FANDOM


Pocztówka z Państwa Środka


6 listopada 1974
Syrenka, którą Zdzichu uparł się mnie podwieźć pod Pałac Kultury stała malowniczo rozkraczona na środku śmierdzącej ulicy, której nazwa nie była warta zapamiętania. Kurwa, mogłem pojechać tramwajem. Ceną byłoby wdychanie przez pół godziny szlachetnego warszawskiego smrodu spod pach towarzyszów niedoli, ale przynajmniej bym już był na miejscu. Zostawiłem ubabranego smarem Zdzicha, wziąłem z bagażnika skrzynkę z narzędziami i poszedłem w kierunku placu Defilad. Trudno nie zauważyć tego cholerstwa, wielka jebana czerwona flaga wbita w serce Polski, Pałac Kultury i Nauki imienia Stalina. Na całe szczęście niedługo po budowie ktoś się opamiętał i usunął „imienia Stalina” z nazwy. Było chłodne listopadowe popołudnie, doprawdy romantyczny moment na randkę z arcydziełem architektury socrealistycznej.

– Panie, czekaj pan!
Odwróciłem się. Jakiś pajac w zielonej kamizelce i żółtej koszuli biegł za mną. Jakby się dłużej zastanowić to wyglądał bardziej na pomyleńca niż pajaca.
– Czego? – zapytałem grzecznie.
– Panie, słuchaj pan uważnie, mam dla pana… – pomyleniec rozejrzał się uważnie jakby szukał wzrokiem szpiegów wrogiego imperium. – Pan jest inżynier Kowalski, prawda?
– No, jestem. Co, zawaliło się coś? Skargi proszę kierować do Centralnego Kierownictwa Komitetu Budowniczych Zrzeszonej Młodej Warszawy – powiedziałem i wcisnąłem upierdliwcowi w rękę kartonik z adresem baru mlecznego we Wrocławiu.
– Nie, nie, nie! Słuchaj pan, tylko pan możesz to wszystko powstrzymać! To całe szaleństwo, chaos jaki się rozpęta! – krzyczał już niemalże, a ja śpieszyłem kroku w kierunku placu Defilad. Co za idiota. Skąd się tacy biorą?



Mieliśmy zainstalować kolejną antenkę na iglicy, na samym czubeczku. Do tego wielkie pudło z aparaturą powleczone zieloną emalią wysokiej jakości, która już zaczynała złazić. Oczywiście wszystkie windy były zepsute, więc sprzęt na szczyt musieliśmy wtaszczyć sami. Czterdzieści dwa cholerne piętra, kurwa Stalina mać. Potem jeszcze kilkadziesiąt metrów iglicy, która służy tylko i wyłącznie wydłużeniu przyrodzenia działaczy partyjnych. Te grube świnie pewnie nigdy by się tu nie wtoczyły.

Kilkadziesiąt minut sapania i klęcia pod nosem na matki budowniczych później, wturlaliśmy się na górę.
– Pizga – stwierdził oczywistość Heniek.
Reszta nie była tak rozmowna i wzięła się do podłączania skrzynki aparaturowej. Ja tymczasem włożyłem uprząż i przypiąłem się do masztu. Za cholerę nie wierzę, żeby te sparciałe sznurki utrzymały moją masę gdybym spadł, ale lepsze to niż nic.
Co ciekawe, na czubku pizgało jeszcze bardziej. Wziąłem się za przykręcanie anteny w wyznaczonym miejscu. W pracy zdecydowanie nie pomagał natłok wszelkiego rodzaju kabli, anten i innych pierdółek.
– Kowalski, jak wam idzie? – krzyknął z dołu kierownik. Cholerny komuch, nawet jak wierchuszka nie patrzy to mówi do wszystkich per „wy”.
– Jeszcze chwila! – odkrzyknąłem.
– Pośpiesz się bo pizga tu!
Jakbym kurwa nie zauważył, łapy mi zupełnie zgrabiały. Jedna ze śrubek nie chciała się dokręcić, więc przyłożyłem nieco więcej siły. Cholera, ani drgnie. Mocniej… Mocniej… Co z tym szajsem? Nagle usłyszałem delikatne pyknięcie i śruba ustąpiła. Tak mnie to zdziwiło, że aż z rozpędu walnąłem kluczem w jakieś pudełko obok. Nie wyglądało na specjalnie uszkodzone, tylko trochę się wgniotło i zaczęło pikać. Nie mój problem, fajrant. Niech kto inny się tym martwi.

