Nonźródła:Schody w remoncie cz. 4

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj
Schody
Vol. 4: Opowieść, która nie była prawdziwa


Niezmordowanie schodzę na dół. W ziemi nie znajduję jednak spodziewanego chłodu, lecz czuję opływające mnie kolejne fale gorącego, tyle że niespotykanie wilgotnego powietrza. Zastanawia mnie to. Być może zaraz natrafię na podziemny akwen, który będzie oznaczał koniec mojej wyprawy. Z czasem zasieki się kończą, a droga zaczyna przypominać stosunkowo łagodne zbocze. Pod ścianami tunelu rosną świecące grzyby, jedyne źródło słabego, niebieskawego światła. Dobrze że jest chociaż to, inaczej bowiem szedłbym już od dłuższego czasu w kompletnej ciemności. Mimo wszystko zastanawiam się czy nie powinienem zawrócić. Spędzenie wieczności na spalonej słońcem autostradzie nie wydaje się takie złe w stosunku do tego, co może mnie spotkać. W końcu dostępne mi za życia źródła określały piekło jako miejsce kaźni. Z drugiej strony do odważnych świat należy, idę więc niezmordowanie do przodu.

Z czasem droga zaczyna biec w miarę poziomo, a tunel rozszerza się. Do mojej dyspozycji pozostaje jednak tylko wąski, pas skały oblany dookoła bulgoczącą wodą. Kawałek dalej, w bladym świetle grzybów majaczy zarys łódki i zgarbionej postaci w obszernych, ciemnych szatach. Domyślam się kogo mam przed sobą i bynajmniej nie napawa mnie to optymizmem. Zbieram się jednak w sobie i ruszam mu na spotkanie. Zwraca ku mnie spojrzenie swoich pokrytych bielmem oczu.

– Kolejna martwa dusza – z ukrytych pod siwym zarostem ust wydobywa się tych kilka słów. Starzec ma dziwnie łagodny głos kłócący się z wyglądem jego i otoczenia. Milczę, gdyż nie wiem, co powinienem mu odpowiedzieć. Widząc moje zakłopotanie dodaje wyjaśniająco:
– Jeśli chcesz przejść na drugą stronę musisz zapłacić za przejazd.
– Nie mam pieniędzy – odpowiadam jednocześnie zastanawiając się jak najłatwiej zakosić Charonowi łódkę.
– Spokojnie. Jakbym chciał pieniędzy to bym miał tu tabuny oczekujących. Z dobrego zwyczaju dawania zmarłym pieniędzy zrezygnowano już jakieś dwa tysiące lat temu... – przewoźnik dusz rozmarzył się tęsknie, ale nie spuścił ze mnie wzroku choć na chwilę – Ale coś musisz mieć! Zegarek, złoty długopis, komórkę, router do internetu...
– Chyba nie chcesz, żebym oddał ci te gacie, bo to wszystko co mam. – odpowiedziałem starając się ukryć narastający strach pod zasłoną kiepskiego żartu. Miałem też nadzieję, że pomoże mi to nieco zdekoncentrować Charona. Nie pomogło, szybko zmieniłem więc podejście do starca.
– Zresztą i tak nie miałbyś co z tym zrobić – stwierdzam.
– Niepotrzebne rzeczy sprzedaję przez Allegro, a pieniądze oddaję Hadesowi czy jak wy go tam teraz... Już mam! Lucyferowi! – odpowiedział z dumą starzec.
– Ale jak to? – pytam usłyszawszy odpowiedź, której spodziewałem się chyba najmniej ze wszystkich.
– Trzeba iść z duchem czasu! Jakiś Anglik zostawił mi laptopa, ktoś inny dorzucił router i z nudów zająłem się handlem.
– No dobra, a jak wywozisz ten sprzęt? – drążę temat porzucając nadzieje na oszukanie dziada.
– Prawdziwy kurier zawsze dotrze do celu... Mogę ci powiedzieć nawet jaki mam nick! Flegiasz666HellYeah!!! – odpowiada. Chociaż jego głos zdradza rozbawienie, dalej wpatruje się we mnie niczym sroka w gnat.
– Dlaczego Flegiasz? Byłem pewien, że nazywasz się Charon.
– Nie, Charon to mój poprzednik. Ty zaś, skoro nie masz czym zapłacić, zastąpisz mnie na tej łodzi i zaczekasz na kolejnego biednego durnia, których zastąpi ciebie. Wsiadaj do łodzi. Powiem ci jak tym sterować.

Posłusznie wykonuję polecenie starca. Wypływamy po chwili na wrzące wody Styksu.

