The Division Bell

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru

Skocz do: nawigacji, szukaj
Dzwonek Dzielenia
Wykonawca Różowy Heniek
Wydany 30 marca 1994
Nagrywany 1994
Gatunek rock progresywny
Długość lekko przydługawy
Wytwórnia Kolumb i Emilka
Producent Erzin, Gilmour
Następny Album Niekończąca się rzeka
Poprzedni Album Chwilowa Utrata Świadomości
 

The Division Bell – progresywny album ¾ zespołu Pink Floyd.[1] Po udanej trasie koncertowej, której efektem było wydanie lajw albumu Delicate Sound of Thunder, członkowie zespołu myśleli, że teraz się wreszcie będą mieli czas na melanż, ale zabawę popsuł im ich były kumpel Rodżer, który obalił Mur Berliński i przebił popularnością swoich byłych podwładnych przyjaciół z zespołu. Ponadto trzeba było trochę wyluzować i porzucić jarzmo zgorzkniałych, watersowskich tekstów tak, aby religia filozofia i przesłanie zespołu dotarły do szerszej publiczności. Motywem przewodnim albumu jest komunikacja miejska międzyludzka, choć, jak na złość, najpopularniejszym utworem z Dywizji Bella jest ten o niespełnionym i utraconym dzieciństwie, co oczywiście jest kolejnym argumentem potwierdzającym, że jest to concept album.

[edytuj] Lista utworów

  1. Cluster One – nikt nie wie, o czym to coś, nikt nie wie, po co to coś, tak więc nie zagłębiając się w głębiny duszy Floydów, rozpoczyna słuchanie albumu od drugiej piosenki.
  2. What Do You Want from Me – jest milutko tzn. ładna partia gitarowa Dejwa, fajnie śpiewający kobiecy chórek no i oczywiście filozoficzny tekst z którego nic nie wynika.
  3. Poles Aprart – idealny przykład zapełniacza wolnej przestrzeni – nie dość, że cała piosenka jest owym zapychaczem, to jeszcze zawiera w środku rozpychacz... jakieś dzieci, jakieś dzwony... a potem się dziwią, że fani narzekają!
  4. Marooned – instrumentalny, tylko z pozoru spokojny utwór, coś dla fanów gry i brzmienia Gilmoura i coś dla antyfanów jego tekstów, których nam odpuścił przynajmniej w tym kawałku.
  5. A Great Day for Freedom – tutaj już muzycy nie byli tak łaskawi i nie odpuścili słuchaczom tekstu, który jest oczywiście aluzją do uwolnienia się ze szponów złego Rogera, czemu Floydzi oczywiście zaprzeczyli[2].
  6. Wearing the Inside Out – legenda powraca – Rick wreszcie od dłuższego czasu samodzielnie skomponował piosenkę, czym chciał udowodnić Watersowi, że ten niesłusznie wyrzucił go z zespołu, co mu się na całe szczęście udało.
  7. Take It Back – jest radośnie, jest wesoło, choć tekst mówi trochę co innego, ale to w sumie nie przeszkadza, bo nikt się po lyricsach cudu nie spodziewał.
  8. Coming Back to Life – kolejna mało floydowska kompozycja – fajny wokal, fajna gitara, ale piosenka jest wesoła i w dodatku o powrocie do życia, co sprzeciwia się nihilistycznym założeniom zespołu lansowanym na Ciemnej Stronie Księżyca.
  9. Keep Talking – znowu chórki, znowu filozoficzny tekst, znowu ładne solo, a do tego Stephen Hawking no i mamy piosenkę tak fajną, że łapie się nawet na różne „best off-y”, co jest niewątpliwym sukcesem, patrząc na większość tego albumu.
  10. Lost For Words – spokojnie i na luzie, a nawet z fuck'iem w tekście!
  11. Haj Hołps a.k.a. Hołpsy na chaju – Różowy Heniek już drugi raz z rzędu, to co najlepsze, pozostawił na sam koniec. Spokojny, nostalgiczny nastrój, fajny tekst[3], cudowny głos Gilmoura i nastrojowe solo na koniec. Właściwie to można kupić tylko singiel z tym utworem, zamiast przepłacać za cały album i w sumie wyszło by na to samo.

[edytuj] Twórcy

  • Dejw – dowódca Dywizji Bella, gitara, śpiew, no i niestety także teksty
  • Mason – podobno na cele albumu stworzył przytłaczającą część materiału, po których niestety ślad zaginął...
  • Rik – Casio i troszkę wokalu
  • Rodżer – duchowe wsparcie dla przyjaciół z byłego zespołu, konstruktywna krytyka [4], public relations, etc.
  • cała reszta

[edytuj] P.U.L.S.E.

Efektem wydania Dzwonka Dzielenia, była także niezwykle udana trasa koncertowa, a co za tym poszło albumu koncertowego oraz DVD z ciekawym opakowaniem oraz świecącą na nim diodą, której pewnie nie zobaczysz, bo musiałbyś sobie odmówić kilka piwek i kasę przeznaczyć na PULSE'a. Sam koncert wiadomo – troszkę grania i śpiewania, odgrzanie starych kotletów, fajowe światełka na scenie, kobiece chórki, coraz okrąglejsi Floydzi oraz sex, drugs and rock'n'roll. Tak oto się skończył ostatni zajazd na Litwie Różowy Heniek, a i ja tam z nim byłem, miód i wino piłem, a com widział i słyszał tutaj umieściłem. Pa pa Pink Floyd!

Przypisy

  1. a licząc Syda to zaledwie ⅗ Floyda!
  2. taaa, jasne
  3. podejrzane...
  4. „Just rubbish ... nonsense from beginning to end.”


Nasze strony
Przyjaciele