Gdy byliśmy już w połowie wysokości Pałacu, usłyszałem coś jakby pomruk wydobywający się z trzewi tego piekielnego budynku, a podłoga lekko zadrżała.
– Ty, słyszałeś? Wali się czy jak? – zapytałem Heńka.
– Eeee, co ty, pewnie coś wysadzają na budowie dworca, to tuż obok – odpowiedział.
Pewnie miał rację, Pałac był niemalże niezniszczalny. Żeby go zawalić trzeba by zrzucić na niego kilkaset bomb, a nie pierdolnąć kluczem francuskim.

Postanowiłem wrócić tramwajem, wolałem nie ryzykować spotkania tego dziwaka w tym samym miejscu. Na przystanku stał tłum ludzi, widocznie tramwaju nie było tu już z pół godziny. Poczekam, nie śpieszy mi się. Zacząłem wpatrywać się w pozapadany chodnik. Płyty chodnikowe latały za każdym razem, gdy ktoś na nich stawał. Jedna z nich drgała szczególnie mocno, co oni tam podsypują, muł z Wisły? Zauważyłem, że coraz więcej płyt dookoła zaczyna podskakiwać i klekotać w jednym rytmie.
– Co do… – powiedziałem pod nosem.
Cała ziemia drżała. Wojna? Naloty? Atak nuklearny? Kapitaliści zrzucają stonkę? W żadnym z tych przypadków nie warto było uciekać, więc zacząłem się intensywnie rozglądać. Od strony placu Defilad na niebie widać było łunę. Jakaś defilada? Moje wątpliwości rozwiała powoli wznosząca się do góry iglica Pałacu Kultury. A właściwie to sprawiła, że zwątpiłem w swoją trzeźwość i jasność widzenia. Co kurwa?!

Pałac Kultury rakieta
Pałac Kultury i Nauki na przekór wszelkim prawom fizyki wznosił się ku niebu na jasnym słupie ognia. Rakieta normalnie. Z fasady odpadały płaty piaskowca w kolorze gówna i rozbijały się parę pięter niżej o dobudówki. Przetarłem oczy z niedowierzania i zacząłem się zastanawiać czy w zaistniałej sytuacji tramwaj ma jakiekolwiek szanse na przyjechanie. Nad miastem zaczęły rozbrzmiewać syreny i stwierdziłem, że dzisiaj zrobię sobie dzień pieszego pasażera. Będzie szybciej. Przy okazji przetrzeźwieję nieco.




7 listopada 1974
Obudziłem się z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Otworzyłem oczy i natychmiast tego pożałowałem. Nade mną stało kilku milicjantów z karabinami wycelowanymi prosto we mnie.
– Kurwa.
Milicjanci nie mieli nastroju na wyjaśnianie, czego właściwie ode mnie chcą. Pozwolili mi się tylko ubrać i wywlekli na ulicę do radiowozu. Dostałem w areszcie całkiem przytulną celę, na ścianie rozwijał się dorodny grzyb, po podłodze biegały szczury, ale przynajmniej nie musiałem jej z nikim dzielić. Położyłem się twardej jak diabli pryczy i zacząłem się zastanawiać, co ja, wzorowy obywatel, zrobiłem żeby się narazić Partii. Może mi się wczoraj nie wydawało i Pałac Kultury faktycznie odleciał na orbitę? Ta myśl wydawała się być niesamowicie niedorzeczna, ale jeśli… Czemu akurat ja? Założę się, że to kierownik mnie podkablował, pewnie Heniek powiedział mu, że codziennie rano pluję mu do kawy. Skurwysyn. Postanowiłem się zdrzemnąć zanim milicjanci znowu przyjdą. Na pewno będą mieli duuuużo pytań.

