Nonźródła:Wspomnienia Amerykanina z podróży do Polski

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj

Medal

Fresno CA Van Ness portal

Nie mów, że nie słyszałeś o Fresno... No jak to!? To przecież najlepsze małe miasto w Ameryce, a więc i na świecie!

Nazywam się John Jackson, mam 35 lat, jestem Amerykaninem i na co dzień mieszkam we Fresno w Kalifornii. Nie jest to najlepsze miejsce do życia, ale zawsze mogło mi się trafić gorzej. Kilka lat temu musiałem przyjechać do Polski. Nie była to zwykła wycieczka, ale podróż w interesach. Moja firma wysłała mnie tam, aby przypieczętować ważny trójstronny kontrakt między moją firmą, której to nazwę celowo pomijam, oraz jednej polskiej firmy i jednej ukraińskiej. Byłem szczęśliwy, że to właśnie mnie wybrano z całej firmy. No i niestety, muszę powiedzieć, że... byłem, ale po kolei.

[edytuj] 12 stycznia 2006

[edytuj] Lot samolotem

Był 12 stycznia 2006, leciałem tanimi liniami lotniczymi do Polski. Do Warszawy. W samolocie nie było co prawda zbyt wygodnie, ale, o dziwo, podano nam obiad. Sam lot samolotem był nawet przyjemny. Jedyne co mnie rozpraszało to kiepska znajomość języka angielskiego u polskich stewardess. Starały się, ale zadanie wykutego pytania Czy chciałby pan się czegoś napić? nie nazwałbym znajomością angielskiego. Zwłaszcza, gdy poprosiłem o sok brzoskwiniowy to zrobiła wielkie oczy jakbym prosił o gwiazdkę z nieba. Ostatecznie dostałem sok porzeczkowy. Też lubię porzeczki, ale wolałbym brzoskwinie...

Mimo wszystko podróż przebiegała bez większych zakłóceń. O 14:53 CET samolot wylądował na lotnisku w Warszawie. Miało ono śmieszną nazwę Okęcie i aż musiałem zajrzeć do Wikipedii, aby ją sprawdzić.

[edytuj] Lotnisko

Stewardessa swoim broken English zaprosiła pasażerów do wyjścia. Spokojnie wyszedłem z całą resztą. Przyznam, że spodziewałem się zastać gorszy widok. Polska to przecież chyba dawna Republika Radziecka, która wraz z takimi krajami jak Ukraina czy Rumunia odzyskały niepodległość w 1990 roku. Myślałem więc, że gorzej będzie sprawa wyglądać. Byłem kiedyś w Bangladeszu i tam były po prostu tylko syf i malaria a tu było całkiem przyjemnie.

Nie licząc pogody. W Kalifornii zawsze świeci słońce, a tu zaskoczył mnie śnieg. Znaczy, miałem cienki płaszcz, bo przeczytałem, że w Polsce o tej porze roku bywa zimno, ale nie sądziłem, że aż tak. Było grubo poniżej zera a zwały śniegu były przerażające! Od lat nie widziałem czegoś takiego w Ameryce! Tylko w relacjach telewizyjnych z Alaski! Szybko pobiegłem do busika, który podwiózł nas do terminalu.

Terminal, jak mówiłem, zaskoczył mnie, bo wyglądał całkiem ładnie. Zaskoczyły mnie napisy po angielsku na lotnisku. Tickets, Information, Luggage. Co prawda preferowali w nazwach brytyjski angielski, ale uznałem, że w końcu to Europa i muszę się dostosować. Nie mogę wyjść na zadufanego w sobie Amerykanina.

Udałem się do punktu odbioru bagażu. Trochę się bałem. Słyszałem o rosyjskiej mafii. A to w końcu Polska. Zdziwiło mnie co prawda, że nie używają tu cyrylicy, ale to wciąż dawna Republika Radziecka. Żałowałem, że nie pozwolono mi zabrać broni na samolot. Czułbym się bezpieczniej. Ludzie wyglądali normalnie, ale niektórzy nader podejrzanie. Czekałem nerwowo aż moja walizka i podręczna torba wypadną na taśmę.

