Order of the Shadow: Act I

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj
Order of the Shadow: Act I
Order of the Shadow
Neroś po odwyku chciał się pochwalić nowym makijażem. Efekt przerażający, acz nie tak, jak zawartość albumu
Wykonawca Cyklon B Dziewięć
Wydany 12 listopada 2013
Nagrywany w słonecznej Kalifornii
Gatunek black metal, aggrotech (wiecie, traktory, kombajny, te sprawy...)
Długość 50 minut, o 35 za długi
Wytwórnia Metropolis
Producent Jason Miller
Poprzedni Album Padlim my sobie
 
Order of the Shadow: Act I – piąty studyjny album Przyklona. Fani musieli czekać na niego cztery lata, bo jeszcze w 2011 Neroś The Saint[1] był wesołym warzywkiem na odwyku. Jedną z bardziej zauważalnych zmian jest głos Nero, który jest jeszcze bardziej skrzekliwy i jeszcze bardziej przypomina wrzaski kastrowanego kota, czego próbkę mogliśmy usłyszeć na najnowszej płycie Dawn of Ashes pt. Anathema, gdzie Nero straszył swoim sykiem grubą dziewczynkę.

Bliska współpraca z Kristoffem Bathorym z Dawn of Ashes polegająca na tym, że Krysia podzielił się z nowo narodzonym The Saintem jakimś podejrzanym kwasem, który sam brał, a który doprowadził do nagrania w 2010 Genocide Chapters nie mogła skończyć się dobrze – Order of the Shadow nie ma wiele wspólnego z harsh EBM-em, w którym Psyclon brylował jeszcze kilka lat temu, a zalatuje jakimś tandetnym deathcore'm, który ma udawać black metal.[2]

Tak, o ile w 2009, po wielkim WTF ktoś jeszcze sądził, że NeThe Saintowi nie może już bardziej odjebać od narko, które wciąga, a które już gorsze być nie może, a muzyka Psyclona nie może już bardziej oddalić się od aggrotechu w stronę jakiejś tandetnej podróby metalu, to w 2013 Wielki Wódz udowodnił im, że są w błędzie. Słuchaczu, nawet się nie łudź, że ktoś w zespole przeprosił się z melodią.

[edytuj] Ciekawostka

Już nie Nero po odwyku całą swoją chorą zaćpaność schował do środka pod płaszczyk skórzanej marynareczki, co, poza chujowymi prochami od Bathorego, odbija się na albumie i na wokalu Belluma, który to najprawdopodobniej za dwa albumy będzie zbyt wysoki, by słyszało go ludzkie ucho. To może prowadzić do wniosku, że po znudzonych łupaniem w gary kucach następnym celem Nero są nietoperze, które są przecież mroczne jak diabli. Chyba, ze The Saint teraz będzie celował w bananową młodzież w martensach.