Obudziło mnie coś jakby szuranie. Idą po mnie? Leniwie otworzyłem oczy i od razu przetarłem je z niedowierzania. Po środku mojej celi stał pomyleniec w zielonej kamizelce, którego spotkałem wczoraj na ulicy.
– Dzień dobry! – zawołał dziwak, wyraźnie ucieszony.
– Co do cholery… Czego tu? – zapytałem półprzytomnie.
– Przyszedłem cię odwiedzić, stary druhu – odparł.
– Jaki stary druhu… Ciebie też wsadzili? – zapytałem.
– Och, można tak powiedzieć. Bardziej adekwatnym określeniem byłoby stwierdzenie, że się sam tu wsadziłem. Przez tunel.
Rozejrzałem się uważnie po celi. Jaki znowu tunel? Spojrzałem na dziwoląga niewiele rozumiejącym wzrokiem.
– Kwantowy. Tunel kwantowy. Wstawaj, mamy dużo do zrobienia – powiedział pomyleniec, nie rozwiewając jednak moich wątpliwości ani trochę. Z braku czegoś lepszego do roboty i na wypadek gdyby dziwak okazał się być agresywny, wstałem.
– Świetnie. A teraz… Naprzód! – powiedział i wskazał gestem przodownika pracy niczym niewyróżniający się fragment ściany. Wykonał krok do przodu i zamiast rozpłaszczyć się na ścianie, po prostu przez nią przeszedł. Przetarłem oczy ze zdziwienia. Halucynacje czy jak? Spojrzałem podejrzliwie na grzyb rosnący na ścianie. Kto wie, co oni tu hodują. Już miałem nadzieję, że narkotyczne wizje się skończyły, gdy usłyszałem stłumiony głos zza ściany.
– To jak, idziesz czy nie?
Nie no, ja tu chyba zwariuję.
– Ale jak? – zapytałem nieco wbrew sobie.
– No po prostu, nie słyszałeś o tunelowaniu kwantowym? Jest szansa jak jeden do miliarda miliardów miliardów miliardów yyy… miliardów i parę zer jeszcze, że przejdziesz przez tę ścianę bez szwanku. Jest też dużo większa szansa, że utkniesz w środku i umrzesz straszliwą śmiercią, no chodź!
Co on ćpie? Jakie tunelowanie kwantowe? Zacząłem się zastanawiać, co on właściwie do mnie powiedział, ale moje rozważania przerwała ręka, która nagle wyłoniła się ze ściany, złapała mnie za kołnierz i wciągnęła w ścianę. Zamknąłem oczy i zacząłem krzyczeć.
– No i czego drzesz mordę? – zapytał pomyleniec.

Ostrożnie otworzyłem oczy, by przekonać się, że faktycznie byłem poza celą. Szaleństwo, czyste szaleństwo.
– Uszczypnąć cię? – zapytał.
Spojrzałem na niego ciężkim wzrokiem i przez chwilę zastanawiałem się jeszcze nad sensem ostatnich wydarzeń. Po chwili poczułem coś jakby pyknięcie w mózgu i zrozumiałem.
– Nie, dzięki, obędzie się. Jak ci na imię towarzyszu?
– Hermenogild Grigorij Klementynowicz Azazawajajew. Ale możesz mi mówić po prostu Wołodia.
– Dziwnie się czuję drogi Wołodio. Co się właściwie stało?
– Nie ma czasu na wyjaśnienia – odparł. – Musimy czym prędzej zmierzać w kierunku naszego celu! – powiedział i wszedł w kolejną ścianę. Niewiele myśląc ruszyłem za nim raźnym krokiem. Pięć minut spokojnego spacerku później staliśmy na środku gigantycznego placu, który wydawał mi się być dziwnie znajomy.
– Gdzie jesteśmy? – zapytałem.
– Na Placu Czerwonym w Moskwie – odpowiedział. Faktycznie, dookoła słychać było niesłychany zgiełk, przez który przebijało się co chwila coś jakby hymn Związku Radzieckiego zmiksowany z amerykańskim rapem. Chyba jakaś defilada.