Nareszcie! Już się bałem, że ktoś mi ukradł bagaż, ale dwie ostatnie torby były moje. Szybciutko je zabrałem, upewniłem się, że są moje, aby uniknąć sytuacji rodem z filmów takich jak Akademia Policyjna, kiedy to policjanci zabrali torbę przestępców z diamentami, a przestępcy zabrali złotą rybkę komendanta. Świetny film, naprawdę.

Trzymałem torby w żelaznym uścisku, gdyż bałem się, że ktoś podbiegnie i je wyrwie. W końcu to biedny kraj, a w takich jest przecież duża przestępczość. O dziwo, nikt mi nic nie wyrwał. Przynajmniej na lotnisku.

[edytuj] Podróż autobusem

Autobusmiejski2

Podróż autobusem była na pewno przyjemniejsza niż ta, której doświadczyłem swego czasu w Bangladeszu, ale to materiał na inną opowieść...

Musiałem się udać na przystanek autobusowy. Zgodnie z tym, co dostałem w papierach z Polski, musiałem znaleźć linię 175 i dojechać na przystanek Dworzec Centralny. Bałem się, że nie odnajdę się wśród języka polskiego, ale przystanek był jasno oznaczony. Autobus stał już na przystanku, więc nie czekając wsiadłem i zająłem wygodne miejsce z przodu.

Z przodu, bo bałem się, że ktoś mógłby mnie okraść, gdybym siedział z tyłu.

Po paru minutach kierowca niskopodłogowego autobusu zamknął drzwi i ruszył. W autobusie był tłum. Przysłuchiwałem się rozmowom współpasażerów i razem ze mną jechało chyba sporo Gruzinów i Niemców. Czułem się trochę jak wyrzutek, bo nie słyszałem nikogo mówiącego po angielsku.

W pewnym momencie w autobusie zrobiło się dziwne poruszenie. Jakiś mężczyzna przebiegł po autobusie wywołując dziwny niepokój wśród pasażerów. Jako, że siedziałem z przodu, podszedł do mnie jako pierwszego. Powiedział coś do mnie i wyciągnął rękę. Nie wiedziałem, o co mu chodzi, więc uścisnąłem ją i się uśmiechnąłem. Zaczął krzyczeć i szturchnął mnie w ramię. Zacisnąłem ręce na moim bagażu i czekałem na to co zrobi. Znowu coś powiedział i wyciągnął rękę.

Do you speak English? spytałem go.

I wtedy się uspokoiłem. Ów mężczyzna ewidentnie przyjął to pytanie ze zrozumieniem. Zrozumiał dlaczego nie robiłem tego czego chciał. Niestety to była kolejna osoba z Polski, która miała ewidentne problemy z angielskim.

Pana biret, sir, please? powiedział coś takiego. Niestety, sens zdania wciąż był ukryty. Po chwili jednak stuknął się w czoło i powiedział Please ticket's yours show me, please? Dziwnie to zabrzmiało, ale niestety zrozumiałem. Chciał mój bilet a ja go nie miałem. Byłem tak zestresowany tym, że ktoś mnie napadnie i zamorduje, że zapomniałem kupić na lotnisku bilet autobusowy. Postanowiłem grać na czas I don't understand you, sir Odpowiedziałem. Mężczyzna znów zaczął krzyczeć. Po chwili jakaś kobieta w średnim wieku podeszła do mnie i płynną angielszczyzną powiedziała mi, że ten pan jest kontrolerem biletów i mam mu pokazać bilet. Teraz już było po wszystkim. Miałem na walizce naklejoną flagę USA, więc nie mogłem dalej udawać. Dostałem mandat. 120 złotych. Okazało się, że to raptem 40 dolców, ale to jednak boli. Swoją drogą, wyprzedzając fakty, okazało się, że skoro jestem obcokrajowcem i nawet nie jestem obywatelem Unii, to Polacy nie mają siły, aby ściągnąć ode mnie ten dług. Tak czy siak całe wydarzenie było bardzo nieprzyjemne.