[edytuj] Lista utworów

  • [Act : I] Consecration – jęki, stęki, pitolenie przez megafon o Dżizaskrajście, a potem trzaski i opętańcze wrzaski. Ot, intro do poniższego kawałka. Posiada on jedną zaletę – przy nim Bellum in Abyssus staje się wartościowym utworem.
  • Shadows Unveiled – w końcu słyszymy kastrowanie kota w wykonaniu Marshalla, który po powrocie do człowieczeństwa uczy się sylabizować. Jeden z garstki kawałków, które trzymają poziom, acz ludzie się plują.
  • Suffer Well – Nero składa życzenia świąteczne wszystkim swoim fanom. Gitary jak coś pomiędzy czołówką Power Rangers, a j-rockową wejściówką do anime. Dla odmiany, The Saint zamiast syczeć jak kot, ujada jak ratlerek. Gdzieniegdzie, niestety, słychać to spod kijowych, trzeszczących sampli i za wysoko ustawionego automatu perkusyjnego.
  • Glamour Through Debris – czyli jak powstawał nowy makijaż naszego pana frontmana. Pomiędzy nieokrzesanym deathcore'owym napierdalaniem słychać coś, co brzmi jak pęknięty, rozstrojony akordeon.
  • Come And See – półtorej minuty skrzypienia, to klamka, to podłoga, to samochodzik. Potem jakaś dziwna pani chce oglądać z Tobą komedie romantyczne.
  • Afferte Mihi Mortem – dokumentny odlot w deathcore, czyli latanie z breakdownu do breakdownu. Bardzo daleko zarówno od black metalu jak i harsh EBM-u. Utwór ten posiada dodatkowo funkcje czyszczenia uszu. Wlatuje jednym, a wylatuje drugim.
  • Use Once And Destroy – Nero użala się nad swoim zmarnowanym życiem uczuciowym, nie zważywszy na to, że tym, który je zmarnował, jest on sam. Drugi na płycie utwór, który z grubsza przypomina coś, co miał przypominać. Znów lekka odmiana, Marshall nie brzmi jak kastrowany kot, lecz jak kastrowany Rob Halford. Fanom Crwna ciekną z oczu łezki, że choć jeden utwór na płycie wyszedł tak jakby chcieli. Jest to drugi utwór Psyclona, który doczekał się teledysku. Tak, jak w przypadku Parasitic z trzeciej płyty ciągle coś mruga, a Nero macha łapami jak nienormalny. Później jednak widać dwóch cwelujących się kolesi w pampersach, którzy jakimś cudem za drugim razem są lesbijkami. Po chwili znów widzimy Nero, widocznie w stanie wskazującym, odzianego jedynie w rękawiczki i usiłującego postawić papierzaka. Na koniec błąd montażu albo promocja gender: w jednym ujęciu wieszają laskę, a w drugim wisi facet.
  • Remains Of Eden : II – na początku usłyszeć można zrobotyzowanego Adolfa, potem coś co przypomina soundtrack do gry typu survival horror trzeciej kategorii. Oczywiście przemieszany z deathcore'm. W połowie powtarza się głos jakiejś paniusi – metaforyczna pętla na szyi fana Psyclon Nine.
  • But, With A Whimper – Marshall postanawia dobić nas wszystkich, składając przejście w połowie z dziwacznie szeptanej inkantacji, w połowie z dubstepu.
  • Order Of The Shadow [The Heretic Awakened] – znów wracamy do soundtracków, tym razem coś pomiędzy ponurą grą przygodową, a ponurą parodią klasyka harsh EBM. Autorowi tego zdania, który jest na tyle arogancki że pozwolił sobie o sobie wspomnieć, włosy stanęły dęba gdy zdał sobie sprawę, że jest to utwór tytułowy tego albumu. Podsumowywałoby to treściwie jego generalny poziom.
  • Take My Hand While I Take My Lifemilusi metalcore pod koniec albumu. Miała być kalka Suicide Note Lullaby z poprzedniego albumu, wyszedł crap porównywalny z tym, co słychać w radiu. Nero chce wziąć swoje życie w kieszeń i oddać komuś swoją dłoń na przechowanie. Jeszcze parę lat temu można by było sobie wyobrazić, jak o ową grabę zabijają się co zdolniejsi do ruchu fani, którzy nie są akurat zajęci chlastaniem się lub pudrowaniem nosków.
  • [Act : I] Penance – cytowanie Biblii i dziwne szumy. Bez wartości artystycznej. Lajf ys brutal.
  • The Saint And The Valentine – ostatni gwóźdź w trumnie. Milusia gitarka i milusie jęki Marsha w stylu Linkin Park składają się na lekką rockową balladkę. Lead brzmi jak jakiś brass[3] z keyboarda używanego do biesiadnego disco polo. Kindermetale cieszą pryszczate mordy, starzy fani idą po sznur, czując, że skończyła się pewna epoka.

Przypisy

  1. Akcja ze zmianą ksywy taka sama, jak w przypadku Snoop Dogga
  2. I weź tu broń amerykańskiego BM-u
  3. Brass brzmi jakby ktoś piedział i się cieszył.
Nasze strony
Przyjaciele