Red Square 1977-11-07-27
Nie zastanawiałem się nawet, jakim cudem po pięciu minutach spacerku z Warszawy trafiliśmy do Moskwy. Przecież to oczywiste.

– Musimy się śpieszyć! – krzyknął Wołodia. – Gdzieś w tym tłumie jest człowiek, który może to wszystko powstrzymać. Ma na sobie czerwone kalesony i czarną marynarkę z gwiazdeczką z wizerunkiem Lenina na klapie.

Rozejrzałem się dookoła. Na oko połowa ludu miała przypiętą gwiazdeczkę z Leninem. Na całe szczęście nie było zbyt wielu idiotów w czerwonych kalesonach. Wykonałem krok w kierunku północno-wschodnio-południowo-zachodnim i zauważyłem gościa w czerwonych kalesonach ze skrzynką narzędziową pod pachą.
– Panie, czekaj pan! – krzyknąłem za nim.
Odwrócił się i spojrzał na mnie jak na pajaca. Jakby się dłużej zastanowić, to patrzył bardziej jak na pomyleńca niż jak na pajaca.
– Czego? – zapytał grzecznie.
– Panie, słuchaj pan uważnie, mam dla pana… – rozejrzałem się uważnie, szukając wzrokiem Wołodii. – Pan jest inżynier Gierasimow, prawda?
– No, jestem. Co, zawaliło się coś? Skargi proszę kierować do Centralnego Kierownictwa Komitetu Budowniczych Zrzeszonej Młodej Moskwy. – Powiedział i wcisnął mi w rękę wymięty kartonik z adresem baru mlecznego w Petersburgu.
– Nie, nie, nie! Słuchaj pan, tylko pan możesz to wszystko powstrzymać! To całe szaleństwo, chaos jaki się rozpęta! – Krzyczałem już niemalże, a gość w czerwonych kalesonach śpieszył kroku w sobie tylko znanym kierunku. Co za idiota. Skąd się tacy biorą?

Czym prędzej odnalazłem w tłumie skandującym „Chwała Związkowi Lenińskich Republik Radioaktywnych” Wołodię i opowiedziałem mu co się stało.
– Cholera! – krzyknął. – Wszystko diabli wzięli! Szybko, mamy jeszcze szansę to naprawić.
Pobiegliśmy co koń wyskoczy naprzód. Mieliśmy kawał drogi do pokonania i w dwie godziny dotarliśmy na miejsce.

Московский Государственный Университет имини М.В. Ломоносова (МГУ) (8011809888)
– Co to jest? – zapytałem Wołodię.

– Główny budynek Uniwersytetu Moskiewskiego, od dwudziestu jeden lat najwyższa budowla w Europie – odpowiedział. – Jeszcze stoi.
– A co kurwa, ma latać? – spytałem rozbawiony.
Wołodia tylko obdarzył mnie ciężkim spojrzeniem, wziął głęboki oddech i podskoczył. Poszedłem w jego ślady i chwilę później obaj wisieliśmy uczepieni czerwonej gwiazdki na szczycie iglicy. Pizgało gorzej niż na czubku Pałacu Kultury. Nagle zrozumiałem.
– Musimy znaleźć nadajnik! – krzyknąłem próbując przekrzyczeć szalejący wiatr. Wołodia przytaknął i wzięliśmy się do roboty. Szło nam to niesporo, głównie ze względu na gołębie o faszystowskich poglądach, które uparcie próbowały wydziobać na tyle mojej kurtki swastykę.
– Grruu, grruu, polnische Schweine! – gruchały wściekle. Na całe szczęście z dołu wspierały nas odgłosy defilady, która zdaje się teraz wychwalała pod niebiosa zasługi towarzysza Stalina dla przemysłu wiklinowego. W końcu znalazłem pikające pudełko z pokaźnym wgnieceniem, jakby walnąć je kluczem francuskim. Szybko rozprułem obudowę dziobem jednego z bardziej natrętnych szwabogołębi by ujrzeć nieogarniętą umysłem plątaninę kabli i rozgotowanego spaghetti. Wepchnąłem z powrotem do kieszeni zaciekawionego hałasem węża i wziąłem się za wyjadanie klusek wystających spomiędzy kabli. Czułem się przy tym jak saper, niektóre z klusek zawierały gluten i mogły mnie zabić. Gdy już kończyłem śniadaniokolację, z trzewi budynku rozległ się donośny głos.