Po godzinie od wyjazdu z lotniska dotarłem na przystanek Dworzec Centralny. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie czułem się tak skonfudowany. Angielskie napisy skończyły się na lotnisku. Gdy wysiadłem zostałem wręcz osaczony przez polskie słowa i ludzi mówiących po polsku. Strasznie szeleścili. Próbowałem robić dobrą minę do złej gry i intuicyjnie wszedłem do przejścia podziemnego, gdyż budynek Dworca był po drugiej stronie drogi. Tyle byłem w stanie się domyśleć. Wyglądał trochę jak więzienie, ale ostatecznie nie powinienem zbyt wiele wymagać od biednego, europejskiego kraju.

[edytuj] Dworzec Centralny

Woń, jaka uderzyła mnie po wejściu pod ziemię, omal nie zwaliła mnie z nóg. Co prawda po minucie się trochę przyzwyczaiłem, ale to miały być straszne godziny spędzone na dworcu. Tak czy siak, miałem na głowie inny problem. W gąszczu podziemnych tuneli dworca musiałem znaleźć kasę biletową i peron. Nie mogąc zrozumieć nic z napisów zawieszonych pod niskim sufitem podziemnego przejścia postanowiłem szukać szczęścia pytając przypadkowych osób o drogę.

Bojąc się, pytałem osoby w średnim wieku. Sześć pierwszych w ogóle nie znało angielskiego. Jedna z nich chyba mówiła po niemiecku, ale ja niemieckiego nie znam, więc niewiele to pomogło.

Kabulkebab

Skąd miałem wiedzieć, że ticket office to po polsku kasy?

W końcu spytałem o drogę jakąś młodą dziewczynę. Nie była zbyt ładna, więc uznałem, że musiała być przynajmniej mądra. A dzisiaj mądrzy ludzie umieją mówić po angielsku. Nie myliłem się. Nie mówiła zbyt dobrze po angielsku, ale pokazała mi drogę.

Im głębiej w Dworzec Centralny tym gorzej, tym bardziej śmierdząco i tym bardziej wszystko wyglądało jak w jakimś lochu. Do tego co druga osoba wyglądała jak gwałciciel albo morderca. Po pewnym czasie uznałem, że po prostu Polacy tak wyglądają.

Niestety, po drodze zapomniałem co mówiła tamta dziewczyna i znowu się zgubiłem. Po chwili nadzieja na znalezienie kasy biletowej odżyła, gdyż zobaczyłem okienko informacji. Podbiegłem do niego, ale... były dwie przeszkody. Po pierwsze znów się okazało, że Polacy po prostu nie lubią angielskiego, a po drugie właśnie zamykała okienko. Była raptem 16:55 CET. No ale cóż, musiałem szukać dalej.

Po drodze zaczepiło mnie dwóch żebraków. Jeden śmierdział alkoholem a drugi brudem. Obaj mieli dużo do powiedzenia, ale niestety po polsku. Odszedłem i jakimś cudem nie okradli mnie, ale byłem lżejszy o pięć dolców, które im dałem. Tak czy siak byli warci tych pieniędzy, bo przypomnieli mi, że muszę wymienić pieniądze w kantorze. Niestety znowu byłem w kropce. Aż chciałem zacząć krzyczeć i płakać. Dlaczego ten kraj jest tak nieprzyjazny obcokrajowcom!? Nic po angielsku! Ani nawet w esperanto. Nie znam esperanto, ale czy oni spodziewają się, że wszyscy znają polski!?

Znowu zacząłem pytać ludzi. Szósta kolejna osoba znała angielski, choć mówiła z nieprzyzwoicie wyolbrzymionym brytyjskim akcentem. Jakoś się dogadaliśmy. Ja się dowiedziałem, gdzie jest kantor i hala biletowa, a on ukradł mi 35 dolców, które miałem w lewej kieszeni płaszcza. W sumie to był niezły układ, gdyż byłem gotów dać nawet stówę, byle ktoś mnie prawidłowo pokierował.

Kantor okazał się zamknięty. Nic, na pewno przyjmą dolary w kasie.