Flegiasz ględzi cały czas bez ładu i składu o kącie nachylenia wiosła i podobnych bzdetach, ale nie słucham go uważnie, gdyż zamierzam uciec, gdy tylko dobijemy do brzegu. Po kilkunastu minutach łódź ociera dnem o grunt. Gwałtownie rzucam się do ucieczki. Gorąca woda parzy mi stopy, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Słyszę jak dziad z wrzaskiem rusza za mną w pogoń. Zostaje z tyłu. Odwracam się. Widzę jak Flegiasz bezskutecznie napiera na niewidzialną ścianę. Podchodzę do niego bliżej, ale tak by nie mógł mnie dosięgnąć
– Przepraszam, stary, ale naprawdę nie zamierzam spędzić tysiąca lub więcej przy tej rzece. Pomyślnych prądów! – stwierdzam. Przewoźnik dusz warczy gniewnie i odchodzi w stronę swojej łodzi. Mimo tego, że chciał mnie wykorzystać jestem mu w pewnym stopniu wdzięczny. W końcu przewiózł mnie na drugą stronę i to za darmo.

Zostawszy sam, decyduję się wydrążonym w skałach płytkim kanałem. Podążając nim docieram do wąskiej bramy w wysokim na około pięć metrów płocie z drutu kolczastego wspartego na betonowych słupach. Nad bramą zamontowano napis po włosku, wykonany z pospawanych metalowych rurek. Lasciate ogni speranza, voi ch'intrate. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Niezbyt to optymistyczne. Mimo to sceneria za płotem zdaje się temu przeczyć. Poprzez szczeliny w płocie dostrzegam bowiem gęsto obsadzone ziemniakami, chmielem, winogronami, konopią, makami i innymi roślinami służącymi do produkcji wszelkich znanych ludzkości używek. Między nimi uwijają się ludzie, obserwowani przez demony, niczym piekielnych nadzorców, a w oddali dostrzegam prymitywne robotnicze baraki. Prawdę powiedziawszy spodziewałem się jednak czegoś gorszego. Oczami wyobraźni widziałem ognie piekielne, w których cierpieć mieli grzesznicy, tortury, których nie wyobrażali sobie nawet najlepsi średniowieczni kaci. Właśnie ta różnica stanu oczekiwanego i zastanego zabiła we mnie wątpliwości dotyczące przejścia przez bramę. Wchodzę więc do wnętrza piekła z podniesioną głową i przeświadczeniem, że nie dam się w żaden sposób zmusić do pracy w polu. Podążam spokojnie dalej drogą, która nie różni się niczym od zwykłych dróg gruntowych, jakich setki już widziałem. Chociaż mijam po drodze kilka czartów żaden z nich nie zaczepia mnie, zupełnie jakby podobne przechadzki były czymś normalnym. Zresztą samo określenie „demony” wobec tych istot wydaje się nieco na wyrost. Od ludzi odróżnić je można było tylko bowiem po czerwonych oczach, niewielkich różkach na czole i kompletnych czarnych zbrojach, które nosili pomimo upału. A może właśnie dlatego. W końcu co za problem założyć w i tak ciężkim pancerzu klimatyzację, skoro funkcję chłodzenia mają już nawet telefony. Serio.

W końcu docieram do wielkiego pałacu posadowionego pośród pól uprawnych. Ze środka do moich uszu dociera muzyka cokolwiek pasująca do miejsca – Black metal. Zachęcony podchodzę bliżej w kierunku drzwi. Do moich nozdrzy dociera drażniący smród palonych skrętów. Zachęcony jeszcze bardziej wchodzę do środka. Moim oczom ukazuje się normalna sala klubowa, gdzie całkiem sporo demonów i ludzi oddaje się pijackiej zabawie. Mimo wszystko taka przyszłość zdaje się przemawiać do mnie znacznie bardziej niż gapienie się w oblicze brodatego faceta.

– Hej ty! Nowy! Chodź no tutaj! – słyszę podejrzanie znajomy głos, który z łatwością przekrzykuje dolatujący z monstrualnych głośników growl. Odwracam się w kierunku, z którego dochodził i dostrzegam czarnowłosego kurdupla opartego plecami o ścianę. Rozpoznaję Ronniego Jamesa Dio, wokalistę Black Sabbath, którego twórczość niegdyś bardzo lubiłem.
– Podoba ci się tutaj, nie? – zapytał, gdy podszedłem w jego stronę.
– Pewnie – odpowiedziałem z uśmiechem – Ale jakieś to odległe od wizji, której się spodziewałem.
– Bo i nie zawsze to tak wyglądało – rzekł muzyk wyjaśniająco – Kiedy przyszedłem tutaj wyglądało to zupełnie inaczej. Wszędzie płomienie, wrzeszczący torturowani ludzie i ogólnie syf. Poszedłem więc do Lucyfera i mówię mu jak do przyjaciela: „na co ci to wszystko? Powinieneś odpocząć, zabawić się, a nie tylko torturujesz niewinnych ludzi” Lucek przemyślał sprawę i oto efekty... Jeśli chcesz tu zostać powinieneś z nim porozmawiać, inaczej zostaniesz przeniesiony na plantacje.
– Gdzie go znajdę? – zapytałem czując, że chyba naprawdę trafiłem do piekła zwanego rajem. Oczywiście długo w tym przeświadczeniu nie dane mi było żyć.
– Pewnie kręci się w okolicach baru... Ale uważaj! Lubi młodych chłopców, a w twoim stroju możesz zadziałać na niego cokolwiek wyzywająco.