Союз нерушимый республик свободных
Сплотила навеки Великая Русь![1]


Poczułem się nagle jak bohater kiepskiego opowiadania. Przecież tu nic nie trzymało się kupy.

Gołąb Sturmmann Hans (do Kowalskiego)
A skąd wiesz, że nie jesteś bohaterem dramatu?

Inżynier Kowalski (ze zdziwieniem)
A skąd ty wiesz, że gdy Słońce zachodzi nad Moskwą, to Lenin w mauzoleum budzi się?

Gołąb Oberführer Heinrich
Grruuachtung, startujemy!


Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Pałac rozpusty
uniosły rakiety
na złotych płomieniach.




21 lutego 1976 r.
Do dziś wyraźnie pamiętam ten dzień, zupełnie jakby wydarzyło się to wczoraj. Gdy przelatywaliśmy nad Polską, jeden z gołębi zaczął zaciekle dziobać mnie w dłoń, którą trzymałem się masztu. Próbując mu przyłożyć z lewego sierpowego, niechcący puściłem się i wylądowałem w malowniczej dzielnicy Pruszkowa pod Warszawą zwanej Tworkami. Spotkałem tam bardzo miłych ludzi. Dostałem ładny pokój, dużo wypoczywam i w wolnym czasie piszę pamiętniki. Na ścianie powiesiłem sobie plakat z Bruce’m Lee, który teraz patrzył na mnie z pięścią wycelowaną prosto w moje czoło. Nie bałem się go odkąd rozłożyłem go na łopatki w bezpośrednim starciu na noże kuchenne i widły. Usłyszałem pukanie. Drzwi otworzyły się i zobaczyłem głowę jednej z tych miłych pań.
– Dostał pan pocztówkę! I to prosto z Chin! – powiedziała i wręczyła mi kartonik. Zamknęła szybko drzwi jakby bała się, że potraktuję ją jak Bruce’a miesiąc temu. Spokojnie, kobiet nie biję. Na razie. Kto mógł mi przysłać pocztówkę z Państwa Środka? Zacząłem czytać tekst na odwrocie pocztówki.

Drogi Inżynierze Kowalski!
Udało mi się go wreszcie znaleźć. Spodziewaj się przesyłki za parę dni. Ja tymczasem biegnę do Bukaresztu porozmawiać z inżynierem Georgescu, który za tydzień powiesi antenę na szczycie budynku Casa Presei Libere.
Z partyjnym pozdrowieniem,
Hermenogild Grigorij Klementynowicz Azazawajajew.

Obrazek na pocztówce przedstawiał parę Chińczyków na placu Tian’anmen w Pekinie. Coś mi się jednak nie zgadzało.

Pocztówka z Państwa Środka

Nagle zrozumiałem. Wyskoczyłem przez okno i pobiegłem prosto na kordony milicji.
– Za niepodległą republikę wschodniego Radomia! – krzyknąłem i cały świat zawirował.

Przypisy

  1. Niezłomny jest związek republik swobodnych,
    Ruś wielka na setki złączyła je lat.
Ślizgać się po kartach jak po tafli wody...
muskając rzeczywistość jak najrzadziej da się...
Z archiwum Nonksiążek,
skarbnicy darmowych, aczkolwiek całkowicie nonsensownych, tekstów:

Medal