Poszedłem do hali biletowej. Była OGROOOOOOMNA! I niestety takowe były też kolejki. Cóż, stanąłem w jednej i zacząłem czekać. Co jakiś czas słyszałem jakiś szeleszczący głos z głośników oznajmiający przyjazdy i odjazdy pociągów. Jeden głos był prawdopodobnie polski. Drugi prawdopodobnie angielski, ale za nic w świecie nie byłem w stanie zrozumieć, co ten głos mówi po angielsku. 50 minut później nadeszła moja kolej w kasie.

Me, biret, please, to Cracow powiedziałem używając nowo poznanego polskiego słowa. Spodziewałem się porozumiewania się na migi, a tu starsza pani w kasie mnie zaskoczyła No problem sir, I can speak English. One ticket to Kraków, fast train or express one? To mnie zaskoczyło. Chciałem wybrać ekspresowy pociąg, ale... w firmie kazali możliwie oszczędzać na kosztach, więc wybrałem... chciałem wybrać pospieszny, ale nie mogłem się oprzeć ekspresowi. Niestety, nie ma już miejscówek w ekspresie do Krakowa, ani tego, co będzie za godzinę, ani tego, co będzie wieczorem. Ale mogę zaproponować panu pospieszny. No trudno, pomyślałem. Pospieszny może nie będzie taki zły. Miałem do wyboru pierwszą i drugą klasę. Zdecydowałem się na drugą, żeby w rozliczeniu nie wyglądało, że marnuję pieniądze.

To będzie 102 złote. Ta odpowiedź mnie nieco zestresowała. Spytałem, czy przyjmują dolary. Nie, niestety nie. Musi pan wymienić pieniądze w kantorze. Ta odpowiedź mnie załamała. Spytałem, czy ktoś w kolejce nie miałby wymienić pieniędzy. Zakładam, że połowa nie zrozumiała a reszta była niechętna. Podłamany poszedłem ponownie szukać kantoru. Jakimś cudem go znalazłem. Nauczyłem się, że Kantor to po polsku Exchange Office. Zabawne, że nikt nie pomyślał, aby napisać na kantorze, że to kantor po angielsku. Zobaczyłem, że to kantor tylko po kursach walut oznaczonych tak międzynarodowo. Czyli po angielsku.

Wróciłem do kolejki i odczekując kolejne pięćdziesiąt minut kupiłem bilet do Krakowa Głównego, pociągiem pośpiesznym w wagonie klasy drugiej.

Teraz musiałem znaleźć peron. Tym razem, uprzedzając fakty, zapytałem miłej kasjerki, jak jest peron po polsku. Tak czy siak, nie musiałem się pytać, bo sam bym zauważył perony. Udałem się na tor 3 przy peronie drugim. Strasznie tam śmierdziało. Usiadłem na jedynej wolnej i w miarę czystej ławce. Mój pociąg miał przyjechać za 2 godziny. Niestety, zdążyłem już wypełnić wszystkie amerykańskie krzyżówki. Co prawda w kiosku obok miał jakieś na sprzedaż, ale... obok stał jakiś podejrzany koleś i bałem się podejść.

Na peronie śmierdziało jeszcze bardziej niż na górze, ale było w miarę ciepło. Z nudów liczyłem krople jakiegoś syfu skapujące z sufitu na tory. Kap, kap, kap... Przeleciał gołąb.

Gołąb? Hm... Czyli to białe, na którym usiadłem, to jednak nie była zaschnięta farba... no trudno... Płaszcz nie był zbyt drogi...

Myśląc o płaszczu, w który nieświadomie wcierałem ptasie odchody, na których usiadłem, straciłem koncentrację i przestałem myśleć o bagażu. Zorientowałem się, że coś jest nie tak, gdy z podręcznej torby chciałem wyciągnąć butelkę wody mineralnej. Nie udało mi się to, gdyż torba zniknęła.

Lawki na centralnym

Zasrane ławki...

Po prostu. Walizka była, torby nie było.

Kiedy tracisz bagaż odczuwasz w sobie tylko skręt kiszek i przyduszenie. Chcesz krzyczeć, ale wiesz, że to nic nie da.

