. W prawym kącie stoi hulajnoga, która wygląda jak dwie odwrócone kosy połączone ze sobą deską u podstaw oraz kierownicą u trzonków.

GONIEC ogląda prawdopodobnie powtórzoną transmisję skoków, przeklinając fakt, że nadchodzi wiosna. ALEAE i LITEROWNA próbują grać w piłkę, DESICERASA im sędziuje, a HERZLICH… w najlepszym humorze nie jest.

HERZLICH:
Czy oni nie rozumieją, że tym zachowaniem stwarzają zagrożenie nie tylko dla innych, ale również dla siebie?!

NAJPRAWA:
A mówią, że sport to zdrowie…

GŁOŚNICA:
Sport to najstarszy temat zastępczy świata. Nie ma chleba, to są ciastka w postaci igrzysk.

HERZLICH:
Nie mówcie mi nic o ciastkach dzisiaj…

GONIEC:
Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym to ja chciał się tu rozstawić?

GŁOŚNICA:
Tylko nie mów, że ta przedłużająca się zima to twoja sprawka.

GONIEC:
Bez przesady, w tej chwili myślałem bardziej o szachach w skali 1:1.

DELTA (nadal pochłonięty grą z maszyną):
Dwa jeden!

DESICERASA:
Nie prosiłam o pomoc w sędziowaniu!

HERZLICH (dalej obserwując rozgrywkę sportową):
A może wysłać ich do tych jakże pustych komnat arystokracji? Oni mieliby przestrzeń, a arystokracja… to, co jej się niezbicie należy…

(Przychodzi JAN Z BARDZÓW, bardzo zaniepokojony.)

JAN Z BARDZÓW:
Mogę wiedzieć, co wam nie pasuje w biuletynie o biurokracji?! Wiecie, przez ile musiałem kiedyś przejść?

GŁOŚNICA:
To chyba część dowcipu. Rozumiesz, gdyby ten biuletyn został uznany, oznaczałoby to, że normy, które panują wokół nas nie są aż tak groźne i potężne.

JAN Z BARDZÓW:
W każdym razie, ja przeżyłem gruntowne szkolenie, uzbierałem formularze we wszystkich kolorach tęczy, a nawet zobaczyłem samego Teropoda!

POGŁOS:
To ostatnie naprawdę wiele wyjaśnia.

JAN Z BARDZÓW:
Choć rozumiem wskazaną intencję, uprasza się, aby pieczątka jednak została przybita… albo wycofam wszystkie papiery!

POGŁOS:
Wtedy okaże się, że do wycofania papierów zabraknie innych wymogów formalnych i będzie jak po staremu. Sprytne.

JAN Z BARDZÓW:
No nie? My, miłośnicy rzemiosła, musimy trzymać się razem!

(Z kuchni wydobywa się czarny dym.)

ALEAE:
Czyli nadal nie mamy papieża.

HERZLICH:
Te, niczego tam nie przypaliłeś?

ALEAE:
Nie, niczego nie włączałem, a przecież cały czas tu jestem.

NAJPRAWA:
Przecież odpowiedź jest tylko jedna. SPÓŁDZIELNIA.

(Transmisja z telewizora zostaje przerwana, nawet jeśli uwzględnić fakt, że mogła być odtwarzana z kasety.)

NAJPRAWA:
Widzicie? Może wyjaśnią.

GONIEC:
No nie… oby to było o papieżu, inaczej niech nikt mi nie przerywa oglądania!

LasyKarbońskie

Niestety lektorem nie będzie Krystyna Czubówna…

DESICERASA:
Cicho, mnie już sędziowanie się znudziło.

(Na ekranie pojawia się pejzaż przedstawiający lasy karbońskie. Można wręcz pomyśleć, że to urywek jakiegoś dokumentu rekonstruującego warunki panujące na paleozoicznej Ziemi. Słychać chrząknięcie GŁOSU MĘSKIEGO ZZA KADRU Z II/1, który zwany będzie poniżej INNYM GŁOSEM Z TELEWIZORA.)

INNY GŁOS Z TELEWIZORA:
Dlaczego?! Dlaczego do tego lokalu nie można mnie wpuścić?! Żądam wyjaśnień!

PRZYSTAWEK:
Żebyś potem nie narzekał, że z tego pomieszczenia nie da się wyjść!

APACZ (zamyślony):
A da się?

SURFER:
Mogę udowodnić, że się da, mimo iż tu nie jest normalnie. Może gdy pójdę, wtedy wreszcie tak będzie?
(wsiada na wspomnianą, charakterystyczną hulajnogę, po czym odjeżdża, nucąc pod nosem bliżej nieokreśloną melodię)

LITEROWNA:
Zimno, brakuje tu tylko szyszek na iglakach…

ALEAE:
Czy te iglaki to jakaś metafora palowania?

APACZ (do LITEROWNEJ):
Ale czego tu mogą jeszcze szukać?

