Wybory prezydenckie 2000
Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Wybory prezydenckie w Polsce w 2000 – wybory prezydenta Polski. Odbyły się 8 października 2000.
[edytuj] Kandydaci
- (lista według kolejności na mecie)
- Bogdan Pawłowski – doskonały przykład, że każdy może być prezydentem. Po prostu wyszedł z domu, pomyślał sobie Chcę być prezydentem, 1000 osób podpisało mu papier i wystartował w wyborach, zajmując ostatnie miejsce.
- Tadeusz Wilecki (SN) – kiedy Wojciech Jaruzelski odchodził z pałacu, powiedział do zaufanego kolegi z ZSRR Synu! Nie mogę być ostatnim żołnierzem prezydentem. Ty jesteś przyszłością II PRL.
- Piotr Ikonowicz (PPS) – po prostu PPS nie miało pomysłu na kandydata (nie mają szefa) i wybrali pierwszego posła, który wylosował nożyce.
- Dariusz Grabowski – tak miała się zacząć jego kariera polityczna, gdyż ani razu nie był posłem. Gdy przegrał te wybory, poszedł szukać szczęścia w Parlamencie Europejskim.
- Jan Łopuszański (PP) – tylko raz był posłem na sejm i nie został prezydentem. Jak wielu kandydatów.
- Lech Wałęsa – no, wiadomo. Został prezydentem III RP w 1990, ale nie udała mu się reelekcja, więc myślał, że po przeliczeniu się z błędami Kwaśniewskiego uda mu się powrócić na tron.
- Janusz Korwin-Mikke (UPR) – za swoje powołanie uznał wygranie którychkolwiek wyborów prezydenckich.
- Andrzej Lepper (Samoobrona) – zasłużył na tak wysoki wynik, bo w końcu poświęcił się dla rolników i to za nich siedział w więzieniu w latach 1999–2000.
- Jarosław Kalinowski (PSL) – miał takie fajne wąsiska, wszystkie kobiety za nim głosowały, a także nieliczni rolnicy, którzy nie głosowali na Leppera.
- Marian Krzaklewski (AWS) – lider AWS-u. Jego partia zaczęła się rozpadać na PiS-y i platformy. Chciał ratować jej resztki i dlatego wystartował.
- Andrzej Olechowski – drugie miejsce, ale i tak nie miał szans. Tylko 17%. W wyborach tłumaczył ludziom, że zna się na gospodarce i że będziemy bogaci, ale obywatele po prostu woleli prezydenta.
- Aleksander Kwaśniewski – zwycięzca. Wprowadził Polskę do NATO, ale do UE już w drugiej kadencji. Czerwonym znowu się upiekło.