They stole my baggage! krzyknąłem. Ludzie popatrzyli się na mnie jak na wariata. They robbed me!!! Krzyczałem. Po chwili ludzie stracili zainteresowanie moją osobą.

No trudno, nie odzyskam już jej. Złodziej może być wszędzie. A z drugiej strony w torbie były tylko jakieś dokumenty, woda, jedzenie i trochę pieniędzy... Dokumenty prześlą faksem...

Jezus Maria, no okradli mnie! Jak mogłem być taki nieostrożny!?

Pozbawiony przyborów toaletowych, pożywienia i dokumentów potrzebnych do negocjacji kontraktu przywiązałem sobie druga torbę do ręki. Była taka możliwość. Trzymałem więc ją z całych sił i uważałem na każdego, kto szedł w moją stronę.

Niestety, niektórzy żebracy są jak podatki. Nie odczepią się, jeśli nie zapłacisz. Mimo iż próbowałem skutecznie przed nimi uciekać, to niestety chodzili i jęczeli po polsku. I tak przez dwie godziny byłem lżejszy o 50 złotych. Niestety, nie byłem zbyt asertywny.

W końcu na zegarku zobaczyłem godzinę 21:02. Nareszcie! Czas na mój pociąg. Niestety, nie nadjeżdżał.

21:20, wciąż nic. Nic z tego nie rozumiałem. Czyżbym był na złym peronie? Spytałem jakiegoś ojca z dziećmi, który stał obok. Dosyć płynnym angielskim wyjaśnił mi, że pociąg jest opóźniony. Opóźniony? Dlaczego? Odpowiedź była prosta. Była zima. W Polsce zima = wielogodzinne opóźnienia, bo nikt nie potrafi szybko odśnieżać.

To byłem w stanie zrozumieć. Siedmiogodzinnego opóźnienia nie.

Uznałem, że warto się udać do toalety. Spytałem tamtego mężczyzny czy nie poszedłby ze mną, dla bezpieczeństwa, ale on wyzwał mnie chyba od gejów, a przynajmniej tak to brzmiało.

Poszedłem do toalety, gdzie, o dziwo, śmierdziało mniej niż na peronie. Za złotówkę wysikałem się i umyłem ręce. Przy okazji zmyłem ptasie odchody z płaszcza. Było w porządku. Nikt w toalecie nie chciał mnie ani zgwałcić, ani okraść, ani zabić. Mimo to czym prędzej wyszedłem z toalety, gdyż nie chciałem kusić losu.

Poszedłem więc do McDonalda. Dzięki ci, Panie, że w Polsce były McDonaldy! Ogólnoświatowy bastion Amerykańskości! Co prawda zamówienie nie było takie łatwe, jakby się wydawało, ale ostatecznie słowa BigMac, two, please, jakoś zostały zrozumiane. Szybko spałaszowałem trzy BigMace, duże frytki i pół litra Coli. Niestety, czekały mnie jeszcze godziny oczekiwania na pociąg. Kupiłem polską krzyżówkę w kiosku i dokupując kilka litrów Coli i kilka cheeseburgerów, spędziłem w McDonaldzie kilka godzin. Zdziwiło mnie jednak, że w polskich McDonaldach nie ma łazienek, ale i tak było po prostu pięknie. Co prawda Cola, a później kawa trzymały mnie na nogach, ale krzyżówki trochę zbyt mnie wciągnęły. Nie znałem polskiego, ale wymyślałem własne podpowiedzi i wpisywałem angielskie słowa w kratki tak, aby się wszystko ładnie składało.

Nie wiem jakim cudem minęło te siedem godzin, była już prawie trzecia w nocy. Pędem zerwałem się ze stolika i pobiegłem na peron. Pociągu nie było, ale był ojciec z dziećmi, który na mój widok odsunął się nieco w bok.

W tym momencie usłyszałem dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Rzuciłem okiem w głąb tunelu i zobaczyłem trzy światełka! Jedzie pociąg! Nareszcie.