GŁOŚNICA (próbując złapać melodię SURFERA):
Wiecie co, może rzeczywiście pośpiewajmy.

APACZ:
Też mi odpowiedź.

(Zgromadzeni porzucają swe zajęcia – nawet DELTA, cały czas grający w Resję, próbuje się przyłączyć. Atmosfera zostaje podkręcona w kierunku jakiegoś filmowego gospela, czy coś.)

RETKA (przepasana zieloną wstęgą):
N jak Nadzieja!

GŁOŚNICA (na melodię „Ody do radości”):

Nadzieja ostatnia niknie –
stąd, energio nasza, słyń!
Oto pełni entuzjazmu
dalej idźmy, absurd…

LITEROWNA:
Yyy?

NAJPRAWA:

Gdybyśmy nie liczyli na to,
że cokolwiek uda nam się –
leżelibyśmy pod ladą
czekając, aż przyjdzie sen!

GONIEC:

Mówią, że to głupich matka,
lecz jesteśmy pewni, że
zdąży każdego wychować,
skoro najpóźniej umrze.

PRZYSTAWEK:

A jeśli czas przyjdzie i na nią,
to znak, że świat też skończył się;
miło choć, gdy sprzątnie sajgon
ktoś z dużym doświadczeniem!

[edytuj] Epilog

    HOP   *   MAK2

NAJPRAWA:
Zdołaliśmy nieco przerobić gadkę Marianny o mleku.

GONIEC:
No coś ty?! Jak ona może teraz brzmieć?

APACZ:
Zastanawiam się, czy da się to należycie odwzorować w pisowni…


MARIANNA:

S**s ultima moritur!

Przypisy

  1. Istnieją wprawdzie galerie handlowe, jednak służą one wyłącznie przyjezdnym. W końcu opisywaną dzielnicę można nazwać pierwszą galerią w mieście, przy czym inne galerie wypadają przy niej jak makiety zamykane w szklanych kulach z zimowym krajobrazem na tle rzeczywistych budowli
  2. Natomiast NIE jest to klub, ponieważ budynek nie posiada dostatecznie dużo niezagospodarowanej przestrzeni
  3. Chciał nawet zainstalować osobny numer z automatem dla tych, którzy nadal nie mają dostępu do Internetu, a chcą skorzystać z Google; wkrótce jednak doszedł do wniosku, że nudzi się w pracy, gdyż nadal nikt nie chce mu przeszkadzać w odbieraniu telefonów
  4. Osiedle w Warszawie, a przede wszystkim stacja metra, nie mylić z Marcimonem
  5. Z rodu Bardzów, nie miejscowości Bardze
  6. Ponieważ ściągał gry na komórkę będąc na statku
  7. Do dziś nie wiadomo, czy w dopełnieniu domyślnym chodziło o napój czy o bohatera, a może o jakąś ścianę?
  8. Z łaciny: sum – jestem, S.U.M.spes ultima moritur
  9. Patrz ilustracja tytułowa
  10. Trzy postacie ze Świata Dysku – czarownice reprezentujące odmienne pokolenia i lata życia
  11. Na pewno nadal nie mówimy o biednym zwierzęciu?
  12. Lenistwo podatkowe potrafi czynić cuda
  13. Nie są z rzeczywistego sera. Chyba nie chcemy, by się roztopiły?
  14. Świadkowie Jehowy oraz niektóre inne odłamy protestanckiego pochodzenia nie wierzą w istnienie duszy (albo przynajmniej w jej nieśmiertelność), argumentując, że idea ta z dużym prawdopodobieństwem pochodzi od ruchów negujących zmartwychwstanie, co oznacza, że tym samym może ona przysłaniać naczelną myśl chrześcijaństwa
  15. A musi udawać?
  16. W sensie kumpla ich dwojga z muzycznego
  17. Oczywiście ekskomunika, ale tu chodzi szerzej o klęskę, katastrofę
  18. Wygląda na to, że Anathema i pasterka Zosia miałyby sobie wiele do powiedzenia
  19. czyt. Resja, z łac. res = rzecz
  20. Jak widać, bycie pierwszym nie zawsze popłaca
  21. „Wiolinowe” – pomyślała część widowni. „Na fali” – pomyślały klucze.
  22. Również te spadające
  23. Patrz III/2
  24. Nie zrozumiesz tego, jeżeli w szkole zazwyczaj uciekasz z zastępstw
  25. W Polsce do powołania prawomocnego stowarzyszenia potrzebne jest przynajmniej piętnaście osób
  26. Z łopatologicznego punktu widzenia, w miastach bez rynku manifestacje nie mają gdzie się zatrzymać, co powoduje, że są one o wiele mniej tolerowane
  27. Czy jakoś tak…
  28. Celtycka patronka ognia, rzemiosła i poezji
Nasze strony
Przyjaciele