Przełykam ślinę, co wywołuje u muzyka śmiech. Byłby spokój, byłby raj. Niemniej wolę mieć to spotkanie jak najszybciej za sobą.

Zaczynam więc przedzierać się przez tłum tańczących dziki, pijany taniec postaci we wskazanym kierunku. Rzeczywiście przy barze siedzi demon, od którego wyczuwam dziwną, potężną aurę mocy. W jednej ręce trzyma butelkę alkoholu, a drugą obejmuje piękną, blondwłosą demonicę. Zdaje się być całkowicie pochłonięty swoimi zajęciami, ale gdy znajduję się około dwóch metrów od niego stwierdza:

– Zostaw mnie na chwilę, Lilith. Muszę z kimś porozmawiać. – kobieta posłusznie schodzi Lucyferowi z kolan, a pan piekieł każe mi podejść skinieniem dłoni.
– Siadaj – stwierdza. Domyślam się czego oczekuje, więc odpowiadam niemal natychmiast:
– Nie!
– Zatem plantacje witają. Miłego kopania kartofli. – odpowiada demon. Natychmiast staram się złagodzić jakoś jego gniew nie chcąc spędzić wieczności zbierając ziemniaki.
– To znaczy... Chciałem powiedzieć, że właściwie to wolę kobiety. A na trzeźwo to to jeszcze bardziej trudne...

Lucyfer znudzonym gestem podaje mi flaszkę wódki. Pociągam spory łyk. Czuję jak mocny alkohol wypala mi gardło i niemal natychmiast uderza do głowy. Z trudem mobilizuję się do wykonania rozkazu Lucyfera. Obrzydliwość.

– Za co tutaj trafiłeś? – pyta nagle diabeł.
– Właściwie to trafiłem do nieba, ale zwyczajnie nie podobało mi się tam, więc przyszedłem tutaj. – odpowiadam bez namysłu. Zresztą mocna wódka skutecznie uniemożliwia wymyślenie jakiegokolwiek innego przekonującego wytłumaczenia. Demon patrzy na mnie przenikliwie swoimi czerwonymi oczami.
– Zatem masz klucz do ich bramy! Daj mi go natychmiast! – stwierdza nagle. Czuję, że drży z jakiegoś niezdrowego podniecenia.
– Właściwie to go wyrzuciłem – odpowiadam.
– Że, kCenzura2a, co? – wrzeszczy wstając gwałtownie z zydla, w wyniku czego ląduję na podłodze.
– Otaczają mnie sami pieCenzura2ni idioci. Debile! Niebo na wyciągnięcie ręki! Zaprzepaścić taką szansę! – mamrocze do siebie wściekle – Idę się pociąć!
– Ale mogę tu zostać? – pytam.
– A idź se gdzie chcesz! – warczy władca piekieł i odchodzi z płaczem. Ja zaś podnoszę się z podłogi i zajmuję jego miejsce przy barze. Delektuję się alkoholem. Po chwili wraca Lilith.
– Gdzie Lucyfer? – pyta.
– Nie wiem – odpowiadam nie do końca zgodnie z prawdą – Ale mogę ci go z powodzeniem zastąpić.

Dziewczyna w odpowiedzi przytula się do mnie. Tak powinno być. Zdecydowanie.

Znalazłem zatem swój raj. Może nie odpowiada on duchowym wyobrażeniom na temat wiecznego szczęścia i dowodzi pewnego duchowego prymitywizmu mojej duszy, ale mnie wystarcza. Jako że nigdy nie byłem altruistą, więc hordy pracujących na plantacjach grzeszników nie wywołują u mnie bynajmniej poczucia niesprawiedliwości takiego układu. Dopóki, rzecz jasna, dalej będą pracować, zapewniając mi niezbędne wygody. Tak jak nigdy nie miałem wyrzutów sumienia z tego tytułu na ziemi, tak nie będę miał go i tutaj. Trafiłem więc do raju zwanego piekłem. Bo raj nie jest tam, gdzie szukają go mądrzy filozofowie i ascetyczni eremici. Bynajmniej. Raj możemy znaleźć tylko tam, gdzie istnieje wolność wyboru, której ci mędrcy próbują nas pozbawić, ponieważ widzą oni raj tym, czym sami chcieliby być dla pozostałych ludzi. Absolutem i wyznacznikiem jedynej słusznej dla wszystkich drogi życiowej. Tymczasem taki raj dla mnie tyranią jest bardziej, niż tym czym być powinien.

Nasze strony
Przyjaciele