[edytuj] 13 stycznia 2006

[edytuj] W pociągu

Pociąg miał jechać z północy Polski, więc stąd duże opóźnienie. Po chwili na peron wtoczyła się zielona lokomotywa z przyczepionymi zielonymi i czerwonymi wagonami. Niestety, było w nich dużo ludzi. Wgramoliłem się z moją torbą do wagonu klasy drugiej. Pociąg nie wyglądał zbyt zachęcająco. Mimo to postanowiłem, że nie będę na to zwracał uwagi. Wiele osób wysiadło w Warszawie i o dziwo było trochę wolnych miejsc. Znalazłem wolny przedział! Wrzuciłem torbę na miejsce na bagaż i usiadłem.

No. Było zimno. Nawet bardzo. W sumie czułem się jakbym wsiadł do lodówki. Tak czy siak po paru minutach pociąg ruszył. Nikt się do mnie nie dosiadł. Po paru minutach pociąg wyjechał z tunelu i szło tylko czekać na dojazd do Krakowa.

Przedzial

W przedziale było jak w lodówce...

Chciało mi się spać. Nie mogłem jednak zasnąć, bo ktoś by mnie okradł. Wyciągnąłem Colę z walizki i wziąłem porządnego łyka. To był błąd. Zrobiło mi się jeszcze zimniej. Niewiele myśląc zerwałem firankę z okna i się nią okryłem. Niewiele pomogło, ale czułem się lepiej. Podsumowując dotychczasowe przeżycia miałem ochotę się zabić, ale uznałem, że najgorsze już za mną.

W sumie myliłem się. W pewnym momencie zawitał do mojego przedziału konduktor. Okazało się, że ten zna dobrze angielski i nie było możliwości rżnięcia głupa nawet dla jaj. Sięgnąłem do torby po bilet. Szlag. Bilet był w torbie, którą mi ukradli na dworcu. Fuck! krzyknąłem i zacząłem wyjaśniać co zaszło. Konduktor pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym zaczął wypisywać mi mandat. Walnął mi chyba ze trzysta złotych mandatu, po czym odmeldował się i poszedł. Wszystko mi już było jedno. Teraz do Krakowa.

Zachciało mi się sikać. Wiem, że to nic wielkiego, ale... Musiałem udać się z dużą walizką do pociągowej toalety. To, co zobaczyłem w toalecie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim była ciasna, ale to zrozumiałe. Po drugie, było w niej zimniej niż w reszcie pociągu a po trzecie był w niej jakiś dziwny przeciąg. Powstrzymując obrzydzenie postanowiłem podnieść klapę od sedesu. Przestraszyłem się.

38 toaleta

To nie do pojęcia... Jak ja mogłem skorzystać z czegoś takiego!?

Widziałem tory, który biegły pod pociągiem... W sedesie była... dziura! Ale jak to... Cofnąłem się i klapa opadla samoczynnie. Próbowałem ją kilka razy podnieść, ale miała jakąś wadę i w kółko opadała. Hm... No to miałem problem... Toaleta była obrzydliwa, cała pokryta fekaliami. Pociągiem trzęsło a klapa w kółko opadała. Ostatecznie przytrzymując ją ręką spróbowałem się wysikać. Takie już moje szczęście, że pociąg wjechał albo na jakąś nierówność albo zmienił tor, ale ostro mnie podrzuciło do góry i obróciło w stronę walizki. Szybko się odwróciłem, ale było za późno. Nasikałem sobie na walizkę. Kiedy ktoś robi ci coś przykrego możesz się na nim wyżyć. Najgorzej jest, gdy sam robisz sobie taką głupotę. Ostatecznie obsikałem jeszcze siebie, ale nie to było najgorsze. W kranie nie było wody. Myślałem, że trafi mnie szlag. Przezorny zawsze zaopatrzony, ale okradziony nie. W starej torbie miałem chusteczki oczyszczające. Niestety, musiałem użyć zwykłych chusteczek higienicznych i cały śmierdzący wróciłem do przedziału.

Jako że mam lekką nerwicę natręctw, musicie sobie wyobrazić, jakie katusze przeżywałem przez resztę podróży. To był koszmar. Kontynuowałem podróż unikając dotykania czegokolwiek, zwłaszcza swojej twarzy. W pewnym momencie uznałem, że warto zadzwonić do jednej z osób, która miała mnie odebrać w Krakowie.

Gdy wyciągnąłem komórkę, okazało się, że mam 14 nieodebranych połączeń od pana Nowaka. Nie powinienem był wyłączać dzwonków. Tak czy siak, zadzwoniłem do niego. Była czwarta nad ranem. Był trochę zły... No dobrze, był wściekły, że go budzę i nie odbierałem, ale wyjaśniłem mu, co się działo. Powiedział, że będzie na mnie czekał w Krakowie.

Byłem spokojniejszy, o ile człowiek z nerwicą natręctw może być spokojny, gdy czuje mocz na rękach. Tak czy siak, odwróciło to moją uwagę od panującego zimna. Pomogło też owinięcie się w dywanik leżący na podłodze.

Gdy wydawało się, że gorzej już być nie może, pociąg stanął. Nie wiedziałem, dlaczego, ale stał tak ze dwie godziny. Zaczęło mnie to trochę irytować. Było ciemniej niż na początku mojej podróży, gdyż po drodze spaliła się jedna z jarzeniówek, a druga dziwnie mrygała. Niepokoiło mnie to.

Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, do mojego przedziału wpadł jakiś łysy koleś w zielonej kurtce. W ręce miał długi i ostry nóż. Uderzył mnie pięścią w głowę, przyłożył nóż do gardła i coś do mnie krzyknął.

Zawsze wyobrażałem sobie, że w takiej sytuacji użyję jakiegoś ciosu, którego nauczyłem się na krav madze. Niestety, z przerażenia, wiem, że to zabrzmi okropnie, zsikałem się. Nigdy bym nie przypuścił, że tak stchórzę, ale miałem nóż na gardle, dosłownie. Nie jestem pewien, ale chyba uratowało mi to życie, gdyż napastnik cofnął się wtedy z obrzydzeniem. Niestety, otworzył moją walizkę i zaczął w niej grzebać. Ja natomiast leżałem przerażony i miałem nadzieję, że nie wbije mi noża w gardło, jak już mnie okradnie. Nie miałem pieniędzy w torbie. Były tam ubrania i parę przydatnych drobiazgów. Jednak zabrał mi coś, czego się nie spodziewałem. Spodobała mu się moja walizka. Wywalił wszystkie rzeczy na podłogę i zabrał walizkę. W sumie ładna była. Popatrzył jeszcze na mnie z obrzydzeniem i chyba tylko to uczucie sprawiło, że nie przeszukał mnie.

Leżałem więc bez ruchu ze wszystkimi rzeczami leżącymi na podłodze. Na szczęście pociąg wkrótce ruszył.

Nie wiem, jak, ale po wielu godzinach, o 10:30 dojechałem do Krakowa. Byłem już tak zdruzgotany tym, co mnie spotkało, że zostawiłem wszystkie swoje rzeczy w przedziale i wyszedłem z pociągu.

[edytuj] W Krakowie

Krakowglowny

Przyjazd do Krakowa wcale nie był końcem koszmaru...

Wyszedłem z pociągu i zobaczyłem łysego mężczyznę z brodą, który trzymał kartkę z napisem Jackson. To był pan Nowak. Podszedłem do niego i się przedstawiłem. Niestety, nie prezentowałem się najlepiej. Śmierdziałem moczem, miałem lekką ranę na gardle, podkrążone oczy (bo nie spałem całą noc) i cały się trzęsłem.

Co to za dziada nam tu przysłali!? Ci Amerykanie myślą, że są od nas lepsi i byle kogo przysyłają na poważne negocjacje!? krzyczał pan Nowak.

Niestety, pan Nowak był szefem tej polskiej firmy. Był też tradycjonalistą i perfekcjonistą. Nie wykazał współczucia i powiedział, że nie będzie prowadził ze mną żadnych negocjacji. I po prostu poszedł zostawiając mnie samego w Krakowie.

Byłem w kropce. Stałem jak głupi, aż jakiś koleś mnie popchnął i odszedł. Ukradł mi portfel. Miałem tam 3000 złotych i dokumenty.

Zacząłem po prostu płakać. Wszedłem do budynku dworca i zadzwoniłem do amerykańskiego konsula w Polsce. Całe szczęście, że zaopatrzyłem się w ten numer. Konsul wyraził zrozumienie dla mojej sytuacji, ale powiedział, że nie może mnie odesłać do Ameryki. Jedynie zapewnił mi spanie w najgorszym hotelu w Krakowie.

[edytuj] W hotelu

To był koszmarny pensjonat. Dzieliłem łazienkę z czterema innymi osobami, wszędzie były pająki i karaluchy. Ale to nic, bo koszty pokrywał amerykański konsulat.

Niestety, opieszałość amerykańskiej administracji po prostu zbiła mnie z nóg. Wiedziałem, że najszybsi nie są, ale nie przypuszczałem, że będę musiał czekać trzy miesiące na ponowne wyrobienie i otrzymanie paszportu. Jedyną pozytywną rzeczą było to, że szef uwierzył w historyjkę, wedle której negocjacje miały się przeciągnąć, a kumpel zajął się domem i płacił za mnie rachunki. Przyznam, że te trzy miesiące były dosyć nudne. Bałem się wychodzić z hotelu i jeśli tylko było to możliwe, to tego nie robiłem. Jedynym plusem pobytu w hotelu było to, że nauczyłem się pisać cyrylicą, gdyż pod łóżkiem znalazłem jakąś książkę do nauki rosyjskiego. Była po polsku, ale po prostu przepisywałem literki bez uczenia się słówek czy wymowy.

Po trzech miesiącach otrzymałem paszport od konsula oraz bilet lotniczy z Krakowa do Memphis oraz kolejny z Memphis do Los Angeles. Z banku przysłali mi również kartę kredytową. Kupiłem sobie w końcu nowe ubranie i udałem się na lotnisko w Krakowie-Balicach.

[edytuj] 21 kwietnia 2006

Dobrze, że polskie lotniska są w miarę używalne. Tak czy siak, nie musiałem się już tak stresować, gdyż jedyne, co mi mogli teraz ukraść, to bilety i paszport. Ale musiałem przebyć odprawę.

Chyba na lotniskach nie lubią Amerykanów. Moja odprawa zajęła trzy godziny. Pięciokrotnie mnie przeszukiwano, włącznie z odbytem, sprawdzano mnie w bazach danych itp. itd. Panie przy bramkach były nieuprzejme. Nie wiem, dlaczego. Ale było to doprawdy irytujące. Do tego ich kiepski angielski...

Później dowiedziałem się od kolegi w Ameryce, że przez przypadek kupiłem kurtkę z napisem Nienawidzę Polski, ale nie mogłem tego wiedzieć. Wsiadłem do samolotu i poleciałem bez przeszkód do Memphis. Amerykańskie linie lotnicze są o niebo lepsze. Lecąc, wiedziałem już, że nigdy nie wrócę do Polski...

[edytuj] 23 kwietnia 2006

Byłem w końcu we Fresno! Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłem na widok mojego ciasnego mieszkanka! DaMarcus dobrze zajął się domem. To prawdziwy kumpel! Było czysto, a rachunki opłacone. Dzięki ci, DaMarcus!

Nie miałem jednak czasu na świętowanie. Udałem się do pracy. Wmówiłem szefowi, że negocjacje się przeciągały, więc dlatego miało mnie długo nie być.

Gdy wszedłem do budynku swojej dawnej firmy, wszyscy zbiegli do holu, aby usłyszeć nowiny dotyczące negocjacji.

Szef wyszedł na środek i zapytał Udało ci się wynegocjować kontrakt, czy zawiodłeś na całej linii?

Jedyne, co mogłem wtedy powiedzieć, było Czy mógłby szef powtórzyć pytanie?

W sumie, łatwo się domyślić, dlaczego już tam nie pracuję.

[edytuj] Zobacz też

Nasze strony
Przyjaciele